Popatrzyłam na telefon męża, który zostawił na stole, i zobaczyłam wiadomość od kobiety o imieniu Dominika. Wtedy zrozumiałam, że nasze małżeństwo dawno się skończyło. Ale to, co powiedział…

Martyna stała w kuchni i wpatrywała się w blat, kiedy zasalutował jej mąż, wychodząc do pracy. Całowanie jej w czoło na pożegnanie jeszcze niedawno było czymś naturalnym, ale teraz czuła w tym coś impertynenckiego, a nawet bezczelnego. Andrzej zachowywał się, jakby był tylko gościem w jej domu. Wszystko zaczęło się, kiedy kilka dni temu wrócił do domu zmęczony i poirytowany, a potem znalazła w Internecie ogłoszenie o pracy w Warszawie, które go tak interesowało.

Thumbnail

Początkowo nie wiedziała, o co dokładnie chodzi. Ale tego dnia jej podejrzenia się potwierdziły. Andrzej zadzwonił rano do swojego wujka Janka, a potem zadzwonił do firmy przewozowej. Gdy wypiła kawę, zerknęła na jego telefon, który zostawił na lodówce.

Nie miała pojęcia, że to, co zaraz zobaczy, wywróci cały jej świat do góry nogami. — Cześć, mam sprawę — powiedział do słuchawki, gdy wybrał numer z szafki. — Znalazłem mieszkanie w Warszawie, ale potrzebuję przewiezienia mebli. Gorąco mi się spieszy.

Właśnie wtedy jej krew się zagotowała. A więc to dlatego był taki obojętny, dlatego wracał do domu późno i patrzył na nią jak na obcą osobę. Planował wyjazd, ale nie powiedział jej ani słowa. Stała w kuchni i trzymała telefon w dłoni, a on nie miał zamiaru jej powiedzieć.

Aż ten telefon zadzwonił i w słuchawce usłyszała głos jego matki. Mówiła o jego imieninach, które już wkrótce, i o tym, że planuje przyjęcie u siebie w domu. Martyna zacisnęła zęby. — Imieniny?

— zapytała, kiedy skończyła rozmowę. — Nie wspominałeś nic o imieninach. — Bo to nie jest takie ważne — odpowiedział, wzruszając ramionami. — Moja mama organizuje przyjęcie, no to po prostu przyjdziemy.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. Zawsze była osobą, która czuwała nad szczegółami, która dbała o to, żeby wszystko było idealne. Ale teraz miała wrażenie, że jego rodzina traktuje ją jak powietrze. To samo było dzień wcześniej, gdy jego matka dzwoniła w sprawie jakiegoś rodzinnego spotkania, na które Martyna nie została wprost zaproszona.

— A kiedy te imieniny? — indagowała dalej. — W sobotę — odparł krótko, już kierując się do wyjścia. — Wpadniemy na godzinę, złożymy życzenia i wracamy.

Martyna poczuła ukłucie w sercu, ale nic nie powiedziała. Wiedziała, że jeśli zacznie dyskutować, Andrzej zrobi się agresywny albo po prostu wyjdzie. Tak było od jakiegoś czasu. Zamiast walczyć, postanowiła milczeć.

Ale w środku coś w niej pękło. Zostawiła w spokoju jego sprawy, a sama zaczęła planować niespodziankę: skoro jego matka urządza przyjęcie, to ona, Martyna, zadba o to, żeby wszystko było perfekcyjne i żeby jej obecność nie była tylko dodatkiem. W sobotę rano wstała wcześnie. Przygotowała ciasto, które Andrzej zawsze chwalił, upiekła dwa rodzaje ciast, a potem przebrała się w elegancką sukienkę, którą kupiła na specjalne okazje.

Chciała wyglądać idealnie. Andrzej patrzył na nią z lekkim uśmiechem, ale nie powiedział ani jednego komplementu. Wsiadł do samochodu i ruszyli w stronę domu jego matki. Przed domem stało już kilkanaście samochodów.

Martyna westchnęła. Miała nadzieję, że to będzie kameralne spotkanie, ale wyglądało na to, że matka Andrzeja zaprosiła pół miasta. Weszli do środka i od progu powitała ich teściowa, która bez słowa wzięła od Martyny ciasto i odeszła do kuchni. Andrzej natychmiast zniknął wśród gości, zostawiając ją samą w przedpokoju.

Martyna stała przez chwilę, nie wiedząc, co z sobą zrobić. Znalazła wolną ławkę w kącie i usiadła, obserwując tłum. Widziała, jak mąż rozmawia z kuzynami, śmieje się, klepie po ramieniu. Świetnie się bawił, jakby nie było jej w pobliżu.

A ona siedziała sama, trzymając w ręku szklankę z wodą, którą wzięła z pobliskiego stołu. Po godzinie dołączyła do niego, próbując nawiązać rozmowę. — Andrzej, może pomogę twojej mamie w kuchni? — zapytała cicho.

— Nie trzeba — odpowiedział, odwracając wzrok. — Mama wszystko ogarnia. Poczuła, jak ogarnia ją gniew. Ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, podeszła do nich teściowa z butelką wina w ręku.

— Martynko, w końcu przyszłaś! — zawołała z przesadną serdecznością. — A my tu wszyscy zastanawiamy się, kiedy w końcu Andrzej cię przyprowadzi. Ale widzę, że wolisz siedzieć sama.

Martyna wyczuła w jej głosie złośliwość, ale nie dała po sobie poznać. Uśmiechnęła się sztywno i odpowiedziała uprzejmie, że czuje się dobrze. Po chwili teściowa odwróciła się i poszła do grupy starszych kobiet, a Martyna usłyszała, jak jedna z nich mówi półgłosem:

— No, taka zawsze była, taka mało towarzyska. Aż się w niej zagotowało.

Ale nie powiedziała nic. Zamiast tego weszła do kuchni, żeby pomóc, choćby po to, żeby nie siedzieć bezczynnie. W kuchni zastali ją siostra Andrzeja, Kasia, i dwie ciotki. — O, Martyna!

— zawołała Kasia, ścierając ręce w fartuchu. — Pomogłabyś nam z tym obiadem? Bo mam wrażenie, że gości będzie więcej, niż planowałyśmy. Martyna skinęła głową i zaczęła pomagać.

Kroiła warzywa, podawała talerze, układała sałatkę. Przez cały czas czuła, że to one są gospodyniami na tym przyjęciu, a ona jest tylko jakąś obcą osobą od brudnej roboty. W pewnym momencie podeszła do Andrzeja, który stał w salonie z kieliszkiem whisky w ręku. Chciała mu powiedzieć, że czuje się tu źle, że chce wracać do domu.

Ale on tylko spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem. — Co jest? — zapytał. — Żle się czujesz?

— Andrzej… — zaczęła, ale wtedy do salonu weszła jego matka z tortem, a za nią tłumy gości. Wszyscy zaczęli śpiewać. Andrzej odwrócił się do nich wzrokiem pełnym uśmiechu, a Martyna została w tyle. Po jakimś czasie, gdy poszła do ogrodu zaczerpnąć świeżego powietrza, zobaczyła, jak jej mąż rozmawia z młodą kobietą w obcisłej sukience.

Stali blisko siebie, a on nachylał się do niej i coś szeptał. Martyna poczuła, jak ziemia usuwa jej się spod nóg. To była ta sama kobieta, którą widziała kiedyś w jego telefonie, gdy przeglądał wiadomości. Nie miała dowodu, ale jej instynkt mówił jej co innego.

Wróciła do środka i postanowiła mieć oczy szeroko otwarte. Ale potem przyszedł ten moment, który wszystko zmienił. Podeszła do stołu, żeby wziąć szklankę, i usłyszała, jak Andrzej mówi do jednego z kuzynów:

— Najpierw sprawy rodzinne, potem interesy. A ta Martyna?

— zaśmiał się. — Zawsze była taka przewrażliwiona. Trzeba ją czasem postawić do pionu. Zamarła.

Trzymała w dłoni kieliszek, a na jej twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. Dopiero wtedy zrozumiała. To nie była kwestia jednego wieczoru. To było coś, co trwało od miesięcy: jego lekceważenie, jego ukrywanie planów, jego obojętność.

A teraz na dodatek mówił o niej tak, jakby była jego własnością, którą trzeba tresować. Nagle do głowy przyszła jej pewna myśl. Podeszła do stołu, na którym leżał telefon Andrzeja. Był zablokowany, ale widziała, jak wcześniej wpisywał PIN.

Znała go: ich rocznica ślubu. Wpisała cyfry i ekran się odblokował. Przejrzała wiadomości, zdjęcia, notatki. Aż w końcu zobaczyła to, czego się obawiała: rozmowy z tą kobietą, imieniem Dominika, i ustalenia dotyczące mieszkania w Warszawie.

Serce biło jej jak szalone. Ale zamiast wybuchnąć, odłożyła telefon na miejsce, jakby nic się nie stało. Przez resztę wieczoru grała rolę idealnej żony. Uśmiechała się, rozmawiała z gośćmi, pomagała sprzątać.

Kiedy wreszcie wychodzili, jej ręce drżały, ale nie powiedziała ani słowa. W domu, gdy Andrzej poszedł pod prysznic, Martyna weszła do sypialni i wyjęła z szafy podręczną torbę. Spakowała kilka najpotrzebniejszych rzeczy, dokumenty, trochę gotówki. Wiedziała, że nie mogę tu zostać ani jednej nocy dłużej.

Ale nie chciała robić awantury. Chciała być spokojna i opanowana. Rano, gdy Andrzej jeszcze spał, wzięła telefon i zadzwoniła do swojej matki. — Mamo, czy mogłabym na jakiś czas przyjechać do ciebie?

— zapytała cicho. — Co się stało? — zaniepokoiła się matka. — Nic takiego.

Tylko muszę sobie wszystko przemyśleć. — Oczywiście, córeczko. Przyjeżdżaj, kiedy chcesz. Martyna napisała krótki list i położyła go na kuchennym stole.

Potem ubrała się, wzięła torbę i wyszła z domu, zanim Andrzej zdążył się obudzić. Wsiadła do swojego samochodu, który stał przed domem, i ruszyła w stronę domu matki. Po drodze zadzwoniła do adwokata, poleconego przez przyjaciółkę. Umówiła się na spotkanie na najbliższy poniedziałek.

W wiejskim domu swojej matki poczuła wreszcie bezpieczeństwo. Ale nawet tutaj nie potrafiła zostawić tego, co się wydarzyło. Tamtej nocy nie zmrużyła oka. Myślała o tym, jak wyglądało jej małżeństwo, jak przez lata pozwalała mu na to, by ją lekceważył.

A potem pomyślała o tym, co znalazła w jego telefonie. Teraz miała dowód. Następnego dnia zadzwoniła do Andrzeja, żeby powiedzieć mu, że wyjechała. Ale on nie odbierał.

Wysłała mu SMS-a: „Musimy porozmawiać. Wróć do domu, jak będziesz mógł”. Nie odpisał. Dwa dni później, gdy wróciła do domu, żeby wziąć więcej rzeczy, zastała Andrzeja siedzącego przy stole, jakby nic się nie stało.

— Gdzie byłaś? — zapytał, udając zaskoczenie. — U mamy — odpowiedziała spokojnie. — Musiałam pomyśleć.

— O czym? — parsknął. — Chyba przesadzasz. To były tylko imieniny.

— Andrzej, wiem o Dominice — powiedziała cicho. — Wiem też o twoim planie przeprowadzki do Warszawy. Patrzył na nią przez chwilę, a potem wybuchnął śmiechem. To był zimny śmiech.

— To ty już wiesz? — zapytał, wzruszając ramionami. — No to teraz nie ma sensu niczego ukrywać. Tak, odchodzę.

I tak zamierzałem ci to powiedzieć w tym tygodniu. Poczuła, jak łzy napływają jej do oczu, ale nie pozwoliła sobie na płacz. Wyprostowała się i powiedziała:

— Dobrze. Wobec tego ja też chcę się rozwieść.

I zamierzam złożyć pozew o rozwód z orzeczeniem o twojej winie. — Nie masz na to żadnych dowodów — zaśmiał się. — Mylisz się — odpowiedziała, wyjmując z torby wydruki rozmów. — Mam wszystko.

Andrzej zbielał na twarzy. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu tylko machnął ręką i powiedział: „Rób, co chcesz”. I tak nie zamierzałem z tobą zostać. Martyna spakowała resztę rzeczy i jeszcze tego samego dnia opuściła dom.

Przeprowadziła się do niewielkiego mieszkania wynajętego na przedmieściach, które sama sobie znalazła. Złożyła pozew. I choć czuła ból, a czasem samotność, wiedziała, że postąpiła słusznie. Zaczęła układać sobie życie na nowo: wieczorami uczyła się niemieckiego, spotykała się z przyjaciółmi, i powoli wracała do siebie.

Andrzej wyprowadził się do Warszawy, a rozwód został orzeczony rok później z jego winy. Martyna odetchnęła z ulgą, ale wiedziała, że to dopiero początek nowego rozdziału.