Szymon wszedł do sypialni, poprawiając krawat. Wyglądaliśmy tak skromnie i autentycznie w porównaniu z kutą bramą i marmurowymi lwami strzegącymi wejścia do domu teściów. Zaproszono nas do środka. Zasiedliśmy do stołu przykrytego śnieżnobiałym obrusem, na którym stała porcelana z Ćmielowa.

Szymon zaczął niepewnie, ale Klementyna nie dała mu dojść do słowa. Cisza, która zapadła po jej słowach, była tak gęsta, że można by ją kroić nożem do kaczki. Powiedziałem, że chyba nie pasujemy do tego wystawnego towarzystwa. Szymon wybiegł za nami dopiero na podjazd, ale nie pozwoliłam mu do siebie podejść.
Powrót do naszego wspólnego mieszkania po tamtej feralnej kolacji był najdłuższą i najbardziej bolesną podróżą w moim życiu. Rzuciłam torebkę na komodę w przedpokoju i od razu skierowałam się do sypialni, chcąc po prostu zniknąć pod kołdrą. W poniedziałek rano weszłam do szkoły z podniesioną głową, choć w środku czułam się jak wrak. Na długiej przerwie podeszło do mnie troje uczniów: Wiktoria, Mateusz i Ksawery.
Mateusz zaczął, patrząc na mnie z powagą, która nie pasowała do jego osiemnastu lat. Wróciłam do domu i zastałam Szymona w salonie. Inspekcja sanitarna weszła do głównego magazynu na niezapowiedzianą kontrolę. Mama dzwoniła, krzyczała do słuchawki, że to moja wina, że nastawiłam przeciwko niej całe miasto.
Chciała, żebym przyszła do nich dziś wieczorem. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Weszłam do środka bez pukania. Każde uderzenie wahadła brzmiało jak odliczanie do egzekucji.
Klementyna zażądała, żebym powiedziała uczniom i ich wpływowym rodzicom, żeby odpuścili. Do salonu wszedł Szymon. Powiedział coś podchodząc do stołu. Ryszard podszedł, chwycił kartki i zaczął je gorączkowo przeglądać, a pot spływał mu po skroniach.
Patrzyłam na upadek ludzi, którzy myśleli, że pieniądze dają im prawo do deptania innych. Powiedziałam cicho do Szymona, że jutro rano znowu wejdę do mojej klasy, poczuję zapach kredy i spojrzę w oczy moich uczniów. Szymon, przemoczony do suchej nitki, patrzył na mnie z wyrazem twarzy, jakiego nigdy wcześniej u niego nie widziałam. Losy firmy Katrans stały się w mieście symbolem tego, jak szybko pycha może doprowadzić do upadku.
Przenieśli się do dwupokojowego mieszkania w bloku z wielkiej płyty na osiedlu młodych. Zarabiał ułamek tego, co wcześniej, ale po raz pierwszy w życiu widziałam go uśmiechniętego, gdy wracał do domu. Dołączyli do nich rodzice, a potem cała sala. Wróciłam do domu pieszo, ciesząc się ciepłym wiatrem na twarzy.
Powiedział coś podchodząc do mnie i całując mnie w czoło. Za oknem Świdnica kładła się do snu, a ja czułam, że w końcu odzyskałam swój głos.