Aleksandra weszła na działkę teściowej bez pukania. Z kuchni dobiegł ją śmiech, ten sam, który znała z tysiąca wspólnych kolacji. Serce jej stanęło, gdy rozpoznała drugi głos. To był ten głos, który słyszała przez ścianę trzy lata temu.

Głos kobiety, którą Grzegorz rzekomo „już nie widuje”. Przykleiła się do framugi. Rozmawiali o niej, o jej pracy, o tym, jak „dobrze, że w końcu wyjeżdża na ten kontrakt”. O tym, że dom zostanie pusty, a klucze można oddać agencji.
O tym, że „trzeba to w końcu ogarnąć”. Stanęła w wejściu do kuchni. Grzegorz i ta kobieta siedzieli przy stole, nad parującymi kubkami. Ona trzymała jego dłoń.
— Kochanie, wróć, zanim cokolwiek zrobisz — powiedział, gdy zobaczył ją w drzwiach. — Za późno — odpowiedziała. Następnego dnia Aleksandra nie wróciła do Warszawy. Zamiast tego pojechała w stronę granicy, tam gdzie trzy lata temu odrzuciła kontrakt, który miał być jej wielką szansą.
Tam, gdzie ktoś nadal czekał na odpowiedź, której nigdy nie wysłała.