Adrian zatrzymał się na chwilę przed wejściem do Belwederu i spojrzał na zaplecze. Coś go tam ciągnęło, chociaż sam nie umiał powiedzieć dlaczego. To miejsce nie pasowało do reszty jego świata – świata kontraktów, negocjacji i liczb. A jednak zaczął tu wracać dwa, trzy razy w tygodniu, zawsze o tej samej porze, zawsze przy tym samym stoliku.

Lena wstała cicho, gdy usłyszała kroki matki w korytarzu. Nie skarżyła się, nie płakała. Po prostu wstawała, szła do pracy, uśmiechała się do klientów, a wieczorami wracała do mieszkania, w którym coraz częściej zapadała cisza. Zimny gniew wstępował jej do żył za każdym razem, gdy widziała kolejny rachunek za leczenie, którego i tak nie było stać ich rodziny.
Adrian wracał do Belwederu jeszcze tego samego wieczoru. Usiadł przy oknie, zamówił kawę, której nie wypił. Obserwował Lenę, jak podaje dania, jak zbiera napiwki, jak uśmiecha się do gości, którzy nawet nie patrzyli jej w oczy. W końcu wstał, wsiadł do Mercedesa i kazał jechać do domu.
Klaudia wyprowadziła się do Monaco. Pakowała się przez dwa dni, a on nawet nie zapytał, dlaczego wyjeżdża. Stał przy oknie, patrzył, jak wyprowadza się z jego życia razem z meblami, które wybrała, i obrazami, które kiedyś kochał. Nie powiedział nic.
Ona też nie. Następnego dnia pojechał na dworzec Gdański, do biura. Winda jechała w górę, a on patrzył na własne odbicie w szybie, zastanawiając się, kim właściwie jest. Lena odwróciła się do niego dopiero, gdy podszedł do jej stolika.
– Proszę się zatrzymać – powiedziała do kierowcy, gdy ten ruszył w stronę domu. Adrian zamarł. To były pierwsze słowa, jakie usłyszał od niej poza standardowym „co podać? ”.
Kazał jechać do biura. Podniósł telefon i zadzwonił do kierownika HR. Rozmowa trwała siedem minut. Kiedy ją skończył, na konto Lenny wpłynęło 50 000 złotych.
Pokręciła głową, czytając wiadomość od banku. Potem wstała, wzięła torebkę i poszła do pracy. Adrian nie pojawił się w restauracji przez tydzień. Dzwonił do HR, prosił o raporty, zmieniał zdanie, potem dzwonił jeszcze raz.
Kierownik HR powiedział mu wprost, że Lena miała rację co do wszystkiego. Siedział przy oknie do rana. O szóstej rano pojechał do Belwederu. Wieczorem o 18:15 Lena weszła do jego biura.
Miała na sobie beżowy płaszcz, które już dawno wymagał wymiany, ale trzymała się prosto. – Do pana też – powiedziała cicho. – Od pana też dostałam automatycznego maila. Wytała twarz, zanim weszła.
Potem wróciła do domu, a następnego dnia poszła do Belwederu prosić o pracę jako kelnerka. – Nie mam nic do powiedzenia – rzuciła, gdy próbował coś wyjaśnić. Odwróciła się do wyjścia. On został sam w pokoju, który kiedyś był jego królestwem.
Lena nie wróciła do pracy przez trzy dni. Czwartego dnia wróciła, bo nie miała innego wyjścia. Kierownik spojrzał na nią z wyrzutem, ale nic nie powiedział. Podawała stoliki, uśmiechała się, jakby nic się nie stało.
Adrian zamówił wodę, którą przyniosła bez słowa. Potem powiedział do kierowcy:
– Jedź do szpitala Świętej Rodziny. Stanął w recepcji dwadzieścia minut później. Podał nazwisko matki Lenny.
Pielęgniarka podniosła wzrok znad dokumentów. – To 50 000 – powiedziała. Przyszła do muzeum o 14:00. Recepcja próbowała ją zatrzymać, ale weszła do windy i wcisnęła guzik.
Kiedy stanęła w jego gabinecie, położyła przed nim wydruk. – Miałam 2000 złotych na koncie i zerową szansę na zebranie 50 000 w miesiąc – powiedziała. Jego głos podniósł się do krzyku. – Nie miał pan prawa.
Odwróciła się do wyjścia. Adrian został sam. Usiadł przy biurku, otworzył laptop i znalazł polecenie przelewu na 100 000 złotych na konto szpitala. Zatwierdził je bez wahania.
W piątek przyszli goście. Dwadzieścia osób w sukniach za 20 000, mężczyźni w smokingach szytych na miarę, rozmowy o wakacjach w Toskanii, biznesach w Dubaju, nowych jachtach. Lena stała za barem, patrzyła na nich, słuchała, uśmiechała się. Kierownik poprowadził ich do głównego stolika.
Obsłużyła Borysa, który przyszedł jak zwykle. Ale jej uśmiech nie dotarł do oczu. – Jutro wracam do Monaco – powiedziała Klaudia przez telefon. Wróciła, jak zapowiadała.
Adrian dzwonił do prawnika o 10:00 rano, a po południu pojechał do szpitala Świętej Rodziny. Pielęgniarka uśmiechnęła się na jego widok. – 100 000 złotych – powiedziała. Lena wróciła do pracy wieczorem.
Miała zaczerwienione oczy i opuchniętą twarz. Kierownik zapytał, czy jest gotowa do pracy. Skinęła głową. O 20:00 Adrian wszedł do restauracji.
Stanął przy jej stoliku. – Zrobiłem to, bo co? – zapytał cicho. Odwróciła się do drzwi.
Nie odpowiedziała. Prawnik rozłożył dokumenty na stole. Umowa przedmałżeńska przewidywała 20 procent, ale skandal, stracone kontakty, zniszczona reputacja to dodatkowe 30. Adrian słuchał, kiwał głową, ale myślami był gdzie indziej.
Lena wracała do domu o północy. Dyrektor muzeum podpisał zgodę na nowy kontrakt. Zobowiązywał się nie ingerować w decyzje kuratora. Rano Lena zadzwoniła do prawnika.
Weszła do windy, potem do sekretariatu. Budżet na wystawy wynosił 300 000 złotych rocznie. – Jeśli czujesz się niekomfortowo – powiedział Adrian – mogę obniżyć do 200 000. – W takim razie do widzenia, panie Borys.
– Do widzenia, pani Kowalska. Wyszła korytarzem do swojego biura. Zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami. Adrian liczył sekundy.
Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści. Nie odezwała się. Wieczorem Lena wracała do domu, schowała telefon do kieszeni i przyspieszyła kroku. Dyrektor muzeum podszedł do mikrofonu, żeby ogłosić nowy sezon wystaw.
Adrian stał z boku, patrzył na tłum, a potem odwrócił się do niej. – Może wrócę do budowania? – zapytał. Muzeum już nie należało do Adriana.
To Lena decydowała, co świat zobaczy, a czego nie. On wracał wieczorami do pustego mieszkania, patrzył na zdjęcia, które Klaudia zostawiła, i nie wiedział, co czuje. Adrian kupił dwadzieścia lokali. Dla rodzin, które nie miały szans na kredyt.
Podpisał umowy, przekazał klucze, nie chciał podziękowań. Lena wróciła do gotowania, do ogrodu na balkonie, do swojego życia. Nie dzwoniła do niego. On też nie.
Ale czasami, wieczorem, kiedy zamykała oczy, widziała jego twarz. I wiedziała, że to nie koniec.