„No, no, Zuzanno, myślałam, że nie przetrwasz trzech rund” – usłyszałam za sobą głos teściowej, kiedy stałam pod szpitalną salą, w której leżał mój mąż. To ona trzy miesiące temu oskarżyła mnie o…

„Nawet nie powiedziałam do jakiego miasta” – powiedziałam, patrząc na Agatę, która stała w drzwiach mojej sali szpitalnej. Przycisnęłam twarz do zimnych płytek podłogowych, a łzy spływały mi po skroniach do uszu. „Nie bierz tego do siebie” – usłyszałam gdzieś z oddali. Nie minęło dwadzieścia minut, a w drzwiach pojawiło się dwoje policjantów.

Thumbnail

Zaczęło się wszystko trzy miesiące wcześniej, kiedy dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli bliźnięta. Przewinęłam wiadomości do tamtego dnia, szukając czegoś, czego nie potrafiłam nazwać. Zadzwoniłam do Pawła, ale policja już przyszła do jego firmy. Wychodząc, wyrzucił niedojedzone jabłko do kosza.

Agata czekała przy wejściu do klatki i zapytała wprost: „Zamierzasz walczyć do końca? ”. „Jutro zabiorę cię do kogoś” – odpowiedziała, a ja nie miałam siły protestować. Mecenas Jankowski narysował strzałkę od „cywilne” do „karne” i powiedział, że jeśli druga strona się nie przyzna, łatwo może dojść do sytuacji „słowo przeciwko słowu”.

Agata rzuciła mi kluczyki do samochodu. Ale zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, moja teściowa Elżbieta oskarżyła mnie publicznie o zdradę małżeńską. Domagała się ode mnie odszkodowania za koszty leczenia, utracone zarobki i zadośćuczynienie za doznaną krzywdę – łącznie czterysta siedemdziesiąt tysięcy złotych. Prawda była jednak inna.

To Elżbieta trzy miesiące temu poszła do firmy Pawła. To ona przyznała się do podejrzeń o zdradę. Ale co ciekawe – pozostali pracownicy jego działu w te same dni wychodzili o normalnej porze. Ja wychodziłam później, bo czekałam na niego pod biurem.

Chłód przenikał mnie do szpiku kości, kiedy patrzyłam, jak wsiada do samochodu z inną kobietą. Do tej pory nawet nie przeprosiła. A teraz to ona przychodzi do mnie z pozwem. Podchodziłam do niego krok po kroku, aż w końcu otworzyłam drzwi klatki i weszłam do środka.

„Paweł do ciebie przyszedł. Dzwonił do mnie ochroniarz” – powiedziała Agata przez telefon. Podeszłam do okna i zobaczyłam go na dole. „No, no, Zuzanno, myślałam, że nie przetrwasz trzech rund” – usłyszałam za sobą głos Elżbiety.

Roześmiani razem weszli do windy. A ja zostałam sama z pytaniem, które nie dawało mi spać. W dniu rozprawy mecenas Jankowski jako pierwszy przedstawił żądania powoda. Potem przyszła kolej na obronę.

Mecenas Wilk tym razem nie prowadził obrony zmierzającej do uniewinnienia, ale do złagodzenia kary. „To dlaczego sygnał z pani telefonu pokazuje, że tego dnia między 20:15 a 20:45 pani telefon był połączony z nadajnikiem na osiedlu, na którym mieszka pan Paweł? ” – zapytał sędzia. „Nikt do mnie nie przyszedł” – odpowiedziałam cicho.

Ale on już patrzył na Kingę, moją byłą przyjaciółkę z pracy. Jego zeznania były w zasadzie takie same jak ostatnio, ale tym razem jego ton był jeszcze spokojniejszy, jakby relacjonował fakty niezwiązane z jego emocjami. Wstałam i podeszłam do miejsca dla świadków. Mój mąż Paweł przyjechał do szpitala, ale to było później.

Wtedy, na schodach sądu, powiedział do mnie: „Chodźmy do domu”. Ominął Agatę i podszedł do mnie. Cofnęłam się o krok. Czternaście dni od przerwy do wyroku.

Wstałam, podeszłam do okna i odsunęłam zasłony. Samochód Paweł stał pod domem. Przytuliłam twarz do zimnej szyby i poczułam, że to uczucie jest skomplikowane, trudne do opisania. Bo wiedziałam, że to nie koniec.

Elżbieta złożyła kontrpozew, domagając się dwudziestu tysięcy złotych i publicznych przeprosin. A ja wciąż nie wiedziałam, co powiedział Paweł Kingi tamtej nocy.