Stałem w kuchni, czując zapach starego drewna, wczorajszego rosołu i przypalonego tłuszczu, którego nie mogłem się pozbyć, choć szorowałem blaty do bólu rąk. Otworzyłem restaurację, ustawiłem krzesła, przetarłem stoliki i włączyłem ekspres. Zamiast bulgotu usłyszałem tylko ciche stęknięcie. No dalej, stara, nie rób mi tego dzisiaj.

Zadzwoniłem do serwisu, ale pan po drugiej stronie mruknął, że najwcześniej przyjadą za kilka dni. Spojrzałem na pusty pokój, w którym kiedyś mama stała w fartuchu, z mąką na policzku, i miałem wrażenie, że zaraz powie: No róz się, jeży, ludzie głodni. Wezwanie do uregulowania zaległości leżało na ladzie, a ja już wiedziałem, że to nie koniec. Do środka weszła Oliwia, drobna, z ciemnymi włosami związanymi niedbale i torbą przez ramię.
Pracowała u Danuty, zanim wyjechała do Lublina. Spojrzała na ekspres, potem na mnie. Brakuje proporcji do masy – powiedziała cicho. To pojedziemy do pani Haliny.
Pojechaliśmy. Wpuściła nas do kuchni, gdzie unosił się zapach drożdży, a ja przypomniałem sobie, jak mama wróciła kiedyś z pustą blachą i powiedziała, że może jednak warto otworzyć własne miejsce. Wstawiłem kawałek ciasta do ust i musiałem odwrócić się do okna. Oliwia zrobiła zdjęcie, wrzuciła do internetu bez pytania, ale nie miałem siły się złościć.
Powiedziała, mieszając farsz: No więc zrobimy bez wielkich pieniędzy, bo tych nie ma, ale z sercem. Tego wieczoru przyszli sąsiedzi, starsze małżeństwo, które pamiętałem sprzed lat, i Roman, który pojawił się w garniturze, jakby miał podpisać umowę w banku. Rozmawiał cicho przez telefon, a ja już wtedy szukałem znaków, bo po tamtej rozmowie za rogiem nie ufałem mu ani trochę. Wieczorem, kiedy zamknęliśmy drzwi, poszedłem do gabinetu za kuchnią i znalazłem plik dokumentów.
Nad ranem zadzwoniłem do Romana. Jaką masz umowę z bankiem? – zapytałem. Milczał, więc pojechaliśmy do Puław autobusem, bo samochód stał bez przeglądu.
Kiedy wróciliśmy, Oliwia siedziała na podłodze w spiżarni, cała zakurzona, z włosami wysypującymi się z gumki. Znalazłam karteczkę do sosu grzybowego w pudełku po ozdobach choinkowych – powiedziała. Parsknąłem śmiechem pierwszy raz od wielu dni. Ale napięcie rosło.
Do festiwalu zostało kilka dni, a lista rzeczy do zrobienia wisiała przy lodówce tak długa, że Roman żartował, iż trzeba ją czytać na raty. Nikomu nie było do śmiechu. Oliwia milczała, a to do niej nie pasowało. Dwie dawne kelnerki zgłosiły się do obsługi stoiska.
Młoda kobieta z notesem i aparatem przysłuchiwała się, jak mówię o smaku, który wraca do Kazimierza. Patrzyłem na zapisane nazwiska i czułem, że coś drży. Roman udawał, że coś wpadło mu do oka. Ewelina nie wróciła do niego.
Została w banku, ale pełniła tylko funkcję łącznika, jakby chciała mnie chronić przed czymś, o czym nie chciała mówić wprost. Następnego dnia przyszło pismo. Wezwanie do zapłaty, ale z dopiskiem, że istnieje możliwość ugody. Nie miałem pojęcia, co z tym zrobić, dopóki nie znalazłem w kieszeni starej kurtki koperty, którą mama zostawiła mi na tydzień przed śmiercią.
W środku był list i klucz do skrytki bankowej. „Jeśli coś się stanie, nie sprzedawaj tego miejsca – pisała. – Tam jest wszystko, czego potrzebujesz, żeby zacząć od nowa. Ale musisz zaufać ludziom, których wybrałeś.
” Patrzyłem na pismo, potem na Oliwię, która stała w drzwiach, i nagle zrozumiałem, że ta skrytka to nie pieniądze. To dokumenty, które mogły uratować restaurację, ale też zniszczyć wszystko, co do tej pory zbudowaliśmy. Roman stał na zewnątrz, zapalał papierosa, a ja trzymałem klucz, czując, że od tego wyboru zależy nie tylko lokal, ale i to, kim w ogóle jestem. Podszedłem do niego i powiedziałem tylko: To otworzymy ją razem.
Bo wiedziałem, że jeśli mam uratować to miejsce, nie mogę tego zrobić sam.