Zegar na ścianie odmierzał sekundy jak maszyna do szycia, gdy Bronisława po raz pierwszy przekroczyła próg mojej kuchni. Nie zapytała, gdzie stoją przyprawy, nie zapytała, czy może pomóc – po prostu weszła i zaczęła przesuwać moje rzeczy tak, jakby były jej. Uśmiechnęła się wtedy tym swoim uśmiechem bez uśmiechu i powiedziała do telefonu, że przygotowania do rodzinnych świąt ruszają, a ja stałam przy blacie z łyżką w dłoni, nagle obca we własnym domu. Wieczorem na rodzinny czat weszła wiadomość: „Ludwika zajmie się ciastami, ona to uwielbia”.

Jak pytanie do pracownika na pół etatu bez umowy. Wzięłam do ręki stary notes, długopis zatrzymałam w połowie słowa, gdy ktoś zajrzał do kuchni. Wtedy zrozumiałam, że nikt nie spyta, gdzie klucz do schowka, jeśli wyjdę. Od 22 grudnia do 2 stycznia dom będzie pusty.
Przypięłam kartkę do drewnianej furtki i w kieszeni płaszcza zadzwonił klucz do piwnicy. O siódmej rano zadzwoniłam do Olgierda. Zaczęłam mówić o Włoszech, a on odpowiedział: „No i co tam, pani Ludwiko? “.
Cisza jest przestrzenią do decyzji. Drugiego stycznia wróciłam z plaży z dwoma kamykami w kieszeni i pomyślałam, że do szczęścia nie brakuje mi przedmiotów, tylko przestrzeni. Cała wieś gada, że uciekła pani do sanatorium. Patrzyłam w lustro i odpowiedziałam sobie: nie do ludzi.
Do siebie. Teraz latem wracam do ogrodu, jesienią kupuję bilety do Reykjaviku. Zeszyt schowałam do szuflady, w której kiedyś trzymałam listy zakupów.
I wiem, że ile razy Bronisława wejdzie do mojej kuchni, ja już zawsze będę mieć klucz do własnych drzwi.