Zegar na ścianie odmierzał sekundy jak maszyna do szycia. Przywykłam do porządku, który sama wymyśliłam. W nim topiłam masło do ciast i kruszyłam chleb do zupy. Potem do naszego obrazu weszła Bronisława.

Uśmiechnęła się kiedyś i schowała mnie do pudełka. Przychodzili do mnie jak do hotelu. Śmiech, rozmowy, zdjęcia do sieci. Od rana do późnego wieczora z kuchni dobiegał zapach smażonego karpia.
No plus my, czyli 25. Jakbym miała wypraszać prawo do własnej kuchni. Poszła do salonu, ustawiła telefon na statywie i zaczęła nagrywać stories. „Przygotowania do naszych rodzinnych świąt ruszają” – powiedziała.
Wieczorem dołączyłam do czatu. „Zrób kilka idealnych do ujęć” – usłyszałam pytanie do pracownika na pół etatu bez umowy. „No wiesz, uśmiech bez uśmiechu”. A potem ciszej, do kogoś obok.
Siedli do stołu. Do mnie kieliszek nie dotarł. Podeszłam do Witolda, ale on tylko machnął ręką. Wróciłam do kuchni.
Wzięłam swój stary notes i długopis. Zatrzymałam długopis w pół słowa, bo ktoś zajrzał do kuchni. Podeszłam do drzwi jadalni. Bronisława właśnie układała sztućce ładniej do zdjęcia.
Wtedy wstałam, otworzyłam laptop i wpisałam loty do Neapolu, a potem dodałam do zakładek Gdańsk, Lizbona, Rejkiavik. Od 22 grudnia do 2 stycznia dom będzie pusty. Przypięłam kartkę pineską do drewnianej furtki. W kieszeni płaszcza zadzwonił klucz do piwnicy.
O 7:00 zadzwoniłam do Olgierda. „Zaczęłam, to powiem, że pojechała pani do siebie. W grudniu do Włoch”. W gablocie ułożone sfogliatelle wyglądały jak muszle, które same przyszły na brzeg.
Cisza jest przestrzenią do decyzji. Odłożyłam telefon ekranem do stołu. Rano poszłam do portu. „No i co tam, pani Ludwiko?
” – usłyszałam. Odpowiedziałam: „Dwójka, stoły składane oddać do parafii”. Pomyślałam, że do szczęścia nie brakuje mi przedmiotów, tylko przestrzeni. Drugi dzień stycznia spędziłam pakując się z powrotem do małej walizki.
Włożyłam do kieszeni dwa kamyki z plaży. Włożyłam do książki, którą czytałam po kawałeczku w kawiarniach. To było do mnie. Podeszłam do lustra.
Zadzwoniłam do proboszcza. „Dobrze pani wygląda, bo wróciłam do siebie. Nie do ludzi. Do siebie”.
Mroźne powietrze weszło do środka jak piosenka. Zbliżyłam dłonie do pary unoszącej się z garnka. Przełożyłam je do miseczki po babci, tej nieidealnej. „Cała wieś gada, że uciekła pani do sanatorium” – powiedziała sąsiadka.
„Wracałam do siebie, a nie do rodziny” – odpowiedziałam. Zaniosłam rzeczy do garażu. Taka, do której można wejść bez butów i nie zmarznąć. Prowadząca mówiła miękko, z życzliwością do ciała.
Włożyłam do plecaka termos, wełniane skarpety, dwa jabłka i mapę. Latem wróciłam do ogrodu. Nie robiłam lekkich deserów do zdjęć. Zanieśliśmy z Olgierdem kilka słoików do sąsiadów.
Jesienią kupiłam bilet, tym razem do Rejkiawiku. Pomyślałam o tym, ilu kobietom nikt nie wysyła takich wiadomości, bo one same ich do siebie nie dopuszczają. „Nie, wpadnę do siebie” – powiedziałam. Podeszłam do półki z herbatą i wybrałam tę, która pachniała anyżem.
Nalałam ją sobie wieczorem do grubego kubka. Zeszyt schowałam do szuflady, w której kiedyś trzymałam listy zakupów. Zostań, drogie moje, jeśli dotarłyście do tego miejsca.