Maja nigdy nie wyobrażała sobie siebie jako bohaterki romansu. Jej życie toczyło się zupełnie innym torem niż te historie, które pochłaniała jej młodsza siostra – pełne zwrotów akcji, niespodziewanych spotkań i gwałtownych namiętności. Dla Mai to była czysta fikcja. W końcu miała już grubo po trzydzieści lat, a jej życie to była ciągła gonitwa za terminami, bez czasu na romanse.

Wszystko zmieniło się pewnego dnia w warszawskim metrze. Stała przy drzwiach, wtulona w tłum, gdy nagle go zobaczyła. Wysoki, silny, z długimi włosami spiętymi w nienaganny kok przypominający wojowników samurajów. Jego postawa mówiła sama za siebie – mieszanka władzy i pewności siebie, onieśmielająca.
Podszedł do niej tak stanowczo, że Maja poczuła dreszcz, choć nigdy by się do tego nie przyznała. „Z panią rozmawiam, proszę pani” – powiedział niskim głosem, dając jasno do zrozumienia, że nie ma ochoty na żarty. Maja oczywiście nie pozostała mu dłużna. „Cudowny eliksir bez jaj?
Słuchaj no, dryblasie, sprzedaj tylko środki dezynfekujące” – odpowiedziała z przekorą, choć w głębi duszy wiedziała, że trochę przesadziła z tym żartem. A spojrzenie Wojciecha wyraźnie dawało jej do zrozumienia, że wcale nie dał się nabrać na jej tłumaczenia. Po tym niecodziennym spotkaniu Maja nie mogła wyrzucić go z głowy. Nie żeby myślała o nim w romantyczny sposób – daleko jej do tego było.
Najbardziej intrygowało ją to, że on, mężczyzna z odznaką, który przywykł do ludzi, co go szanowali albo bali się ze względu na jego stanowisko, dał się zbić z tropu jej poczuciem humoru. A na dodatek miała czelność uciec, jakby był jakimś statystą z jej codziennego życia. Wojciech również siedział w samochodzie i myślał o tej kobiecie. Była inna niż wszystkie, które do tej pory spotkał w pracy.
Dla niej odznaka wydawała się tylko kawałkiem metalu. Zobaczyła w nim nie idealnego funkcjonariusza centralnego biura śledczego, tylko człowieka z wadami i wątpliwościami. Po prostu normalnego faceta. Tego dnia, idąc do domu, Maja zdała sobie sprawę, że chyba zaczyna go lubić.
I to ją przerażało. Kilka dni później, gdy najmniej się tego spodziewała, odebrała nieoczekiwany telefon. Na ekranie migało imię Wojciecha. Serce podskoczyło jej do gardła.
Nie miała pojęcia, skąd on ma jej numer, ale postanowiła odebrać z największym spokojem, na jaki było ją stać. „Maja, to ja, Wojciech. Przepraszam, że dzwonię, ale… sprawa trochę wymknęła mi się spod kontroli.
Potrzebuję twojej pomocy” – powiedział spokojnym głosem, który zupełnie nie pasował do mężczyzny, którego znała. Zaśmiała się, nie do końca rozumiejąc. „Funkcjonariusz centralnego biura śledczego policji prosi mnie o pomoc? O co dokładnie chodzi?
”
Wyjaśnił, że potrzebuje kogoś, kto nie wzbudza podejrzeń – zwykłej osoby, która mogłaby mu pomóc w pewnej delikatnej sprawie. Nie chciał zdradzać szczegółów przez telefon, ale zapewnił ją, że nic nie zagraża życiu nikogo z nich. W głębi duszy zarówno Maja, jak i Wojciech wiedzieli, że wkraczają na nieznany teren, gdzie uczucia mogą wymknąć się spod kontroli i wywrócić wszystko do góry nogami. I tak, z niemal uroczystym uściskiem dłoni na peronie metra, zaczęła się ich współpraca.
Wieczorem przed pierwszą wspólną kolacją Maja stała przed lustrem, zakładając czerwoną sukienkę, która – jak mawiała – była kolorem pewności siebie. Wzięła głęboki oddech. „No dobra, Maju. To tylko kolacja” – powiedziała do własnego odbicia.
Wojciech pojawił się w drzwiach i przez chwilę stał w milczeniu, wpatrując się w nią. Warszawskie korki i stres dnia pracy gdzieś zniknęły, gdy usiedli przy stoliku. Początkowo rozmowa była sztywna, ale atmosfera szybko zrobiła się luźniejsza, gdy dotarli do domu rodziny Wojciecha. Maja została przywitana uściskami, uśmiechami i pytaniami ze wszystkich stron.
Mama Wojciecha od razu wzięła ją pod swoje skrzydła, a ojciec opowiadał anegdoty z młodości syna. Wojciech, zwykle taki poważny, ze zdziwieniem przyłączył się do śmiechu. Ale w głębi duszy czuł coś innego. Widok Mai w tym miejscu, rozmawiającej z jego rodziną, wydawał się surrealistyczny.
To było tak, jakby przez chwilę naprawdę w to uwierzył. Gdy dotarli na miejsce, odprowadził ją do drzwi. Zanim się pożegnali, trzymał ją za rękę przez chwilę dłuższą niż to konieczne. „Dziękuję, Maju, za dzisiaj.
Byłaś niesamowita” – powiedział, patrząc na nią w sposób, który obudził w niej mieszaninę ekscytacji i niepewności. Starali się utrzymywać pozory, skupiać na roli, którą każde z nich miało do odegrania. Ale spojrzenia i długie chwile milczenia zdradzały to, czego może żadne z nich nie chciało przyznać. Pewnego popołudnia Wojciech zaprosił ją na kolację.
Zgodziła się, trochę chcąc zobaczyć, do czego to wszystko zmierza. Wieczorem zaprowadził ją do małej, przytulnej restauracji z dala od zatłoczonych miejsc, gdzie mogliby zostać zauważeni. Rozmowa płynęła naturalnie, bez skrępowania. Śmiała się z jego suchych żartów, a on patrzył na nią z takim skupieniem, jakby była najważniejszą osobą w całej Warszawie.
Ale gdy wracali do domu, niespodziewanie skręcił w boczną uliczkę i zatrzymał samochód. Jego twarz nagle spoważniała. „Maju, muszę ci coś powiedzieć. Nie chodzi tylko o pomoc w sprawie.
Ja… chyba zaczynam czuć coś, czego nie powinienem czuć” – wyznał, a jego głos drżał, jakby sam przed sobą się bał tych słów. Maja nie wiedziała, co odpowiedzieć. Bo w jej głowie też zaczynało się robić głośno od myśli, których nie chciała dopuścić.
I właśnie wtedy, w tym napięciu między nimi, zadzwonił jego telefon. Spojrzał na ekran i cała czułość zniknęła z jego twarzy, zastąpiona czymś twardym. „Muszę jechać. To pilne” – powiedział, a ona została sama z pytaniami, na które nie miała odpowiedzi.
Następnego dnia Wojciech zniknął. Nie odbierał telefonów, nie odpisywał na wiadomości. Maja próbowała go znaleźć, ale wszędzie ściana milczenia. Dopiero po tygodniu drzwi jej mieszkania otworzył nieznajomy mężczyzna w garniturze, który przedstawił się jako partner Wojciecha z wydziału.
„Pani Maju, musimy porozmawiać. Wojciech zniknął w trakcie akcji. Zostawił coś dla pani” – powiedział, podając jej małą kopertę. W środku był klucz do skrytki bankowej i kartka z jednym zdaniem: „Zaufaj mi, nawet gdy nie możesz mnie znaleźć”.
Maja stała w przedpokoju, trzymając w drżących rękach tę zagadkę, i zrozumiała, że ta historia – która zaczęła się od głupiego żartu w metrze – właśnie zamieniła się w coś znacznie bardziej niebezpiecznego, niż kiedykolwiek mogła sobie wyobrazić.