Marta i Łukasz wprowadzili się do własnego mieszkania zaledwie miesiąc temu, ale czuli się tak, jakby minęły lata. Kredyt wisiał nad nimi jak ciemna chmura, a każdy dzień wyglądał tak samo: praca, powrót, sen i znów praca. Był zimowy weekend, na który czekali cały tydzień. W piątek wieczorem padli do łóżka niemal natychmiast, a Marta wymamrotała sennie:
„Jutro śpimy do południa.

Choćby świat się kończył. ”
Świat jednak postanowił inaczej. O 9:00 rano przez mieszkanie przeszył potworny dźwięk dzwonka. Marta podskoczyła, a Łukasz naciągnął poduszkę na głowę.
Dzwonek zabrzmiał ponownie, głośniej i dłużej. W progu stała Bożena, matka Łukasza. Miała czerwone z mrozu policzki i ogromne torby w obu rękach, z których natychmiast rozszedł się zapach rosołu, pieczonego mięsa i kiszonej kapusty. „Przywiozłam wam trochę jedzenia, bo przecież wy się tu zagłodzicie” — oznajmiła stanowczo i przecisnęła się do środka.
Zanim Marta zdążyła się przywitać, Bożena otworzyła lodówkę i zamarła. „Łukasz, powiedz mi tylko jedno. Jak można żyć mając w lodówce światło, musztardę i pół kostki masła? ”
Marta zamknęła oczy.
Bożena zakasała rękawy i zaczęła przegląd wszystkich szafek. „Ryż, makaron, kawa i jakieś fit chrupki. Dzieci, przecież tak się nie da żyć. ” Potem przeszła do łazienki i zawołała, że ręczniki są mokre powrzucane byle jak.
„Wczoraj wróciliśmy po 10:00, nie mieliśmy już siły” — powiedziała Marta cicho. „Ja też pracowałam i jakoś dawałam radę. Człowiek musi być zorganizowany” — odparła Bożena. Marta poczuła, jak coś ściska ją w środku, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, zadzwonił dzwonek do drzwi.
W progu stała Elżbieta, matka Marty. W jednej ręce trzymała ogromną donicę z zielonym fikusem, a spod torby wystawały nowe zasłony. „Niespodzianka. Przyjechałam wam trochę ocieplić to wasze nowe mieszkanie” — oznajmiła radośnie i przecisnęła się do środka, ledwo mieszcząc kwiat w wąskim przedpokoju.
Obie matki zobaczyły się i zamarły. Bożena pojawiła się w drzwiach kuchni z mokrą ścierką w dłoni. „Och, dzień dobry! ” — powiedziała Elżbieta z uprzejmym uśmiechem.
„Dzień dobry! ” — odpowiedziała równie słodko Bożena. Marta poczuła, jak żołądek ściska jej się ze stresu. Zaczęło się dokładnie tak, jak się obawiała.
Bożena odłożyła ścierkę. „Młodzi chyba bardziej potrzebują porządnego obiadu niż kwiatków. ”
„A człowiek ma żyć jak w magazynie? Dom powinien być przytulny” — odparła chłodno Elżbieta.
„Przytulny nie znaczy zakurzony. Takie ciężkie zasłony tylko kurz zbierają. ”
„Lepsze zasłony niż pusty parapet i szpitalna atmosfera. ”
Łukasz zaczął wycofywać się z kuchni, a Marta zrobiła to samo.
Było już za późno. Elżbieta rozejrzała się po mieszkaniu. „A ta szafka na buty nadal nierozłożona. Łukasz, ile to już stoi?
”
„Dwa, trzy tygodnie” — mruknęła Marta automatycznie. „No właśnie. Marta pracuje całymi dniami, a ty nawet śrubek nie możesz dokręcić. ”
Bożena prychnęła.
„Mój syn pracuje od rana do wieczora. Może gdyby miał w domu porządny obiad, miałby więcej siły. ”
„Sugeruje pani, że moja córka źle prowadzi dom? ”
„Ja nic nie sugeruję.
Ja tylko widzę pustą lodówkę. ”
„A ja widzę chłopa, który nie umie powiesić lampy przez miesiąc. ”
Powietrze w kuchni zrobiło się ciężkie jak przed burzą. Bożena skrzyżowała ręce na piersi.
„Marta od zawsze była trochę roztrzepana. ”
Elżbieta aż otworzyła usta. „Roztrzepana? Moja córka skończyła studia z wyróżnieniem.
”
„Dyplom obiadu nie ugotuje. ”
Zapadła krótka, napięta cisza. Marta zamknęła oczy, a Łukasz pomyślał tylko jedno: to dopiero początek. Kłótnia trwała w najlepsze.
Bożena narzekała, że mikrofalówki niszczą jedzenie, a Elżbieta odpowiadała, że skoro tak, to najlepiej gotować na ognisku. Każde słowo wbijało się w głowę Marty jak mały gwóźdź. Spojrzała na Łukasza. Patrzył właśnie na drzwi sypialni, potem na nią i bardzo lekko skinął głową.
Wstali niemal jednocześnie. „Idziemy na chwilę połazić po kartonach” — rzucił Łukasz od niechcenia. Żadna z matek nawet nie podniosła wzroku. Były zbyt zajęte kłótnią.
W sypialni panował półmrok, a za oknem wirował śnieg. Marta szepnęła:
„Naprawdę to robimy? ”
Łukasz otworzył szafę i wyciągnął starą sportową torbę. „Jeśli zaraz stąd nie wyjedziemy, oszaleję.
”
Marta parsknęła cichym śmiechem, pierwszym szczerym od wielu dni. „Boże, my naprawdę uciekamy przed własnymi matkami. ”
„Dokładnie tak. ”
Pakowali się gorączkowo, ale zaskakująco cicho.
Ciepłe swetry, grube skarpety, ładowarki, termos na kawę. Z kuchni nadal dochodziły podniesione głosy o firankach i o tym, kto lepiej gotuje. Łukasz zamknął torbę i spojrzał na Martę. „Jedziemy.
”
„Dokąd? ”
Zawahał się tylko sekundę. „Na Kaszuby. Pamiętasz ten domek nad jeziorem, co mi kiedyś wyskoczył w reklamie?
Taki w lesie z kominkiem. ”
Marta patrzyła na niego przez moment, a potem nagle poczuła coś dziwnego. Lekkość. „Jedziemy!
” — powiedziała natychmiast. Ubierali się szybko i nerwowo, jak dzieci uciekające z domu. W kuchni właśnie wybuchała kolejna bitwa o telewizor i garnki z rosołem. Łukasz nacisnął klamkę najciszej jak potrafił.
Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem; oboje zamarli, ale z kuchni dobiegło tylko głośne: „Ja przynajmniej umiem gotować! ” i „A ja przynajmniej nie kontroluję dorosłych dzieci! ”
Po chwili byli już na klatce schodowej. Cisza uderzyła ich niemal fizycznie.
Spojrzeli na siebie i jednocześnie wypuścili powietrze. „Nie wierzę, że to robimy” — powiedziała Marta. „Ja też nie. ”
Na dworze mróz szczypał w policzki.
Łukasz wrzucił torbę do bagażnika i odpalił samochód. Wrocław został za nimi szybciej, niż Marta się spodziewała. Bloki ustąpiły miejsca ciemnym drogom i zaśnieżonym polom. Po raz pierwszy od miesięcy nikt niczego od nich nie chciał.
Żadnych telefonów, żadnych raportów, żadnych pretensji. Tylko droga, śnieg i ciepło powoli rozchodzące się po samochodzie. Na Kaszuby dotarli późnym wieczorem. Domek stał tuż przy lesie, mały, drewniany, z lekko ośnieżonym dachem i żółtym światłem w oknach.
Obok ciągnęło się zamarznięte jezioro, nad którym wisiała mleczna mgła. „Boże, jak tu cicho” — szepnęła Marta. Naprawdę było cicho. Nie słychać było tramwajów, sąsiadów wiercących ściany ani alarmów aut.
Tylko wiatr poruszał gałęziami sosen i śnieg skrzypiał pod butami. W domku pachniało drewnem i cynamonem. W rogu salonu stała mała koza, w której przyjemnie trzaskał ogień. Marta zdjęła kurtkę i aż westchnęła.
„Chyba pierwszy raz od roku naprawdę usiadłam. ”
Łukasz roześmiał się cicho. „A ja pierwszy raz od więcej niż trzech godzin nie słyszę własnej matki. ”
Marta rzuciła w niego rękawiczką.
Wieczór minął im spokojnie. Zrobili herbatę w wielkich kubkach, siedzieli pod grubym kocem i patrzyli przez okno na jezioro. Nie rozmawiali o pracy, kredycie ani rachunkach. Niby oboje, jakby nagle przypomnieli sobie, że kiedyś umieli być po prostu razem.
Następnego dnia obudzili się dopiero koło południa. Marta zobaczyła telefon na stoliku: dziewięć nieodebranych połączeń. Pięć od Bożeny, cztery od Elżbiety. Jęknęła i rzuciła telefon z powrotem.
Łukasz parsknął śmiechem. „Nie odbieramy. ”
„Ani trochę. ”
I pierwszy raz od bardzo dawna nie poczuła wyrzutów sumienia.
Po śniadaniu poszli nad jezioro. Pomost był zasypany śniegiem, a ciemne drzewa odbijały się w lodzie jak w matowym lustrze. „Pamiętasz, kiedy ostatnio byliśmy gdzieś razem? ” — zapytała Marta.
Łukasz zastanowił się chwilę. „Chyba na weselu kuzynki Tomka. To było półtora roku temu. ”
„No to pięknie.
”
Zaśmiali się oboje. Marta czuła, jak z jej ramion spada ciężki plecak, którego nawet nie zauważała. Wieczorem pojechali do małej karczmy kilka kilometrów dalej. Pachniało smażoną rybą, barszczem i drewnem z kominka.
Marta jadła gorącą zupę rybną i zamknęła oczy z przyjemności. „Smakuje jak normalne życie” — mruknęła. Łukasz spojrzał na nią uważnie. „Wiesz, że dawno nie widziałem cię tak spokojnej.
”
Uśmiechnęła się lekko. „Ty też wyglądasz inaczej. ”
„Lepiej? ”
„Jak człowiek, a nie zmęczony pracownik miesiąca.
”
Roześmiał się tak szczerze, że ludzie przy sąsiednim stoliku spojrzeli na nich z uśmiechem. W niedzielę po południu wszystko zaczęło się zmieniać. Łukasz coraz częściej zerkał na telefon. Marta przestała się śmiać tak swobodnie jak dzień wcześniej.
Nad jeziorem unosiła się ciężka szara mgła, a wiatr mocniej uderzał w ściany domku. „Musimy jutro wrócić” — powiedział w końcu Łukasz. Marta skinęła głową i nagle oboje poczuli ten znajomy ciężar w żołądku. Trzeba było wrócić do rzeczywistości: do mieszkania, pracy i przede wszystkim do dwóch matek, które prawdopodobnie właśnie kończyły II wojnę światową w ich kuchni.
Droga powrotna do Wrocławia była zupełnie inna. Wtedy uciekali, teraz wracali powoli, z coraz większym ściskiem w żołądku. Marta siedziała skulona w fotelu pasażera i obracała telefon w dłoniach. „Myślisz, że się pozabijały?
” — zapytała w końcu. Łukasz parsknął nerwowym śmiechem. „Albo nas wydziedziczyły. ”
Kiedy zaparkowali pod blokiem, Marta poczuła znajome ukłucie stresu.
Szli do mieszkania powoli, jakby odwlekali nieuniknione. Pod drzwiami zatrzymali się na sekundę. Cisza. Żadnych krzyków, żadnego trzaskania garnkami.
Łukasz ostrożnie przekręcił klucz. Drzwi otworzyły się powoli i oboje zamarli. W mieszkaniu pachniało ciastem. Nie stresem, nie wojną.
Ciastem. Marta weszła pierwsza i rozejrzała się osłupiała. Kartony zniknęły spod ściany. Firanki Elżbiety wisiały w oknach, miękkie rozpraszając zimowe światło.
Na parapecie stał wielki zielony fikus. „Nie wierzę! ” — szepnęła. W kuchni przy stole siedziały Bożena i Elżbieta.
Spokojnie, z kubkami herbaty. Na środku stołu stało drożdżowe ciasto i talerz kanapek. Obie kobiety odwróciły głowy jednocześnie. „O, wrócili” — powiedziała Elżbieta całkiem zwykłym tonem.
Bożena zmrużyła oczy. „Wreszcie. Telefonów też się już nie odbiera. ”
„Usiądźcie, herbata jeszcze ciepła” — machnęła ręką.
Usiedli ostrożnie przy stole, kompletnie oszołomieni. Ich matki już się nie kłóciły. Wręcz przeciwnie. Rozmawiały o cenach masła i kolejkach do lekarza, jakby wspólnie narzekały od lat.
Marta szepnęła do Łukasza:
„Co tu się wydarzyło? ”
„Chyba rozejm. ”
Bożena prychnęła. „Żaden rozejm.
Po prostu twoja teściowa wreszcie przyznała, że te patelnie nadają się do wyrzucenia. ”
Elżbieta od razu pokiwała głową. „Tragiczne, wszystko przywiera. Jak wy na tym smażycie naleśniki?
”
„Nie smażymy” — mruknęła Marta automatycznie. Obie matki spojrzały na nią z takim samym oburzeniem i nagle wszyscy wybuchnęli śmiechem. Tak po prostu, bez napięcia, bez złości, jakby ten cały weekend coś między nimi odblokował. Potem rozmowa płynęła już sama.
Bożena opowiadała o sąsiadce z piętra niżej, Elżbieta narzekała na kolejki do przychodni. Łukasz siedział w szoku, jedząc drożdżówkę, a Marta co chwilę zerkała na swoją torbę stojącą obok krzesła. W końcu delikatnie dotknęła dłoni Łukasza pod stołem. Spojrzał na nią i od razu wiedział.
Nagle oboje zrobili się dziwnie spięci. Bożena zmarszczyła czoło. „Co wam jest? ”
Marta wstała powoli i wyjęła z torby małe pudełko przewiązane czerwonym sznurkiem.
Serce waliło jej jak oszalałe. Łukasz wziął pudełko z jej rąk i położył je na stole między obiema matkami. „To dla was” — powiedział cicho. Bożena pierwsza rozwiązała sznurek.
Wieczko uniosło się powoli i nagle zapadła kompletna cisza. W środku leżał mały biały smoczek i para maleńkich wełnianych bucików. Elżbieta zbladła. Potem gwałtownie zakryła usta dłonią.
„Boże! ”
Bożena patrzyła jeszcze chwilę, jakby nie rozumiała, a potem jej oczy momentalnie zaszkliły się łzami. „Ja… ja będę babcią.
”
Marta tylko skinęła głową i wtedy wszystko wybuchło naraz. Elżbieta rozpłakała się pierwsza i natychmiast przytuliła Martę. Bożena objęła Łukasza tak mocno, że aż jęknął. „Naprawdę?
Od kiedy wiecie? Marta, ty musisz odpoczywać. Łukasz, ty jej teraz nawet siatek nie pozwól nosić. ”
Po chwili obie kobiety siedziały już obok siebie, całkowicie przejęte.
„Jeśli będzie chłopiec, to może Antoni” — zastanawiała się Bożena. „Nie, teraz modne są krótsze imiona” — stwierdziła Elżbieta. „Łóżeczko można wstawić do drugiego pokoju. I trzeba będzie kupić porządny wózek.
”
„Ja mogę chodzić na spacery, ale ja pierwsza. ”
Marta spojrzała na Łukasza i nagle oboje zrozumieli coś bardzo prostego. Jeszcze wczoraj ich matki walczyły ze sobą o firanki, obiady i racje. Dziś już razem planowały życie dziecka, którego jeszcze nawet nie było na świecie.
I pierwszy raz od bardzo dawna to mieszkanie naprawdę poczuło się jak dom.