Siedziałem na krawężniku przed własnym domem i patrzyłem na zamkniętą bramę. Deszcz padał już dobrą chwilę, taki drobny, uparty, który niby nie wygląda groźnie, ale po kilku minutach wszystko jest mokre. Moja robocza kurtka przemokła do suchej nitki. Obok mnie stała mała torba ze szpitala, z kilkoma rzeczami: koszula, szczoteczka do zębów, dokumenty z badań.

Trzy dni wcześniej kładli mnie na oddziale onkologicznym. Teraz wróciłem do domu, a właściwie próbowałem wrócić. Bramę miałem przed sobą, tę samą, którą otwierałem przez ponad trzydzieści lat. Tę samą, przez którą wprowadzałem kiedyś syna do szkoły, niosąc mu tornister, bo był jeszcze za mały.
Teraz stałem po drugiej stronie. „Nie mogę pana wpuścić” – powiedziała Sandra z okna na piętrze. Powiedziała to takim tonem, jakby mówiła do obcego człowieka. Jakby nigdy nie siedzieliśmy przy jednym stole.
Jakby nigdy nie piła herbaty w mojej kuchni. „Właśnie wróciłem ze szpitala” – odparłem, stojąc przy bramie i trzymając torbę w ręku. „Otwórz, proszę. ”
Pokręciła tylko głową.
„Po chemii nie ma pan odporności. Maja jest w domu. Nie możemy ryzykować. ”
A potem zamknęła okno.
Tak po prostu. Sąsiedzi wszystko słyszeli. W takich miejscach jak nasze osiedle ściany są cienkie, a ludzie siedzą w oknach. Czułem na sobie ich spojrzenia, dlatego usiadłem na krawężniku.
Nie miałem już siły tłumaczyć. Mam dziś ponad sześćdziesiąt lat. W życiu różne rzeczy widziałem. Pracowałem ciężko, niejedną zimę spędziłem na magazynie materiałów budowlanych, gdzie wiatr hula między halami jak na polu.
Myślałem, że niewiele rzeczy może mnie jeszcze naprawdę zaskoczyć. A jednak, bo kiedy człowiek siedzi pod własnym domem z torbą ze szpitala i nie może wejść do środka, to coś w nim pęka. Ale ta historia nie zaczęła się dzisiaj. Nie zaczęła się też w szpitalu.
Zaczęła się trzy lata temu. Pamiętam to bardzo dobrze, jakby to było wczoraj. Była sobota, ciepły dzień pod koniec kwietnia. Wstałem rano, jak zwykle trochę przed siódmą.
Dom był cichy. Zrobiłem sobie kawę w starej kawiarce, tej samej, którą mamy od lat. Postawiłem ją na gazie, poczekałem, aż zacznie cicho bulgotać. Zapach kawy rozchodził się po całej kuchni.
Lubiłem te poranki. Siadałem przy stole, patrzyłem przez okno na ogród – niewielki, ale swój. Kilka krzaków bzu przy płocie, stara jabłoń i kawałek trawnika, który kosiłem co dwa tygodnie. Proste życie.
Najważniejsze było to, że w domu zawsze czekał mój syn. Kamil miał wtedy trzydzieści dwa lata. Spokojny chłopak, trochę zamknięty w sobie, ale dobry. Po śmierci mojej żony zostaliśmy tylko we dwóch.
Jakoś się trzymaliśmy. Tamtego dnia wrócił do domu później niż zwykle. Stanął w drzwiach kuchni i powiedział:
„Tato, muszę ci kogoś przedstawić. ”
Uśmiechnąłem się, bo prawdę mówiąc, czekałem na to od dawna.
„No to przedstaw” – odpowiedziałem i nalałem sobie drugą kawę. Chwilę później do domu weszła Sandra – wysoka, zadbana, ciemne włosy związane w ogon – a obok niej dziewczynka, może siedem lat. Stała trochę za nią, trzymając ją za rękę. „Dzień dobry” – powiedziała Sandra.
„Jestem Sandra. ”
„Wojciech” – odpowiedziałem. „Wchodźcie. ”
Dziewczynka patrzyła na mnie dużymi oczami.
„A ty jak masz na imię? ” – zapytałem. „Maja” – odpowiedziała cicho. I wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wpuszczając je do domu, wpuszczam coś, co powoli zacznie zmieniać całe moje życie.
Tego dnia wszystko wyglądało zupełnie normalnie. Usiedliśmy przy stole, zrobiłem herbatę, pokazałem Mai ogród. Biegała między krzakami bzu i śmiała się, a ja pomyślałem, że może wreszcie w tym domu znowu będzie trochę życia. Wieczorem, kiedy wyszli, sprzątałem ze stołu.
Podniosłem z blatu zgniecioną papierową serwetkę. Już miałem ją wyrzucić, kiedy zobaczyłem coś dziwnego. Na białym papierze ktoś napisał coś czerwonym kolorem. Rozprostowałem serwetkę i przeczytałem słowa, które do dziś pamiętam dokładnie:
„Ten dom wkrótce będzie mój.
”
Tamte słowa nie dawały mi spokoju przez długi czas. Próbowałem sobie wytłumaczyć, że to pewnie jakiś głupi żart. Może ktoś coś nabazgrał dla śmiechu. Człowiek zawsze szuka prostszego wyjaśnienia, zwłaszcza kiedy nie chce uwierzyć w to gorsze.
Zgniotłem serwetkę i wyrzuciłem ją do kosza. I wtedy jeszcze naprawdę wierzyłem, że wszystko będzie dobrze. Przez pierwsze tygodnie Sandra przychodziła do nas z Mają prawie w każdy weekend. Za każdym razem wyglądała tak samo – schludna, uczesana, ubrana jak z katalogu.
Zawsze z uśmiechem, zawsze uprzejma. „Dzień dobry, panie Wojciechu! ” – mówiła. Nie Wojtek, nie „panie”.
Zawsze pełne, oficjalne „panie Wojciechu”. Trochę mnie to nawet bawiło. Maja natomiast bardzo szybko przestała się krępować. Już za drugim razem wbiegła do domu, jakby znała to miejsce od dawna.
„Dziadek Wojtek! ” – zawołała od progu. Spojrzałem na nią zaskoczony. „A kto ci powiedział, że jestem twoim dziadkiem?
”
Wzruszyła ramionami. „Mama powiedziała, że mogę tak mówić. ”
Roześmiałem się wtedy. Dzieci są proste w swoich decyzjach.
Jeśli ktoś jest dla nich dobry, szybko przyklejają mu jakąś rolę w swoim świecie. Pokazałem jej ogród. Krzaki bzu właśnie zaczynały kwitnąć. Dziewczynka zbierała opadłe kwiaty i robiła z nich małe bukiety.
Pamiętam, że wtedy naprawdę pomyślałem: może to wszystko wyjdzie na dobre. Może w tym domu znowu będzie trochę śmiechu. Kamil też wyglądał na szczęśliwego. Patrzył na Sandrę tak, jak mężczyźni patrzą na kobiety, kiedy naprawdę są zakochani.
Trochę nieporadnie, trochę z dumą, jakby chciał wszystkim pokazać: „Patrzcie, to jest moja kobieta”. Przy stole rozmawialiśmy o zwykłych rzeczach – o pracy, o pogodzie, o szkole Mai. Sandra mówiła spokojnie, z uśmiechem, ale już wtedy zaczęły się pojawiać pierwsze drobne uwagi. Takie niby nic, a jednak zostają człowiekowi w głowie.
Pewnego dnia nalałem wszystkim kawy z mojej starej kawiarki. W ten sam sposób od lat. Trochę mocniejsza, czarna, pachnąca. Sandra wzięła łyk i lekko zmarszczyła nos.
„Oj, mocna” – powiedziała. „Taka powinna być kawa” – odpowiedziałem. Uśmiechnęła się grzecznie. „My w domu pijemy raczej z ekspresu.
Jest delikatniejsza. ”
Nie skomentowałem tego, ale tydzień później znów wróciła do tematu. „Wie pan, panie Wojciechu” – powiedziała, rozglądając się po kuchni. „Taki dobry ekspres do kawy to teraz nie jest wielki wydatek.
”
Kamil od razu podchwycił:
„Moglibyśmy kupić. ”
„A po co? ” – zapytałem. „No wiesz, tato, wygodniej.
”
Machnąłem ręką. „Taka kawiarka działa od dwudziestu lat i jeszcze trochę popracuje. ”
Sandra się uśmiechnęła, nic nie powiedziała, ale spojrzała na Kamila takim wzrokiem, który mówił więcej niż słowa. Z czasem zaczęła też coraz częściej oglądać dom jak ktoś, kto ocenia mieszkanie przed remontem.
Pewnego popołudnia wyszliśmy razem do ogrodu. Maja biegała po trawie, a Sandra stała przy płocie i patrzyła na krzaki bzu. „Dużo tych krzaków” – powiedziała. „Rosną tu od lat” – odpowiedziałem.
„Moja żona je sadziła. ”
Przez chwilę milczała. „Wie pan? ” – zaczęła ostrożnie.
„Można by tu zrobić coś nowoczesnego. Równy trawnik. Może jakaś altanka? Może miejsce do zabawy dla dziecka.
Teraz wszystko robi się trochę inaczej. ”
Popatrzyłem na ogród. Dla mnie był dokładnie taki, jaki powinien być. „Mnie się podoba tak, jak jest” – powiedziałem spokojnie.
Sandra skinęła głową. „Oczywiście, to pana dom. ”
Ale w jej głosie było coś, czego nie potrafiłem wtedy nazwać. Kilka dni później usiedliśmy przy stole w kuchni.
Maja rysowała coś na kartce, a Kamil pomagał jej znaleźć kredki. Sandra mieszała herbatę łyżeczką i nagle powiedziała:
„A gdybyśmy kiedyś tu zamieszkali? ”
Zamarłem na chwilę. „Co masz na myśli?
”
Spojrzała na Kamila. „No przecież dom jest duży, a my teraz wynajmujemy małe mieszkanie. Tu byłoby więcej miejsca dla Mai. ”
Kamil od razu się ożywił:
„Właśnie o tym ostatnio rozmawialiśmy.
”
Spojrzałem na niego powoli. „Rozmawialiście? ”
„No tak, trochę, tato” – dodał szybko. „To tylko pomysł.
”
Sandra uśmiechnęła się łagodnie. „Oczywiście. Nic na siłę. Po prostu tak pomyślałam.
”
Maja w tym czasie podniosła głowę znad kartki. „Ja bym chciała tu mieszkać” – powiedziała. „Bo tu jest ogród. ”
Kamil roześmiał się.
„Widzisz, nawet Maja już zdecydowała. ”
Uśmiechnąłem się wtedy, ale gdzieś głęboko w środku pojawiło się dziwne uczucie – coś między niepokojem a przeczuciem. Bo po raz pierwszy pomyślałem, że ta rozmowa wcale nie była przypadkowa. Ślub Kamila i Sandry odbył się szybko, bez wielkiego wesela, bez orkiestry i tańców do rana.
Mała sala w restauracji na obrzeżach miasta, kilka stołów, najbliższa rodzina i znajomi. Maja biegała między krzesłami w białej sukience i śmiała się głośno, a Kamil patrzył na Sandrę tak, jakby właśnie wygrał los na loterii. Patrzyłem na to wszystko z boku i próbowałem się cieszyć razem z nim, bo przecież o to chodzi w życiu, żeby dzieci były szczęśliwe. Po ślubie nie minął nawet tydzień, kiedy Sandra powiedziała: „No to zaczynamy przeprowadzkę”.
I tak po prostu zaczęli wnosić rzeczy do domu. Najpierw pojawiły się kartony, potem walizki, potem torby z ubraniami Mai. W pewnym momencie zorientowałem się, że dom zaczyna wyglądać inaczej. Na początku to były drobiazgi.
Na kuchennym blacie pojawił się duży, błyszczący ekspres do kawy. „Prezent od mojej mamy” – powiedziała Sandra, ustawiając go dokładnie tam, gdzie przez lata stała moja kawiarka. Nie powiedziałem nic. Kawiarkę przestawiłem na bok szafki.
Potem pojawiły się nowe kubki – kolorowe, wszystkie takie same. Stare filiżanki gdzieś zniknęły, nie wiem kiedy. Po prostu któregoś dnia otworzyłem szafkę i już ich tam nie było. Sandra zmieniła też sposób gotowania.
Kiedyś w domu pachniało obiadem, zupą, mięsem, czymkolwiek, co akurat było na stole. Teraz coraz częściej przyjeżdżał kurier. Pudełka z pizzą, pudełka z makaronem, kartony z jedzeniem z dostawy. „Tak jest szybciej” – mówiła Sandra.
Kamil kiwał głową. Ja jadłem w milczeniu. Najpierw zmieniła się kuchnia, potem salon. Na półkach pojawiły się nowe dekoracje.
Jakieś świece w słoikach, ramki ze zdjęciami, których wcześniej tu nie było. Stare rzeczy powoli znikały. Nie było jednego dnia, w którym wszystko nagle się zmieniło. To działo się powoli.
Tak powoli, że człowiek orientuje się dopiero wtedy, kiedy jest już za późno. Najgorzej było jednak z pokojami. Mój pokój był największy w domu, z oknem na ogród. Stało tam stare łóżko, szafa, komoda.
Ten pokój należał kiedyś do mnie i mojej żony. Pewnego wieczoru Sandra stanęła w jego drzwiach i rozejrzała się po wnętrzu. „Tu jest dużo miejsca” – powiedziała. Kamil stał obok niej.
„No sporo. ”
Sandra usiadła na łóżku i popatrzyła na niego. „Maja potrzebuje przestrzeni. ”
Spojrzałem na nią.
„Przestrzeni? ”
„Tak, dziecko musi mieć gdzie się bawić. Tu zmieści się jej biurko, regał na książki, może nawet mały kącik do rysowania. ”
Milczałem.
Sandra mówiła spokojnie, jakby rozmawiała o czymś oczywistym. „A pan? ” – zawahała się na chwilę. „Pan przecież nie potrzebuje aż tyle miejsca.
”
Wtedy pierwszy raz poczułem coś ciężkiego w środku. „To jest mój pokój” – powiedziałem powoli. Kamil podrapał się po karku. „Tato…”
Sandra wstała z łóżka.
„My nie chcemy robić problemu” – powiedziała miękko. „Po prostu pomyśleliśmy, że byłoby wygodniej dla wszystkich. ”
„Dla wszystkich? ” – zapytałem.
„No przecież Maja też jest teraz rodziną. ”
Maja w tym czasie siedziała w salonie i oglądała bajkę. Jej śmiech dochodził z drugiego końca domu. Kamil w końcu spojrzał na mnie.
„Tato, to tylko na chwilę. ”
To zdanie powtarzał potem jeszcze wiele razy. Tego samego wieczoru zaczęli przenosić moje rzeczy. Nie protestowałem.
Stałem tylko w korytarzu i patrzyłem, jak Kamil wynosi z pokoju moje pudełka. „Gdzie to wszystko pójdzie? ” – zapytałem w końcu. „Do tego małego pokoiku” – odpowiedział.
Ten mały pokoik był kiedyś komórką. Trzymaliśmy tam stare narzędzia, rower Kamila z dzieciństwa, jakieś kartony. Kiedy otworzyłem drzwi, zobaczyłem wąskie pomieszczenie z małym oknem wysoko pod sufitem. Stało tam już łóżko polowe.
„Będzie panu tu wygodnie” – powiedziała Sandra. Nie odpowiedziałem. Po godzinie mój stary pokój był już pusty. Następnego dnia Sandra zaczęła ustawiać tam rzeczy Mai.
Biurko, regał, nowe zasłony. Kiedy przechodziłem obok drzwi, zobaczyłem, jak Maja skacze po łóżku i śmieje się głośno. „Dziadek Wojtek! ” – zawołała.
„Patrz, jaki mam pokój! ”
Uśmiechnąłem się. „Ładny! ”
I wtedy pierwszy raz pomyślałem coś, czego wcześniej nie chciałem dopuścić do głowy.
Ten dom wciąż stał na tej samej ulicy. Miał te same ściany, te same okna, ten sam ogród. Ale ja przestałem być w nim gospodarzem. Po przeprowadzce życie w domu zaczęło wyglądać inaczej.
Nie wydarzyło się to jednego dnia. Nikt nie powiedział wprost: „Od dziś wszystko będzie po nowemu”. Po prostu z tygodnia na tydzień coraz częściej czułem się tak, jakby ten dom należał do kogoś innego. Najpierw zmienił się mój rytm dnia.
Zacząłem wstawać wcześniej niż wszyscy. Jeszcze zanim Sandra i Kamil się obudzili, zanim Maja zaczęła biegać po schodach, o szóstej rano dom był cichy. Schodziłem wtedy po schodach powoli, żeby nikogo nie obudzić. W kuchni stawiałem moją starą kawiarkę na gazie.
Nauczyłem się robić to cicho, prawie bez dźwięku. Kiedy kawa zaczynała pachnieć, siadałem przy stole i patrzyłem przez okno na ogród. To były jedyne chwile w ciągu dnia, kiedy miałem wrażenie, że dom znowu jest taki jak dawniej. Ale ten spokój zawsze kończył się szybko.
Pierwsza schodziła Sandra, zawsze elegancka, nawet rano. Włosy spięte, szlafrok dopasowany, jakby za chwilę miała wyjść do pracy, choć często pracowała z domu. Patrzyła na mnie i mówiła uprzejmie: „Dzień dobry, panie Wojciechu”. Potem patrzyła na kuchnię.
„Ojej, znowu ta kawiarka? ” Czasem nic nie mówiła, tylko wyjmowała kubek i robiła kawę w ekspresie. Ten ekspres syczał i bulgotał tak głośno, że budził pół domu. Po kilku tygodniach zaczęły się uwagi.
Najpierw o drobiazgi. „Czy mógłby pan ściszyć telewizor? ” Albo: „Maja odrabia lekcje, a pan ogląda wiadomości”. Wyłączałem więc telewizor.
Potem było: „Mógłby pan nie chodzić tak ciężko po schodach? Maja się rozprasza”. Starałem się chodzić ciszej. Potem przyszła kolej na kuchnię.
Kiedyś gotowałem prawie codziennie. Lubiłem to. Proste jedzenie: zupa, ziemniaki, mięso, kapusta. Nic wielkiego, ale zawsze coś ciepłego.
Pewnego dnia Sandra powiedziała przy stole:
„Wie pan, takie ciężkie jedzenie nie jest zdrowe. ”
„Jakie ciężkie? ”
„No smażone, tłuste. Teraz wszyscy jedzą trochę lżej.
”
Kamil tylko wzruszył ramionami. „Tato, ona trochę racji ma. ”
Od tego czasu coraz rzadziej gotowałem, bo zawsze pojawiał się jakiś komentarz. Za dużo czosnku, za tłuste, za słone, albo po prostu zamówimy coś z dostawy.
Powoli nauczyłem się nie wchodzić nikomu w drogę. Chodziłem po domu jak cień. Najwięcej czasu spędzałem w moim małym pokoiku po dawnej komórce. Czasem wychodziłem do ogrodu, czasem siedziałem w garażu przy starych narzędziach.
Ale pewnego dnia postanowiłem zrobić coś po staremu. Była jesień, chłodny dzień, taki kiedy człowiek ma ochotę na coś ciepłego do jedzenia. Wstałem rano, pojechałem na targ i kupiłem wszystko, co trzeba: kapustę, kiełbasę, mięso, grzyby. Wróciłem do domu i nastawiłem wielki gar bigosu.
Kiedy gotowałem, zapach rozchodził się po całej kuchni. Taki prawdziwy zapach domu. Maja zajrzała do środka. „Co to tak pachnie?
”
„Bigos” – powiedziałem. „Lubię bigos” – uśmiechnęła się. Pomyślałem wtedy, że może chociaż ona zje. Po południu wszyscy usiedli przy stole.
Postawiłem garnek na środku. Sandra spojrzała na niego i zmarszczyła brwi. „Ojej, co to za ciężkie jedzenie? ”
„Bigos.
”
„No tak, tłuste mięso, kiełbasa. To nie jest dobre dla dziecka. ”
Kamil podrapał się po głowie. „Może rzeczywiście trochę ciężkie.
”
„Zamówiłam już sałatki” – powiedziała Sandra i wyjęła z torby plastikowe pudełka. I tak siedzieliśmy przy stole. Oni jedli sałatki z dostawy, a bigos stał na środku. Nikt go nie ruszył.
Maja tylko raz spojrzała na mnie, jakby chciała coś powiedzieć, ale Sandra odsunęła przed nią pudełko z jedzeniem. „Jedz to. ”
Wieczorem włożyłem garnek do lodówki. Następnego dnia rano otworzyłem ją i zobaczyłem, że nic się nie zmieniło.
Bigos stał tak samo, jak go zostawiłem. Nikt nawet nie spróbował. Wziąłem garnek, podniosłem pokrywkę i przez chwilę patrzyłem na to wszystko. Potem podszedłem do kosza i powoli wylałem cały bigos.
Stałem chwilę nad zlewem, patrząc, jak znika. I wtedy po raz pierwszy powiedziałem sobie w myślach coś, czego wcześniej nie chciałem przyznać: „Ja już tu nie mieszkam. Ja tylko jeszcze stąd nie zostałem wyrzucony. ”
Po tamtym dniu z bigosem coś się we mnie zmieniło.
Człowiek może długo udawać przed samym sobą, że wszystko jest w porządku, że to tylko drobiazgi, że młodzi mają swoje zwyczaje, a świat się zmienia. Ale kiedy zaczynasz chodzić po własnym domu tak, żeby nikomu nie przeszkadzać, to w pewnym momencie zaczynasz rozumieć, że problem nie jest w zwyczajach. Problem jest w tobie – a właściwie w tym, że ktoś chce, żeby ciebie tu nie było. Tamtego dnia wróciłem wcześniej z pracy.
W magazynie było spokojnie. Kierownik powiedział, że możemy skończyć godzinę wcześniej, bo nie przyjechała jedna dostawa. Przyjechałem do domu i wszedłem od strony garażu, jak zawsze, kiedy wracałem wcześniej, żeby nie hałasować przy drzwiach. Dom był cichy.
Już miałem wejść do kuchni, kiedy usłyszałem głos Sandry z salonu. Rozmawiała przez telefon. Nie zamierzałem podsłuchiwać. Naprawdę chciałem tylko przejść obok i pójść do swojego pokoju.
Ale kiedy przechodziłem przez korytarz, usłyszałem swoje imię. Zatrzymałem się. Sandra siedziała na kanapie plecami do drzwi. Machała ręką, jak zawsze, kiedy mówiła przez telefon.
„No mówię ci” – powiedziała. „Jeszcze trochę i sam się wyniesie. ”
Serce mi na chwilę stanęło. Stałem w korytarzu i nie ruszałem się ani o krok.
„Tak, tak” – ciągnęła dalej. „On już prawie nie wychodzi ze swojego pokoju. Chodzi po domu jak cień. ”
Zaśmiała się cicho.
„Najlepsze jest to, że Kamil wszystko łyka. Wmawiam mu, że ojciec się czepia, że jest przewrażliwiony. I wiesz co? On naprawdę w to wierzy.
”
Po drugiej stronie ktoś coś powiedział, bo Sandra znowu się roześmiała. „Dokładnie. Jeszcze trochę i sam się wyniesie. Wtedy dom będzie nasz.
”
Przez chwilę w salonie zapadła cisza, a ja stałem w korytarzu. I nagle wszystko zaczęło układać się w jedną całość. Ekspres do kawy, mój pokój, uwagi przy stole, bigos wylany do kosza. To nie były przypadkowe sytuacje.
To był plan. Odsunąłem się od drzwi najciszej, jak potrafiłem, i poszedłem do garażu. Usiadłem na starym stołku przy ścianie i przez dłuższą chwilę patrzyłem w podłogę. Człowiek całe życie pracuje, buduje dom, stara się zrobić coś porządnego, a potem okazuje się, że ktoś traktuje to wszystko jak nagrodę do zdobycia.
Od tamtego dnia zacząłem czuć też coś jeszcze. Najpierw był to tylko lekki ból w dole brzucha. Myślałem, że to nic poważnego. Może zmęczenie, może nerwy.
W pracy człowiek dźwiga różne rzeczy, czasem coś zaboli. Ale ból nie mijał. Z tygodnia na tydzień było gorzej. Czasem w nocy budziłem się i nie mogłem zasnąć.
Chodziłem wtedy po domu, po cichu, żeby nikogo nie obudzić. W końcu któregoś dnia poszedłem do przychodni. Stara przychodnia NFZ na naszym osiedlu. Długa kolejka, ludzie siedzący pod ścianą.
Ktoś kaszle, ktoś narzeka na lekarzy. Zwykły dzień. Lekarz rodzinny wysłuchał mnie uważnie. „Zrobimy kilka badań” – powiedział.
Myślałem, że to potrwa tydzień, dwa, ale sprawy zaczęły toczyć się szybciej, niż się spodziewałem. Najpierw badanie krwi, potem USG, potem skierowanie do szpitala. W końcu pewnego dnia siedziałem w gabinecie lekarza w szpitalu onkologicznym. Lekarz miał przed sobą moje wyniki.
Przeglądał je w milczeniu. „Panie Wojciechu” – powiedział w końcu. „Mamy potwierdzoną diagnozę. ”
Poczułem, jak serce zaczyna mi bić szybciej.
„Rak prostaty. Druga faza. ”
W gabinecie zrobiło się nagle bardzo cicho. Lekarz mówił dalej o leczeniu, o chemii, o tym, że trzeba zacząć jak najszybciej.
Słyszałem jego głos, ale jakby z daleka. Wyszedłem ze szpitala z plikiem papierów w ręce. Usiadłem na ławce przed budynkiem. Przez kilka minut patrzyłem na telefon.
Najtrudniejszą rzeczą w życiu jest czasem zadzwonić do własnego dziecka. W końcu wybrałem numer Kamila. Po kilku sygnałach odebrał. „Tato?
”
Wziąłem głęboki oddech. „Musimy porozmawiać. ”
Kiedy zadzwoniłem do Kamila, przez chwilę w słuchawce panowała cisza, jakby nie wiedział, czy dobrze usłyszał. „Jak to rak?
” – powiedział w końcu. „Tak powiedział lekarz” – odpowiedziałem spokojnie. „Rak prostaty. Druga faza.
”
Po drugiej stronie zapadła długa cisza. Słyszałem tylko jego oddech. „Gdzie jesteś? ” – zapytał nagle.
„W szpitalu? Zaraz będę. ”
Rozłączył się tak szybko, że nawet nie zdążyłem nic więcej powiedzieć. Usiadłem wtedy w korytarzu przy ścianie.
W szpitalach jest coś takiego, że człowiek nagle czuje się bardzo mały. Białe ściany, zapach środków dezynfekcyjnych, ludzie chodzący tam i z powrotem z papierami w rękach. Minęło może pół godziny, kiedy zobaczyłem Kamila. Wbiegł na korytarz w swojej roboczej kurtce.
Najwyraźniej przyjechał prosto z pracy. Rozejrzał się nerwowo, aż w końcu mnie zauważył. Podszedł szybko. „Tato.
”
Nie powiedział nic więcej. Po prostu usiadł obok mnie i przez chwilę patrzył w podłogę. Widziałem, jak zaciska szczęki. Potem nagle zakrył twarz rękami i wtedy po raz pierwszy od wielu lat zobaczyłem, jak mój syn płacze.
Nie jak dziecko, cicho, bez słów, tylko ramiona mu drżały. Położyłem rękę na jego plecach. „Spokojnie” – powiedziałem. Podniósł głowę.
„Jak to się mogło stać? ” – zapytał. „Czasem tak bywa. ”
Lekarz wezwał nas do gabinetu.
Wyjaśnił wszystko jeszcze raz. Leczenie, chemia, kolejne badania. Kamil słuchał bardzo uważnie. Zadawał pytania, których ja nawet nie zdążyłem wymyślić.
Kiedy wyszliśmy z gabinetu, stanął przede mną na korytarzu. „Dam radę, tato” – powiedział. „Słyszysz? Dam radę.
”
Pokręciłem głową. „Nie chodzi o to, żebyś ty dawał radę. ”
„Chodzi” – odpowiedział stanowczo. „Nie zostawię cię.
”
Patrzył na mnie tak jak wtedy, kiedy był małym chłopcem i coś sobie postanowił. Po południu zawiózł mnie do domu. Droga minęła w milczeniu. Każdy z nas myślał o czymś swoim.
Sandra siedziała w salonie z laptopem na kolanach. Maja rysowała coś przy stole. Kiedy weszliśmy, Sandra spojrzała na nas. „I co powiedział lekarz?
”
Kamil odpowiedział od razu:
„Rak, druga faza. ”
Sandra zamarła na chwilę, ale nie była to taka cisza jak u Kamila w szpitalu. To była raczej chłodna kalkulacja. „I co dalej?
” – zapytała. „Leczenie, chemia. ”
Sandra powoli zamknęła laptop. „A ile to potrwa?
”
„Nie wiem” – powiedziałem. Sandra oparła się o oparcie kanapy. „To poważna sprawa. ”
„No raczej” – odpowiedział Kamil ostro.
Sandra spojrzała na Maję. „Właśnie dlatego trzeba pomyśleć rozsądnie. ”
„O czym? ”
„O dziecku.
”
W pokoju zrobiło się nagle cicho. Sandra mówiła spokojnie, jakby omawiała plan remontu. „Maja nie powinna tego wszystkiego oglądać. Choroba, leczenie, chemia – to może być dla dziecka trudne.
”
Kamil zmarszczył brwi. „Co chcesz przez to powiedzieć? ”
Sandra wzruszyła ramionami. „Że w takiej sytuacji czasem lepszym rozwiązaniem jest dom opieki.
”
Te słowa zawisły w powietrzu. „Dom opieki” – powtórzył Kamil. „Tak, tam są lekarze, pielęgniarki, fachowa opieka” – spojrzała na mnie. „A tu przecież nikt nie wie, jak się zajmować chorym.
”
Patrzyłem na nią w milczeniu. Kamil odwrócił wzrok. Widziałem, że w jego głowie zaczyna się walka. Z jednej strony był jego ojciec, z drugiej – jego żona.
„Sandra…” – powiedział w końcu cicho. „Ja tylko mówię rozsądnie” – przerwała mu. „Trzeba myśleć o wszystkim. ”
Maja nic nie rozumiała.
Siedziała przy stole i rysowała dalej kredkami. Ja też nic nie powiedziałem, bo wiedziałem już jedno. To dopiero początek. Kilka dni później trafiłem do szpitala na pierwszą chemioterapię.
Leżałem na łóżku pod kroplówką, patrząc w biały sufit. W sali było jeszcze trzech mężczyzn. Każdy wpatrzony gdzieś przed siebie, każdy zajęty własnymi myślami. Pielęgniarka sprawdziła kroplówkę i powiedziała: „Proszę się nie martwić.
Damy radę”. Uśmiechnąłem się słabo, ale gdzieś głęboko w środku czułem, że największa walka dopiero przede mną. Pierwszy dzień w szpitalu pamiętam jak przez mgłę. Człowiek leży pod kroplówką i nagle cały świat zaczyna się składać z bardzo prostych rzeczy: łóżko, sufit, plastikowa rurka w ręce i cichy dźwięk aparatury gdzieś w tle.
Chemia zaczęła działać szybko. Najpierw pojawiła się dziwna słabość, taka jakby ktoś nagle wyciągnął z człowieka połowę siły. Nawet podniesienie ręki wydawało się wysiłkiem. Potem przyszły mdłości.
Najgorszy był jednak smak w ustach – metaliczny, ciężki, jakby ktoś wsadził mi do ust kawałek starej monety. Nie pomagała ani woda, ani herbata. Leżałem i patrzyłem w okno. Na oddziale czas płynie inaczej.
Minuty ciągną się jak godziny, a dzień jest podobny do poprzedniego. Tylko pielęgniarki zmieniają się na dyżurach i co jakiś czas ktoś wchodzi sprawdzić kroplówkę. Pierwszego dnia przyjechał Kamil. Wszedł do sali trochę niepewnie, jakby nie wiedział, czy może tu być.
W ręku trzymał torbę z jedzeniem. „Tato” – powiedział cicho. Uśmiechnąłem się. „Przecież mówiłem, że nie musisz przyjeżdżać codziennie.
”
„Muszę” – odpowiedział. Usiadł na krześle obok łóżka i przez chwilę nic nie mówił. W końcu wyjął z torby butelkę wody i mały jogurt. „Może coś zjesz?
”
Pokręciłem głową. „Nie dam rady. ”
Skinął tylko głową i odstawił wszystko na stolik. Siedział ze mną prawie godzinę.
Opowiadał o pracy, o magazynie, o jakiejś dostawie, która się spóźniła. Mówił o zwykłych rzeczach, jakbyśmy siedzieli przy stole w kuchni. I to było dobre, normalne. Kiedy wychodził, położył rękę na moim ramieniu.
„Jutro też przyjadę. ”
Uśmiechnąłem się tylko. Drugiego dnia czułem się znacznie gorzej. Chemia uderzyła mocniej.
Kręciło mi się w głowie. Żołądek buntował się przy każdym ruchu. Większość czasu przespałem. Po południu spojrzałem na telefon.
Była jedna wiadomość od Kamila: „Tato, dziś nie dam rady przyjechać. W pracy bałagan. Przyjadę jutro”. Przeczytałem ją kilka razy.
Potem odłożyłem telefon na stolik. Nie miałem do niego pretensji. Praca to praca. Człowiek musi zarabiać.
Trzeciego dnia było najgorzej. Rano ledwo wstałem z łóżka. Pielęgniarka pomogła mi usiąść, podała lekarstwa i powiedziała, że dziś mnie wypiszą. „Jak pan odpocznie w domu, będzie łatwiej” – dodała.
Dom. To słowo zabrzmiało wtedy bardzo dobrze. Spakowałem swoje rzeczy do małej torby. Dokumenty, koszulę, szczoteczkę do zębów – wszystko, co miałem.
Usiadłem na łóżku i spojrzałem na telefon. Nie było żadnej wiadomości. Zadzwoniłem do Kamila. Telefon dzwonił długo.
Raz, drugi, trzeci. Nikt nie odebrał. Pomyślałem, że może jest w pracy, może nie słyszy. Zadzwoniłem jeszcze raz.
Tym razem po kilku sygnałach włączyła się poczta głosowa. Odłożyłem telefon. Siedziałem tak jeszcze chwilę na łóżku, patrząc na torbę stojącą przy ścianie. Pielęgniarka zajrzała do sali.
„Ktoś po pana przyjedzie? ”
„Tak” – odpowiedziałem odruchowo. Ale kiedy wyszła, wiedziałem już, że będę musiał wracać sam. Powoli wstałem z łóżka.
Nogi miałem miękkie jak z waty. W szpitalu człowiek szybko traci siły. Na korytarzu było tłoczno – ludzie czekali na badania. Ktoś prowadził starszego mężczyznę pod rękę.
Gdzieś w oddali ktoś kaszlał. Wyszedłem przed budynek. Powietrze było chłodne, ale świeże. Po tych trzech dniach w szpitalu wydawało się prawie luksusem.
Usiadłem na ławce i wyjąłem telefon. Zamówiłem taksówkę. Kierowca przyjechał po kilkunastu minutach. Starszy facet, może niewiele młodszy ode mnie.
„Dokąd jedziemy? ” – zapytał. Podałem adres. Przez całą drogę patrzyłem przez okno.
Miasto wyglądało tak samo jak zawsze. Ludzie szli do pracy, ktoś wyprowadzał psa, tramwaj przejechał przez skrzyżowanie. Normalne życie. Tylko ja wracałem do domu z torbą ze szpitala i głową pełną myśli.
Kiedy taksówka skręciła w moją ulicę, poczułem dziwne napięcie w brzuchu, jakby coś we mnie mówiło, że za chwilę wydarzy się coś, czego nie będę potrafił cofnąć. Kiedy taksówka zatrzymała się przed moim domem, przez chwilę siedziałem jeszcze w środku. Patrzyłem przez szybę na bramę i na ogród za nią. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak zawsze.
Ta sama furtka, te same krzaki bzu przy płocie, ta sama ścieżka prowadząca do drzwi. Zapłaciłem kierowcy i wysiadłem z samochodu. Nogi miałem ciężkie, jakby ktoś przywiązał do nich worki z piaskiem. Chemia zrobiła swoje.
Wziąłem torbę ze szpitala i powoli podszedłem do bramy. Nacisnąłem dzwonek. W domu przez chwilę panowała cisza. Potem gdzieś w środku zaszczekał pies sąsiadów, a po chwili usłyszałem kroki na piętrze.
Okno nad drzwiami otworzyło się z lekkim skrzypnięciem. Sandra wychyliła się i spojrzała w dół. Przez moment nic nie mówiła. „Wróciłem” – powiedziałem.
Czułem, że głos mam słabszy niż zwykle. Sandra oparła ręce o parapet i przez chwilę patrzyła na mnie, jakby zastanawiała się, co powiedzieć. „Nie mogę pana wpuścić” – powiedziała w końcu. Na początku pomyślałem, że źle usłyszałem.
„Co? ” – nie mogłem pana wpuścić. Stałem przed bramą i patrzyłem na nią w milczeniu. „Właśnie wyszedłem ze szpitala” – powiedziałem powoli.
„Mam torbę. Jestem po chemii. Otwórz bramę. ”
Sandra pokręciła głową.
„To nie jest dobry moment. ”
„Jak to nie jest dobry moment? ”
Jej twarz stwardniała. „Jest pan chory.
”
„No właśnie dlatego chcę wejść do domu. ”
Sandra westchnęła, jakby tłumaczyła coś bardzo oczywistego. „Maja jest w środku. ”
„I co z tego?
”
„Dziecko nie powinno tego oglądać. ”
Stałem przez chwilę w ciszy. „Czego? Choroby, chemii, tego wszystkiego?
”
Poczułem, jak ktoś ściska mnie w klatce piersiowej. „Sandra” – powiedziałem cicho. „To jest mój dom. ”
W jej oczach pojawiło się coś chłodnego.
„To jest dom Kamila. ”
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż wszystko inne. „Otwórz bramę” – powiedziałem jeszcze raz. Sandra cofnęła się o krok od okna.
„Nie mogę. ”
„Dlaczego? ”
„Bo nie chcę, żeby Maja się przestraszyła. ”
Zniknęła na chwilę z okna.
Pomyślałem, że może jednak idzie otworzyć drzwi, ale po kilku sekundach wróciła. W ręku trzymała plastikową butelkę wody. „Proszę! ” – powiedziała i rzuciła ją w dół.
Butelka spadła na chodnik obok mnie. „Może się panu przyda. ”
Stałem przez chwilę, patrząc na nią. Potem powoli podniosłem torbę i usiadłem na krawężniku przed bramą.
Nie miałem już siły się kłócić. Deszcz zaczął padać po kilku minutach. Najpierw lekko, potem trochę mocniej. Krople uderzały o asfalt i o moją kurtkę.
Założyłem czapkę, ale i tak po chwili była już mokra. Torba ze szpitala stała obok mnie. Patrzyłem na bramę. Przez chwilę myślałem, że Sandra jeszcze zmieni zdanie, że za moment drzwi się otworzą i usłyszę jej kroki na ścieżce.
Ale nic takiego się nie stało. Zamiast tego zaczęły otwierać się okna u sąsiadów. Najpierw pani Halina z domu obok wyszła na balkon. „Panie Wojtku!
” – zawołała. „Co się dzieje? ”
Podniosłem głowę. „Nic takiego.
”
Nie uwierzyła. Chwilę później sąsiad z naprzeciwka wyszedł na chodnik z psem. Patrzył na mnie, potem na zamkniętą bramę. „Wszystko w porządku?
”
Skinąłem głową. „Tak. ”
Ale nikt nie wyglądał na przekonanego. Deszcz padał coraz mocniej.
Woda spływała mi po rękach i po twarzy. Kurtka przesiąkła, spodnie też. Czas płynął bardzo wolno. Spojrzałem na zegarek.
Minęło dopiero piętnaście minut. Potem pół godziny. Potem czterdzieści. Siedziałem tak przed własnym domem jak obcy człowiek.
W końcu, po prawie godzinie, na końcu ulicy pojawił się samochód Kamila. Zatrzymał się gwałtownie przy bramie. Drzwi otworzyły się z hukiem i mój syn wyskoczył na ulicę tak szybko, że nawet nie zamknął samochodu. Spojrzał najpierw na mnie.
Siedziałem na krawężniku przemoczony do suchej nitki. Obok stała torba ze szpitala. Deszcz spływał po czapce i po twarzy. Potem spojrzał na sąsiadów.
Pani Halina stała na balkonie. Sąsiad z naprzeciwka trzymał psa na smyczy i patrzył w milczeniu. Kilka okien wzdłuż ulicy było uchylonych. W takich chwilach człowiek nie musi pytać.
Wszystko widać. Kamil podszedł do mnie powoli. „Tato” – powiedział cicho. Nic nie odpowiedziałem.
Patrzył na mnie przez chwilę, jakby próbował zrozumieć, co tu się właściwie wydarzyło. „Ile tu siedzisz? ” – zapytał. „Trochę.
”
Spojrzał na bramę, potem na torbę. Jego twarz zaczęła się zmieniać. Najpierw pojawiło się zdziwienie, potem gniew. „Ona cię nie wpuściła?
” – zapytał. Nie odpowiedziałem. Nie musiałem. Kamil zacisnął szczęki.
„Tato” – powiedział jeszcze raz i nagle jego głos się załamał. „Przepraszam. ”
Pokręciłem głową. „Wstań” – powiedział.
„Daj spokój. Wstań. ”
Pomógł mi podnieść się z krawężnika. Nogi miałem miękkie po tych trzech dniach w szpitalu, więc oparłem się trochę o jego ramię.
Kamil podniósł torbę ze szpitala. „Chodź. ”
Otworzył bramę i weszliśmy na podwórko. Drzwi domu otworzyły się, zanim zdążyliśmy podejść do schodów.
Sandra stała w progu. „Kamil, ja tylko…” – zaczęła. Nie przerwał jej. Pierwszy raz słyszałem taki ton w jego głosie.
Sandra zamilkła. Kamil wszedł do środka, postawił torbę na podłodze i spojrzał na nią tak, jak nigdy wcześniej. „Wyrzuciłaś mojego ojca z domu? ”
„Ja nikogo nie wyrzuciłam” – powiedziała szybko.
„Ja tylko powiedziałam, że…”
„Że co? ”
„Że Maja nie powinna tego oglądać. Choroba, chemia – to nie jest dobre dla dziecka. ”
Kamil patrzył na nią przez chwilę w milczeniu.
„Wiesz, co zobaczyło dziecko? ” – zapytał w końcu. Sandra nie odpowiedziała. „Dziadka siedzącego pod bramą w deszczu.
”
W salonie było cicho. Maja stała przy drzwiach i patrzyła na nas szeroko otwartymi oczami. Sandra próbowała jeszcze coś powiedzieć:
„Kamil, ja tylko chciałam…”
„Przestań. ”
To jedno słowo zatrzymało ją w pół zdania.
Kamil przeszedł przez salon i otworzył szafę w przedpokoju. Wyjął z niej dużą walizkę. „Co ty robisz? ” – zapytała Sandra.
„Pakuję twoje rzeczy. ”
„Oszalałeś? ”
„Nie. ”
Podszedł do schodów i zaczął znosić z góry torby, ubrania, pudełka.
Rzucał je do walizki bez żadnego porządku. Sandra patrzyła na niego z niedowierzaniem. „Kamil, uspokój się. Porozmawiajmy.
”
Nie odpowiedział. Kiedy walizka była już prawie pełna, zatrzasnął ją z hukiem. Potem zrobił coś, czego się nie spodziewałem. Zdjął z palca obrączkę.
Przez chwilę trzymał ją w dłoni, patrząc na nią w milczeniu, a potem położył ją na stole. „To jest dom mojego ojca” – powiedział spokojnie. Sandra zbladła. „Co ty mówisz?
”
„To, co słyszysz. ”
„A ja? ”
Kamil spojrzał na nią bez emocji. „Ty właśnie stąd wychodzisz.
”
W domu zapadła cisza. Sandra patrzyła na niego jeszcze przez kilka sekund, jakby czekała, aż powie, że to żart. Ale on tylko wskazał drzwi. „Idź.
”
Nie krzyczał, nie podnosił głosu. I właśnie dlatego było w tym coś ostatecznego. Sandra wzięła walizkę, mijając mnie w korytarzu bez słowa. Na chwilę zatrzymała się przy drzwiach, spojrzała jeszcze na Kamila.
„Jeszcze tego pożałujesz. ”
Kamil nic nie odpowiedział. Drzwi zamknęły się za nią cicho. Przez kilka minut w domu panowała cisza.
Potem Kamil wszedł do kuchni. Z szafki wyjął moją starą kawiarkę. Postawił ją na gazie. Po chwili w całym domu zaczął rozchodzić się zapach kawy.
Ten sam zapach, który pamiętałem sprzed lat. Minęło kilka lat. Czas ma dziwną właściwość. Kiedy człowiek jest w samym środku problemów, wydaje się, że wszystko trwa wiecznie.
Każdy dzień ciągnie się jak tydzień. Każda noc jest długa. A potem nagle patrzysz wstecz i widzisz, że minęło już kilka lat. Po tamtym dniu życie w naszym domu zaczęło się układać od nowa.
Powoli, bez wielkich słów i bez dramatycznych scen. Najpierw była choroba. Chemioterapia nie jest czymś, o czym człowiek chce długo opowiadać. Każdy, kto przez to przeszedł, wie dlaczego.
Zmęczenie, badania, kolejne wizyty w szpitalu, dni, kiedy człowiek nie ma siły wstać z łóżka. Ale miałem przy sobie Kamila. Za każdym razem, kiedy trzeba było jechać do szpitala, siadał w samochodzie i mówił tylko:
„Jedziemy, tato. ”
Nie mówił dużo.
Nigdy nie był człowiekiem od wielkich przemówień, ale był obok. I to wystarczało. Minęły miesiące, potem rok, a któregoś dnia lekarz w gabinecie spojrzał na wyniki i powiedział coś, czego długo nie zapomnę:
„Na dziś wygląda to dobrze. Choroba jest w remisji.
”
Wyszedłem ze szpitala i przez chwilę stałem przed budynkiem, patrząc na ludzi przechodzących ulicą. Każdy gdzieś się spieszył, każdy miał swoje sprawy. A ja po raz pierwszy od dawna poczułem, że może jeszcze trochę pożyję. W domu też wszystko wyglądało inaczej.
Kamil został ze mną na początku. Mówił, że to tylko na jakiś czas, że dopóki nie dojdę do siebie. Ale miesiące mijały, a on wciąż tu był. Czasem wieczorem siedzieliśmy w kuchni przy stole.
On pił herbatę, ja kawę z mojej starej kawiarki. „Może kiedyś kupimy ci nowy ekspres” – powiedział pół żartem. Popatrzyłem na niego. „Nie psuj tego, co działa.
”
Roześmiał się. Maja też zaczęła przychodzić coraz częściej. Na początku przyjeżdżała tylko na weekendy, potem zostawała na kilka dni w tygodniu. Miała już wtedy kilkanaście lat i własne zdanie na wiele tematów.
Pierwszego dnia, kiedy znowu pojawiła się w ogrodzie po dłuższej przerwie, stanęła przy krzakach bzu. „One dalej tu są” – powiedziała. „A gdzie miałyby być? ”
Uśmiechnęła się.
„Mama chciała je kiedyś wyciąć. ”
„Wiem. ”
Spojrzała na mnie poważnie. „Dobrze, że nie wyciąłeś.
”
Maja pamiętała więcej, niż myśleliśmy. Pamiętała ten dzień z deszczem. Pamiętała rozmowy, których niby nie słuchała. Pamiętała, kto był dla niej dobry.
Sandra zniknęła z naszego życia prawie całkowicie. Słyszałem tylko od czasu do czasu, że pracuje gdzieś w innym mieście. Maja nie była jego córką, ale Kamil i tak czasem pomagał Sandrze finansowo, żeby dziewczynce niczego nie brakowało. Nie rozmawialiśmy o Sandrze zbyt często.
Nie było już o czym. Dom znowu zaczął pachnieć jak kiedyś. Kawą rano, czasem zupą, czasem pieczonym mięsem w niedzielę. A ogród?
Ogród został taki sam. Krzaki bzu dalej rosły przy płocie. Stara jabłoń co roku dawała kilka skrzynek jabłek. Trawnik kosiłem trochę rzadziej niż kiedyś, bo zdrowie już nie to, ale wciąż dawałem radę.
Pewnego popołudnia Maja przyszła do kuchni z zeszytem w ręku. „Dziadku Wojtku. ”
„Tak? ”
„Mam napisać wypracowanie do szkoły.
”
„O czym? ”
Usiadła przy stole. „Temat jest: człowiek, którego podziwiam. ”
„I co z tego?
”
Uśmiechnęła się lekko. „Napisałam o tobie. ”
Popatrzyłem na nią zdziwiony. „O mnie?
”
„Tak. ”
„Dlaczego? ”
Maja wzruszyła ramionami. „Bo jesteś twardy.
”
Roześmiałem się cicho. „Twardy? ”
„No bo nie dałeś się wyrzucić. ”
Przez chwilę w kuchni było cicho.
Potem wstałem, podszedłem do okna i spojrzałem na ogród, na krzaki bzu, na płot, na dom, który stał tu od tylu lat. I wtedy pomyślałem coś, co do dziś wydaje mi się najprostsze na świecie. Próbowali mnie wyrwać z korzeniami, ale korzenie zostały.