Na Imieniny Byłej Teściowej Wynajęłam Aktora, by Udawał Mojego Partnera — Jedno Jego Zdanie Uciszyło Byłego Męża przy Całej Rodzinie

Na imieniny teściowej wynajęłam aktora, bo były mąż przyprowadził kobietę, dla której odszedł, i dzieci miały to zobaczyć

Janek stanął pod moim blokiem z bukietem margaretek i papierową torbą z cukierni. Przez chwilę patrzyłam na niego zza firanki w kuchni, jeszcze w kapciach, z wałkiem do ubrań w ręku. Był za elegancki jak na działkę pod Płockiem: jasna koszula, marynarka przewieszona przez ramię, buty wypastowane tak, jakby jechał na ślub, a nie na imieniny mojej byłej teściowej.

Córka krzyknęła z łazienki, że nie ma gumki do włosów. Syn szukał ładowarki, choć miał ją w kieszeni. Na stole stała herbata, której nie dopiłam, i koperta z sądu rejonowego dotycząca kolejnej rozprawy o podział majątku. Obok niej leżała kartka z numerem telefonu Janka i stawką za cztery godziny udawania.

Miałam pięćdziesiąt jeden lat i pierwszy raz w życiu zapłaciłam obcemu mężczyźnie, żeby trzymał mnie za rękę przy rodzinie.

Nie zrobiłam tego z dumy. Zrobiłam to ze zmęczenia. Po rozwodzie z Arturem każdy rodzinny obiad wyglądał tak samo: ktoś mówił za głośno o pogodzie, ktoś chwalił dzieci, a potem pojawiała się ona, Kamila, dziesięć lat młodsza, pachnąca drogimi perfumami i pewnością, której ja od dawna nie umiałam znaleźć w szafie między żelazkiem a rachunkami.

Artur odszedł osiem miesięcy wcześniej. Powiedział mi to w naszej kuchni, przy zmywarce, kiedy na stole leżały świadectwa dzieci i lista zakupów na śniadanie wielkanocne.

— My już tylko administrujemy domem — powiedział. — Ja chcę jeszcze normalnie żyć.

Potem dodał, że z Kamilą wszystko jest prostsze. Że ona nie robi z siebie wiecznej ofiary. Że przy niej nie musi uważać na każde słowo, bo ona „ma lekkość”. Tę lekkość powtarzał później jak reklamę, także przy ludziach.

Zaproszenie na imieniny przyszło od pani Haliny, jego matki. Zadzwoniła w czwartek wieczorem, kiedy kroiłam chleb do kolacji.

— Basia, przyjedź z dziećmi. To nadal twoja rodzina.

— Artur będzie?

— Będzie.

— Z Kamilą?

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. Słyszałam, jak odstawia szklankę na blat.

— Nie oddawaj im wszystkich miejsc, w których byłaś pierwsza — powiedziała w końcu.

Płakać nie płakałam. Po prostu usiadłam przy stole i długo patrzyłam na telefon. Potem napisałam do koleżanki z domu kultury, która znała ludzi z amatorskiego teatru. Tak znalazł się Janek, wdowiec, księgowy na pół etatu, aktor od weekendowych spektakli i reklam lokalnego sklepu budowlanego.

Kiedy wszedł do mieszkania, przeprosiłam za bałagan, za dzieci, za klatkę schodową pachnącą kapustą i za to, że nie mam kawy z ekspresu. On odłożył margaretki na stół i popatrzył na mnie uważnie.

— Pani Barbaro, zdążyła mnie pani przeprosić cztery razy, zanim zdjąłem buty.

Zaśmiałam się, bo nie wiedziałam, gdzie położyć ręce.

— Taki mam odruch.

— Ktoś pani go długo ćwiczył — powiedział spokojnie.

Na działce pani Haliny stał długi stół pod jabłonią. Był bigos w garnku, sałatka jarzynowa w szklanej misce, sernik na blasze i kompot w dzbankach po ogórkach. Dzieci pobiegły do kuzynów, a ja poczułam zapach dymu z grilla i mokrej trawy po porannym deszczu.

Artur zobaczył nas przy furtce. Najpierw spojrzał na Janka, potem na moją sukienkę w drobne kwiatki, tę samą, którą kiedyś nazwał „fartuchem na wesele”. Kamila stała przy nim w jasnych spodniach i uśmiechała się tak, jak uśmiechają się ludzie pewni swojego miejsca przy stole.

— No proszę — powiedział Artur. — Basia też kogoś przyprowadziła.

Janek podał mu rękę.

— Jan.

— Szybko poszło — rzucił Artur.

Nikt się nie odezwał. Pani Halina wyszła z domu z talerzem ogórków i postawiła go tak mocno na stole, że widelec podskoczył.

— Jedzcie, bo wystygnie — powiedziała.

Przez pierwszą godzinę udawałam, że umiem siedzieć prosto. Janek nie przesadzał. Nie obejmował mnie teatralnie, nie opowiadał historii o naszej wielkiej miłości. Pomógł synowi naprawić łańcuch w rowerze, spytał córkę o liceum i pochwalił nalewkę ciotki Zosi, choć potem dyskretnie odstawił kieliszek.

Artur patrzył. Co jakiś czas komentował coś półgłosem.

— Basia zawsze musi mieć kogoś do noszenia talerzy.

— Basia nie lubi być sama, prawda?

— Basia, nie przepraszaj za każdą kroplę kompotu, to tylko obrus.

Przy tym ostatnim zaśmiał się. Kilka osób też się uśmiechnęło, raczej z przyzwyczajenia niż z rozbawienia. Ja wstałam, żeby wytrzeć plamę po kompocie, którą zrobił najmłodszy bratanek Artura.

— Przepraszam, już biorę ścierkę.

Janek położył dłoń na oparciu mojego krzesła, nie na mnie.

— To dziecko rozlało kompot. Obrus jest do prania. Pani Barbara nie musi za to odpowiadać.

Powiedział to cicho, ale przy stole zrobiło się inaczej. Ciotka Zosia przestała kroić sernik. Mój syn podniósł wzrok znad telefonu. Kamila przesunęła palcem po brzegu szklanki.

Potem przyszło zdjęcie rodzinne, jak co roku. Pani Halina ustawiła wszystkich przy starej jabłoni. Dzieci z przodu, dorośli z tyłu, solenizantka na krześle pośrodku. Ja odruchowo cofnęłam się na bok, przy płot, między konewkę a pustą skrzynkę po pomidorach.

— Ja tu stanę. Nie będę przeszkadzać.

Artur parsknął.

— Widzicie? Basia zawsze robi z siebie tło.

Wtedy Janek przesunął krzesło obok pani Haliny. Nogi zaskrzypiały po betonie.

— Pani Barbaro, proszę usiąść tutaj.

— Nie, naprawdę, nie trzeba.

— Trzeba — powiedziała pani Halina, zanim ja zdążyłam dodać kolejne przeprosiny.

Janek nie patrzył na Artura. Patrzył na mnie.

— Przez całe popołudnie przeprasza pani za dzieci, za pogodę, za cudze komentarze, za miejsce przy stole i za plamę, której pani nie zrobiła. Ludzie nie rodzą się z takim nawykiem. Ktoś ich tego uczy przy obiedzie, przy gościach, przy dzieciach. Małymi zdaniami, niby żartem.

Artur odłożył kubek.

— Co pan wie o naszej rodzinie?

— Tyle, ile pan sam pokazuje — odpowiedział Janek. — I tyle, ile pańskie dzieci już rozumieją.

Mój syn wpatrywał się w ojca bez tej dawnej miękkości w twarzy. Córka stała obok kuzynki i ściskała gumkę do włosów w dłoni. Pani Halina opuściła aparat.

Kamila nie śmiała się już. Spojrzała na Artura tak, jakby dopiero teraz usłyszała nie żart, tylko próbę generalną do własnego życia.

— Ty też czasem tak do mnie mówisz — powiedziała cicho.

— Kamila, daj spokój.

— Właśnie tym tonem.

Nie wyszła od razu. Wzięła torebkę z ławki, podziękowała pani Halinie za obiad i przeszła przez furtkę bez oglądania się za siebie. Artur poszedł za nią kilka kroków, ale zatrzymał się, gdy zobaczył, że wszyscy patrzą.

Zdjęcie zrobiliśmy później. Usiadłam obok pani Haliny. Sukienka zagięła mi się przy kolanie, włosy rozwiał wiatr, a syn położył rękę na moim ramieniu. Nie poprawiłam niczego.

Wieczorem odwiozłam Janka pod teatr. Chciałam zapłacić mu dodatkowo, ale odmówił.

— Za cztery godziny już pani zapłaciła — powiedział. — Reszta była po ludzku.

W domu zdjęłam buty w przedpokoju i weszłam do kuchni. Koperta z sądu nadal leżała na stole. Obok niej córka zostawiła margaretkę z bukietu, włożoną do szklanki po musztardzie.

Nastawiłam wodę na herbatę. Kiedy czajnik kliknął, usiadłam przy stole i pierwszy raz od dawna nie układałam w głowie zdania od słowa „przepraszam”.