Po Śmierci Pierwszej Miłości Wychowałem Jej Dziewięć Córek — Po 20 Latach Najstarsza Otworzyła Kredens i Pokazała Mi Listy

Po śmierci dawnej miłości wychowałem jej dziewięć córek jak własne

Wszystkie dziewczyny przyjechały w sobotę przed Wszystkimi Świętymi. Sam ten widok był dziś rzadkością. Jedna mieszkała pod Gdańskiem, dwie w Warszawie, najmłodsza studiowała we Wrocławiu. W mojej kuchni nagle znowu było za mało krzeseł, ktoś szukał dodatkowych widelczyków, a na parapecie stały trzy różne ciasta.

Miałem wtedy pięćdziesiąt trzy lata. Od rana gotowałem rosół, bo przy dziewięciu córkach człowiek szybko uczy się, że rodzinne spotkanie najlepiej zacząć od pełnego garnka. Po obiedzie najstarsza, Magda, nie wstała ze stołu razem z resztą. Została przy filiżance i obracała w palcach papierową serwetkę.

— Tato, masz jeszcze gdzieś klucz do starego kredensu? — zapytała.

Ten kredens należał kiedyś do ich matki.

Agnieszkę znałem od liceum w Kutnie. Była pierwszą dziewczyną, z którą naprawdę planowałem przyszłość. Mieliśmy po osiemnaście lat i bardzo poważnie rozmawialiśmy o rzeczach, na które nie mieliśmy pieniędzy: mieszkaniu, dzieciach, nawet o tym, jaki stół kupimy kiedyś do kuchni.

Potem jej rodzice nagle wyprowadzili się do krewnych pod Toruniem. Agnieszka zniknęła ze szkoły na kilka miesięcy przed maturą. Nie było wtedy telefonów komórkowych ani mediów społecznościowych. Napisałem kilka listów. Żaden nie wrócił, ale odpowiedzi też nie dostałem.

Spotkaliśmy się ponownie dopiero po latach. Miała już cztery córki i partnera, z którym niedługo później się rozstała. Później były kolejne związki i kolejne dzieci. Ostatecznie wychowywała dziewięć dziewczyn, każdą trochę inaczej podobną do matki.

Nie wróciliśmy do siebie. Czasem dzwoniła na imieniny, czasem spotykaliśmy się przypadkiem przy rynku. Raz zaprosiła mnie na kawę. Kiedy zapytałem, czy jest szczęśliwa, zaczęła opowiadać o rachunku za prąd i zepsutej pralce.

Tak rozmawiała o sprawach, których nie chciała nazywać.

Kiedy Agnieszka zmarła, miała trzydzieści dziewięć lat. Trafiła do szpitala nagle i po kilku dniach już jej nie było. Na pogrzebie stałem z boku, bo nie wiedziałem, jakie właściwie mam prawo stać bliżej.

Najmłodsza córka miała wtedy trzy lata, najstarsza siedemnaście.

Po spotkaniu po pogrzebie usłyszałem, że dziewczynami zajmuje się ośrodek pomocy społecznej i że najpewniej nie zostaną razem. Dwóch ojców nie żyło, jeden od lat nie utrzymywał kontaktu, pozostali nie chcieli albo nie mogli przejąć opieki. Nie była to sprawa, którą można było załatwić jednym podpisem.

Pojechałem do powiatowego centrum pomocy rodzinie. Potem były rozmowy, zaświadczenia, szkolenie, wizyta w moim domu i sprawa w sądzie rodzinnym. Pamiętam, jak pracownica zapytała, czy rozumiem, co oznacza opieka nad dziewięciorgiem dzieci.

— Nie — odpowiedziałem. — Ale rozumiem, co oznacza ich rozdzielenie.

Miałem dom po rodzicach, cztery pokoje na piętrze i trochę oszczędności. Sąd zgodził się, żeby siostry zostały razem w rodzinie zastępczej. Nie wydarzyło się to od razu i przez pierwsze miesiące miałem wrażenie, że moje życie składa się wyłącznie z zebrań szkolnych, prania, rachunków i szukania gumek do włosów.

Magda pomagała najbardziej. Czasem za bardzo.

— Nie jesteś ich matką — mówiłem jej, kiedy wstawała w nocy do najmłodszej.

— Ktoś musi pamiętać, że Julka rano bierze syrop — odpowiadała.

Z czasem zaczęły mówić do mnie „tato”. Nie wszystkie jednocześnie. Pierwsza powiedziała tak pięcioletnia wtedy Hania, bo usłyszała to od koleżanki i chyba uznała, że jest wygodniej niż wołać mnie po imieniu. Magda czekała najdłużej.

Pierwszy raz nazwała mnie ojcem podczas swojej matury.

Dwadzieścia lat później siedziała naprzeciwko mnie i pytała o klucz do kredensu.

Wyjąłem go z szuflady w przedpokoju. Kredens stał w małym pokoju, odkąd po śmierci Agnieszki zabraliśmy z jej mieszkania kilka rzeczy: albumy, dokumenty, porcelanę po babci i pudło starych listów.

Magda otworzyła dolną szafkę i wyjęła granatową teczkę.

— Znalazłyśmy to, kiedy porządkowałyśmy papiery mamy — powiedziała.

— Kiedy?

Spojrzała na siostry stojące w drzwiach.

— Jakieś piętnaście lat temu.

Usiadłem.

W teczce był odpis aktu urodzenia Magdy. Rubryka dotycząca ojca nie mówiła mi nic nowego. Wiedziałem, że Agnieszka nigdy oficjalnie nie wskazała jej ojca. Pod dokumentem leżały listy.

Moje nazwisko było na kilku kopertach.

Nie wysłanych.

W pierwszym Agnieszka pisała jeszcze jako osiemnastolatka. O tym, że rodzice zabrali ją ze szkoły. O tym, że jest w ciąży. O tym, że ojciec powiedział jej, iż ma przestać się ze mną kontaktować, bo „z dwóch dzieci dorosłych nie będzie”.

Przeczytałem ten fragment dwa razy.

Potem spojrzałem na Magdę.

Nie potrzebowałem, żeby ktokolwiek kończył zdanie.

— Wiedziałaś? — zapytałem.

— Domyślałam się od dawna. Te listy tylko to potwierdziły.

— I piętnaście lat nic nie powiedziałaś?

Magda wstała, zebrała ze stołu puste filiżanki i zaniosła je do zlewu. Odkręciła wodę.

— Bałam się, że wtedy pozostałe osiem stanie się dla ciebie kimś innym.

Jedna z młodszych sióstr chciała coś powiedzieć, ale uciszyła ją ruchem ręki.

— Byłyśmy dziećmi. Potem dorosłyśmy i było jeszcze trudniej. Zawsze czekałyśmy na dobry moment.

Podszedłem do okna. Na podwórku leżały mokre liście, a przy furtce stały ich samochody, jeden za drugim. Przez dwadzieścia lat martwiłem się o ich oceny, pierwsze prace, spóźnione pociągi i nieudane związki. Wypisywałem usprawiedliwienia, podpisywałem dokumenty ze szkoły, pożyczałem na kaucję za mieszkanie.

A teraz dowiadywałem się, że jedna z nich była moją córką jeszcze zanim stałem się ojcem pozostałych.

— Zrobimy badanie — powiedziałem po chwili. — Nie dlatego, że ci nie wierzę. Po prostu nie chcę już kolejnych piętnastu lat domysłów.

Magda zakręciła wodę.

— Dobrze.

Najmłodsza zapytała cicho:

— A my?

Popatrzyłem na nią.

— Co wy?

— Czy teraz coś się zmieni?

Na stole zostało pół makowca i dziewięć różnych kubków, bo od lat nie potrafiłem utrzymać jednego kompletu. Wziąłem nóż i odkroiłem sobie kawałek ciasta.

— Tak — powiedziałem. — Magda będzie musiała pojechać ze mną na badanie. Reszta jutro jedzie ze mną na cmentarz, tak jak było ustalone.

Ktoś się roześmiał. Napięcie trochę puściło.

Wieczorem, kiedy dziewczyny rozkładały materace na piętrze jak za dawnych lat, zostałem w kuchni z Magdą. Położyła przede mną ostatnią kopertę. Była zaadresowana do mnie i nadal zaklejona.

— Tej nie otworzyłyśmy — powiedziała.

Przesunąłem palcem po pożółkłym papierze.

— To jutro.

Magda skinęła głową, schowała filiżanki do szafki i zgasiła światło nad zlewem. Zanim wyszła z kuchni, poprawiła jeszcze krzywo wiszący ręcznik, dokładnie tak samo jak robiła to jej matka.