Rok po Zaginięciu Niny Znalazłam Pudełko pod Łóżkiem Jej Siostry — Dopiero Wtedy Zrozumiałam, Którą Córkę Wciąż Mogłam Stracić

Pudełko po butach pod łóżkiem córki pokazało mi, kogo naprawdę traciłam przez ostatni rok w domu

Pudełko znalazłam, szukając zeszytu do matematyki. Zwykła rzecz, brązowy karton po trampkach, wsunięty głęboko pod łóżko Zuzi, tak daleko, że musiałam położyć się na boku i sięgnąć ręką za skrzynkę z pościelą.

Było oklejone szeroką taśmą pakową. Nie tą przezroczystą, której używa się przy przeprowadzkach, tylko szarą, mocną, jakby ktoś chciał, żeby pudełko przetrwało dłużej niż samo mieszkanie.

Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata i od roku uczyłam się żyć w domu, z którego nie wróciło jedno dziecko. Nina, moja córka, pojechała na kolonie nad jezioro pod Augustowem i już z nich nie przyjechała. Jej siostra bliźniaczka, Zuzia, wróciła z torbą Niny na kolanach, w autokarze, w którym wychowawczyni przez całą drogę siedziała obok niej i trzymała telefon w ręce.

Policja mówiła ostrożnie. Prokuratura pisała sucho. Komenda powiatowa przysyłała zawiadomienia, których daty znałam potem lepiej niż własne wizyty u lekarza. „Czynności trwają”, „sprawdzono wskazane miejsce”, „nie ustalono nowych okoliczności”. Wszystko w zdaniach, które mieściły się na jednej stronie i niczego nie domykały.

Nasze mieszkanie w bloku na trzecim piętrze wyglądało prawie tak samo jak wcześniej. W przedpokoju nadal wisiał plecak Niny, bo nikt nie umiał go zdjąć. W łazience stał jej kubek na szczoteczkę. Na lodówce trzymałam magnes z Mazur, który przywiozła rok wcześniej, bo podobał jej się namalowany bocian.

Zuzia przez ten rok chodziła po mieszkaniu cicho. Tak cicho, że czasem dopiero szelest zeszytu w jej pokoju przypominał mi, że jest w domu. Myślałam, że to żałoba. Myślałam, że bliźniaczki mają swoje milczenie, do którego matka nie zawsze ma dostęp.

Myliłam się w wielu rzeczach.

Dwa tygodnie po rocznicy zaginięcia Niny wychowawczyni zadzwoniła w czasie obiadu. Rosół stał na stole, marchewka pływała przy brzegu talerza Zuzi, a ona rozgniatała makaron łyżką, nie jedząc ani kęsa. Telefon leżał obok solniczki.

— Pani Marto, Zuzia znowu nie oddała pracy domowej — powiedziała nauczycielka. — To do niej niepodobne. Może warto porozmawiać ze szkolnym psychologiem?

Podziękowałam i odłożyłam telefon. Zuzia wstała od stołu.

— Nie jestem chora — powiedziała, zanim zdążyłam zapytać.

— Nikt tak nie mówi.

— Wszyscy tak patrzą.

Poszła do pokoju i zamknęła drzwi. Nie trzasnęła nimi. To też było w niej nowe. Kiedyś Zuzia trzaskała drzwiami za siebie, śmiała się głośniej niż Nina i potrafiła przez godzinę opowiadać o jednej kłótni w klasie. Po powrocie z kolonii zaczęła zachowywać się jak ktoś, kto pilnuje, żeby nikomu nie dołożyć ciężaru.

Następnego dnia szukałam tego zeszytu. Chciałam zawieźć go do szkoły, jakby zaległa praca z matematyki mogła być czymś prostym do naprawienia. Pod łóżkiem znalazłam stare skarpetki, gumki do włosów, zaschnięty flamaster i pudełko.

Zuzia stanęła w drzwiach, gdy właśnie kładłam je na dywanie.

— Mamo, zostaw — powiedziała.

Nie podniosła głosu. To mnie zatrzymało bardziej niż krzyk.

— Co tu jest?

— Nic takiego. Moje rzeczy.

Pudełko było ciężkie. Na taśmie widać było ślady paznokci, jakby już kilka razy próbowała je otworzyć i potem rezygnowała.

Powinnam była oddać je od razu. Zamiast tego usiadłam na dywanie, obok łóżka, i powoli zaczęłam odklejać taśmę. Zuzia oparła się plecami o futrynę. Patrzyła na moje ręce, nie na twarz.

W środku były drobiazgi Niny: różowa spinka w kształcie motyla, bilety z kina, dwa bransoletki z muliny, zdjęcie z kolonii zrobione przy ognisku, kawałek kartki z napisem „pożyczam bluzę, oddam, nie marudź”. Zwyczajne rzeczy, które mogły leżeć w szufladzie każdej nastolatki.

Pod spodem znalazłam koperty. Kilkanaście, może więcej. Na każdej ręką Zuzi wypisany był adres: komenda powiatowa, prokuratura rejonowa, fundacja zajmująca się zaginięciami dzieci, nawet adres ośrodka wypoczynkowego pod Augustowem.

Żadna nie była wysłana.

Na dnie leżał niebieski zeszyt w kratkę. Otworzyłam go na pierwszej stronie.

„Nino, mama dziś trzeci raz prała twoją bluzę. Mojej nie zauważyła, chociaż ma plamę z kakao od poniedziałku”.

Przeczytałam to zdanie kilka razy. Zuzia nadal stała w drzwiach, z rękami wciśniętymi w kieszenie bluzy.

Następna strona była z września.

„Wszyscy pytają, czy coś sobie przypomniałam znad jeziora. Nikt nie pyta, czy pamiętam, jak śmiałaś się poprzedniego wieczoru”.

Dalej były daty, krótkie zapiski, niektóre tylko po dwa zdania. O tym, że w szkole pani od polskiego powiedziała „dziewczynki”, po czym szybko poprawiła się na „Zuzia”. O tym, że na Wszystkich Świętych poszłyśmy zapalić znicz przy grobie mojej mamy, a ja przez pół godziny rozmawiałam z ciotką o nowych tropach, nie pytając Zuzi, czy chce wracać do domu. O tym, że bała się otwierać listy z policji, bo jeśli przeczytam, że nadal nic nie wiadomo, znowu usiądę w pokoju Niny i nie wyjdę do wieczora.

Na jednej stronie napisała: „Chciałabym, żeby ktoś choć raz powiedział jej imię przy kolacji i nie patrzył od razu na mamę”.

Odłożyłam zeszyt na dywan. Wstałam, poszłam do kuchni i nastawiłam wodę na herbatę. Nie dlatego, że chciało mi się pić. Po prostu czajnik, kubki i łyżeczki były czymś, co umiałam zrobić bez zastanowienia.

Zuzia przyszła za mną po chwili.

— Nie wysłałam tych listów — powiedziała.

— Dlaczego?

Wzruszyła ramionami, ale zrobiła to tak słabo, że wyglądało bardziej jak odruch.

— Bałam się, że odpiszą, że już nie szukają. A ty wtedy… — urwała i spojrzała na kafelki nad zlewem. — Ty wtedy znikałaś na kilka dni, tylko chodziłaś do pracy i z powrotem.

Oparłam dłonie o blat. Na suszarce stały dwa talerze, kubek po herbacie Zuzi i filiżanka Niny, której od miesięcy nie chowałam do szafki.

— Traktowałam cię jak świadka — powiedziałam cicho. — Nie jak dziecko.

Zuzia nie odpowiedziała od razu. Wzięła ściereczkę i zaczęła wycierać suchy talerz, choć nie było na nim kropli wody.

— Ja też ją straciłam, mamo.

To zdanie zostało w kuchni między nami. Nie dało się go przykryć przeprosinami, więc nie próbowałam robić z nich zasłony. Podeszłam tylko bliżej i zapytałam, czy mogę ją przytulić. Skinęła głową. Przez chwilę stałyśmy przy zlewie, obok stygnącego czajnika i okna wychodzącego na plac zabaw.

Tego samego dnia zadzwoniłam do psycholożki szkolnej. Potem do policjanta, który prowadził sprawę Niny, żeby powiedzieć, że znalazłam listy Zuzi, ale nie nowe dowody. Poprosiłam też o kontakt do kogoś, kto pracuje z rodzinami po zaginięciach. Mężczyzna po drugiej stronie mówił spokojnie, bez urzędowego tonu. Powiedział, że dobrze, że dzwonię.

Tydzień później pojechałyśmy nad jezioro. Nie na teren kolonii, tylko do miasteczka obok. Usiadłyśmy na ławce przy pomoście, z herbatą w papierowych kubkach. Woda była szara, wiatr przesuwał trzciny, a na brzegu ktoś naprawiał przewrócony kosz na śmieci.

— Nina nie lubiła zimnej herbaty — powiedziała Zuzia.

— Zawsze zostawiała pół kubka.

— I mówiła, że to dlatego, że kubek był za duży.

Uśmiechnęła się lekko, pierwszy raz od dawna bez sprawdzania, czy może. Rozmawiałyśmy wtedy o Ninie nie jak o sprawie, nie jak o teczce z dokumentami i nie jak o pytaniu bez odpowiedzi. Mówiłyśmy o jej krzywym piśmie, o tym, że chowała żelki w kieszeni kurtki, o kłótniach o ładowarkę.

Gdy wróciłyśmy do domu, schowałam kubek Niny do szafki. Nie głęboko. Postawiłam go obok naszych, tam gdzie stał zawsze przed koloniami. Zuzia widziała to z przedpokoju, ale nic nie powiedziała. Zdjęła buty, powiesiła kurtkę i położyła swój plecak na krześle w kuchni.

Tym razem zauważyłam, że był ciężki.