„Mam pieniądze, ale nie na to” — powiedział były mąż, gdy nasza córka leżała po wypadku. Kilka dni później wyszły na jaw jego stare dokumenty…

Mój były mąż miał pieniądze, ale dla córki już nie

Telefon zadzwonił chwilę po czternastej, kiedy stałam przy ladzie w aptece i układałam dostawę leków na dolnej półce. Numeru nie znałam. Odebrałam tylko dlatego, że córka miała wtedy lekcję wychowania fizycznego poza szkołą i od rana narzekała, że zapomniała kasku rowerowego.

— Czy rozmawiam z mamą Julii? — zapytał mężczyzna. — Córka miała wypadek. Jest przytomna, ale karetka zabiera ją do szpitala.

Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata i byłam dwa miesiące po rozwodzie. Myślałam, że najgorsze mam już za sobą: podział rzeczy, rozmowy o alimentach, wynoszenie kartonów z mieszkania, w którym spędziliśmy z Pawłem prawie dwadzieścia lat. On prowadził trzy hurtownie z wyposażeniem łazienek i od dawna zarabiał więcej, niż kiedykolwiek potrzebowaliśmy. Ja zostałam z Julią w naszym starym mieszkaniu na osiedlu.

Paweł zdążył już wynająć duży apartament po drugiej stronie miasta. Julia była tam dwa razy i wracała raczej milcząca. Wiedziałam, że mieszka z Agnieszką, jego nową partnerką, ale nie wypytywałam córki o szczegóły. Po rozwodzie i tak miała dość dorosłych, którzy chcieli wiedzieć, po czyjej jest stronie.

W szpitalu córka leżała pod cienkim kocem i próbowała żartować, że przynajmniej nie będzie pisała sprawdzianu z chemii. Miała złamaną nogę i uszkodzone więzadła. Operację wykonano w ramach NFZ, ale lekarz od razu uprzedził mnie, że później będzie potrzebna długa, intensywna rehabilitacja, specjalna orteza i częste dojazdy do ośrodka oddalonego o czterdzieści kilometrów.

— Na część świadczeń można czekać — powiedział spokojnie. — W jej przypadku lepiej nie robić kilkumiesięcznej przerwy. Dostanie pani wypisy i zalecenia. Proszę najpierw zająć się córką, rachunki i organizację będzie pani ustalała później.

Usiadłam na plastikowym krześle na korytarzu i zadzwoniłam do Pawła. Przyjechał po prawie godzinie, w jasnej koszuli, jakby wyszedł ze spotkania. Nawet nie zajrzał najpierw do Julii.

— Co dokładnie jest do zapłacenia? — zapytał.

Wyjęłam kartkę, na której zapisałam orientacyjny koszt prywatnej rehabilitacji, ortezy, transportu i kilku tygodni mojego bezpłatnego urlopu. Nie była to suma, która mogła go zrujnować. Dla mnie oznaczała wyczyszczenie oszczędności i pożyczkę.

Paweł przeczytał, złożył kartkę na pół i położył ją obok automatu z kawą.

— Nie będę tego finansował.

Myślałam, że chodzi mu o konkretny wydatek.

— To powiedz, co bierzesz na siebie. Rehabilitację? Ortezy? Dojazdy?

Poprawił mankiet koszuli.

— Mam teraz nowe życie, Marta. Agnieszka jest w ciąży. Będziemy mieli dziecko. Nie mogę za każdym razem dopłacać do wszystkiego, co dzieje się u ciebie.

Spojrzałam na niego przez chwilę. Z sali obok ktoś wyjechał z chodzikiem, pielęgniarka niosła tacę z kubkami. W takim miejscu jego słowa brzmiały jeszcze gorzej, bo wszystko dookoła było zwyczajne.

— Julia nie jest „u mnie” — powiedziałam. — Jest twoją córką.

Wzruszył ramionami.

— Płacę alimenty. Resztę musisz sobie poukładać.

Odwrócił się, zanim zdążyłam odpowiedzieć. Wtedy podszedł do nas starszy lekarz, którego wcześniej widziałam przy gabinecie ordynatora. Popatrzył na Pawła uważniej.

— Pan Krawczyk? — zapytał. — My się chyba znamy.

Paweł wyraźnie chciał zakończyć rozmowę.

— Nie sądzę.

Lekarz zmrużył oczy.

— Spotkaliśmy się trzy lata temu. Przy projekcie sali rehabilitacyjnej dla dzieci po urazach. Pańska firma miała być głównym sponsorem.

Paweł milczał. Lekarz nie podniósł głosu.

— Rodzice dostali wtedy informację, że program ruszy od września. Potem finansowanie zniknęło. Zostaliśmy z podpisanymi umowami i listą dzieci.

— To była decyzja biznesowa — odpowiedział Paweł. — Nie mam teraz czasu.

Wyszedł.

Wieczorem siedziałam przy łóżku Julii. Spała po lekach, a ja przeglądałam w telefonie stare artykuły lokalnego portalu. Znalazłam zdjęcie Pawła z burmistrzem, ordynatorem i jego wspólnikiem, Tomaszem Bieleckim. Podpis pod fotografią mówił o kilkuset tysiącach złotych przeznaczonych na rehabilitację dzieci. Potem nie było już żadnej wzmianki o otwarciu programu.

Przypomniałam sobie Tomasza. Był na naszych imieninach, kiedy jeszcze wszyscy udawaliśmy, że w małżeństwie wszystko jest w porządku. Spokojny człowiek, zawsze przywoził Julii książkę zamiast koperty z pieniędzmi.

Następnego dnia zadzwoniłam do firmy. Nie prosiłam go o pieniądze. Opowiedziałam tylko, co usłyszałam w szpitalu i co powiedział lekarz.

Po drugiej stronie długo było cicho.

— Marta, ja byłem przekonany, że tamten projekt rozliczono inaczej — powiedział w końcu. — Muszę sprawdzić dokumenty.

Trzy dni później Paweł pojawił się w szpitalu z teczką. Nie miał już tej pewności siebie, z którą przyszedł za pierwszym razem. Julia akurat jadła rosół z plastikowej miski i narzekała, że szpitalny makaron smakuje jak papier.

— Możemy porozmawiać? — zapytał.

Na korytarzu podał mi kilka kartek: potwierdzenie przelewu za ortezę, zaliczkę dla ośrodka rehabilitacyjnego i zobowiązanie, że pokryje połowę kolejnych kosztów zgodnie z fakturami.

— Tomek przejrzał stare rozliczenia — powiedział. — W firmie zrobiło się nieprzyjemnie.

— Czyli dlatego tu jesteś?

Oparł się o parapet i spojrzał na parking.

— Nie tylko.

Nie odpowiedziałam. Znałam go za długo, żeby ułatwiać mu takie zdania.

— Wtedy z tą rehabilitacją wycofałem pieniądze, bo potrzebowałem ich na otwarcie trzeciego punktu. Powiedziałem wspólnikom, że szpital zmienił warunki. Nikt tego nie sprawdził. Teraz Tomek sprawdza wszystko.

— A Julia?

Paweł potarł dłonią kark.

— Julia nie powinna za to płacić.

Nie było przeprosin. Nie było wielkich słów. Wzięłam teczkę, przejrzałam daty i numery rachunków, a potem poprosiłam go, żeby wszedł do córki.

Rehabilitacja trwała prawie osiem miesięcy. Jeździłam z Julią dwa razy w tygodniu, czasem po pracy, czasem w sobotę rano. Paweł płacił swoją część bez przypominania, ale przyjeżdżał rzadko. Tomasz zadzwonił do mnie jeszcze raz i powiedział tylko, że po kontroli rozliczeń ich wspólna firma ma nowy podział obowiązków, a sprawę dawnego sponsoringu przekazano księgowej i prawnikowi.

Nie pytałam o szczegóły. Miałam dość własnych dokumentów: faktur, skierowań, zaświadczeń do szkoły i kopert z wynikami badań.

Wiosną Julia po raz pierwszy poszła sama z przystanku do domu. Stałam wtedy w kuchni i kroiłam chleb. Usłyszałam klucz w zamku, potem jej plecak rzucony w przedpokoju.

— Mamo, nie idź po mnie jutro — zawołała. — Dam radę.

Po chwili weszła do kuchni, nalała sobie kompotu i usiadła przy stole. Na lodówce wciąż wisiał magnes z numerem do rehabilitanta, choć od tygodni nie był nam potrzebny.

Zdjęłam go i włożyłam do szuflady z rachunkami. Julia spojrzała na mnie, ale nic nie powiedziała. Ja też nie.