Dwa dni po chemii mąż spakował walizkę i wyjechał z matką. Powiedział, że w hotelu ludzie chcą odpocząć od choroby… Kiedy wrócił po Nowym Roku, na stole czekała już na niego koperta.

Mąż zostawił mnie podczas chemii, bo jego matka chciała świąt bez choroby

Marek pakował koszulę do małej walizki, kiedy siedziałam przy kuchennym stole i próbowałam wypić herbatę. Był grudzień, tydzień przed Wigilią. Dwa dni wcześniej dostałam kolejną chemię i nawet zapach masła z patelni, na której rano zrobił sobie jajecznicę, przyprawiał mnie o mdłości.

— Na długo jedziesz? — zapytałam.

Nie odpowiedział od razu. Zapiął walizkę, potem poprawił stojące przy drzwiach buty, jakby nagle bardzo mu przeszkadzały.

Mam dziś pięćdziesiąt trzy lata. Tamten grudzień wydarzył się dziewięć lat temu, ale nadal pamiętam drobiazgi: zielony kubek z wyszczerbionym uchem, pomarańcze na kredensie i kartkę ze szpitala przyczepioną magnesem do lodówki. Miałam czterdzieści cztery lata, raka piersi i za sobą kilka miesięcy leczenia.

Marek był moim mężem od jedenastu lat. Wcześniej mówiłam znajomym, że w trudnych chwilach można na niego liczyć.

Dziś już tego nie mówię.

— Mama wykupiła pobyt w hotelu pod Karpaczem — powiedział w końcu. — Od dawna chciała tam pojechać. Basen, zabiegi, kolacja wigilijna. Wszystko już zapłacone.

Spojrzałam na niego.

— My?

Przetarł dłonią blat, chociaż był czysty.

— Ja i mama.

Z korytarza dochodził szum kaloryfera. Sąsiadka piętro wyżej odkurzała mieszkanie, jak zwykle po południu. Przez kilka sekund słuchałam tego odkurzacza, bo łatwiej było skupić się na nim niż na Marku.

— A ja?

— Anka…

Tak mówił do mnie, kiedy nie chciał odpowiedzieć.

— Powiedz po prostu.

Usiadł naprzeciwko.

— Mama uważa, że po tym wszystkim potrzebuję odpoczynku.

— Po czym?

Podniósł wzrok.

— Po twojej chorobie.

Pamiętam, że odstawiłam kubek dalej, bo herbata zaczęła pachnieć zbyt mocno.

Jego matka, Teresa, nigdy nie była kobietą szczególnie delikatną. Gdy po pierwszej chemii straciłam włosy, powiedziała przy niedzielnym obiedzie, że przynajmniej zaoszczędzę na fryzjerze. Kiedy Marek zwrócił jej uwagę, obraziła się na dwa tygodnie.

Mimo to nie sądziłam, że będzie chciała urządzić święta beze mnie.

— Mama powiedziała coś jeszcze? — zapytałam.

Marek spojrzał w okno.

— Że w hotelu ludzie jadą odpocząć. I że… może źle byś się czuła podczas kolacji.

Wiedziałam już, czego nie potrafił powtórzyć.

— Czyli moja choroba zepsułaby jej święta.

Milczał.

Nie kłóciliśmy się. Nie miałam siły. Poszłam do sypialni i położyłam na komodzie dokumenty ze szpitala, które wcześniej przeglądałam. Marek jeszcze przez godzinę chodził po mieszkaniu. Słyszałam szuflady, zamek walizki, szukanie ładowarki.

Przed wyjściem zajrzał do pokoju.

— Zadzwonię wieczorem.

— Nie musisz.

— Anka…

— Jedź, Marek. Przecież już zdecydowałeś.

Zamknął drzwi trochę ciszej niż zwykle.

W Wigilię przyjechała do mnie moja starsza siostra, Dorota. Przyniosła barszcz w słoiku, pierogi od naszej mamy i pudełko makowca. Mama była wtedy po operacji biodra i sama nie mogła przyjechać.

Dorota niczego nie komentowała. Wyjęła talerze, postawiła garnek na kuchence i zapytała tylko:

— Gdzie Marek?

— Z mamą w Karpaczu.

Przestała układać sztućce.

— Teraz?

Kiwnęłam głową.

— Miałam nie psuć atmosfery.

Dorota zamknęła szufladę trochę mocniej.

— Podgrzać od razu wszystkie pierogi?

To było całe jej zdanie na temat mojego małżeństwa tamtego wieczoru. I chyba właśnie dlatego dobrze je pamiętam.

Dwa dni po świętach zadzwoniłam do kancelarii prawnej poleconej przez koleżankę. Prawniczka wyjaśniła mi, jak wygląda pozew o rozwód, jakie dokumenty mam przygotować i co może być potrzebne przy podziale naszego wspólnego mieszkania.

Marek wrócił po Nowym Roku.

Na stole czekała koperta z kopiami dokumentów.

Usiadł naprzeciwko mnie dokładnie tam, gdzie kilka tygodni wcześniej opowiadał o hotelu.

— Chcesz rozwodu?

— Tak.

— Przez jeden wyjazd?

Poprawiłam chustkę na głowie.

— Nie przez wyjazd. Przez to, że potrafiłeś na ten wyjazd pojechać.

Nie odpowiedział.

Rozwód ciągnął się kilka miesięcy. Marek nie walczył specjalnie o małżeństwo. Bardziej interesowała go wartość mieszkania i to, kto pokryje koszty notarialne przy późniejszym rozliczeniu. Teresa zadzwoniła do mnie raz.

— Mogliście nie robić z tego takiej tragedii — powiedziała.

— Mogliśmy — odpowiedziałam.

Nie rozmawiałyśmy więcej.

O ich luksusowych świętach dowiedziałam się czegoś dopiero później od kuzynki Marka.

Drugiego dnia pobytu w hotelu pękła instalacja na piętrze nad ich pokojem. Woda zalała część apartamentu, ubrania Teresy i kilka drogich rzeczy, które przywiozła. Hotel zaproponował im inny pokój, ale Teresa zrobiła awanturę przy recepcji i zażądała zwrotu całej kwoty.

Ktoś nagrał telefonem fragment jej kłótni z pracownikiem. Film krążył potem wśród znajomych rodziny. Nie był żadną internetową sensacją. W małym środowisku wystarczy jednak, że pokaże go kilkanaście osób.

Marek napisał wtedy do mnie.

„Możemy porozmawiać?”

Telefon leżał na stole obok pudełka z lekami. Przeczytałam wiadomość, nalałam sobie kompotu i odpisałam dopiero wieczorem.

„Nie mamy już o czym.”

Leczenie trwało jeszcze długo. Potem były kontrole, wyniki i miesiące, kiedy każdy telefon ze szpitala sprawiał, że odkładałam wszystko, co miałam w rękach.

Remisję potwierdzono prawie dwa lata później.

W tym czasie nauczyłam się znowu chodzić sama na zakupy, prowadzić samochód dalej niż do przychodni i nie sprawdzać telefonu co pół godziny. Dorota zabierała mnie czasem na kawę do małej cukierni niedaleko rynku. Pewnego dnia przedstawiła mi swojego znajomego, Pawła.

Nie zaczęło się romantycznie.

Paweł rozlał kawę na spodek i przez pięć minut narzekał, że parking pod urzędem miasta jest zaprojektowany chyba dla rowerów.

Spotykaliśmy się później coraz częściej. Wiedział o chorobie, ale nie zadawał pytań, kiedy nie chciałam o niej mówić.

Dziś mieszkamy razem w niewielkim domu pod miastem. Nie wzięliśmy ślubu. Oboje uznaliśmy, że na tym etapie życia niczego nie musimy nikomu udowadniać.

O Marku słyszę czasami od wspólnych znajomych. Teresa nadal z nim mieszka. Podobno często się kłócą.

Kilka miesięcy temu porządkowałam dokumenty i znalazłam starą kartkę ze szpitala z terminem chemii przypadającym tuż przed tamtą Wigilią.

Paweł robił w kuchni herbatę.

— Wyrzucić? — zapytał, kiedy zobaczył papier.

Przeczytałam datę jeszcze raz i podałam mu kartkę.

— Wyrzuć.

Zgniótł ją, wrzucił do kosza i zapytał, czy chcę herbatę z cytryną.

Powiedziałam, że tak.

Potem usiedliśmy przy kuchennym stole i długo rozmawialiśmy o tym, czy na wiosnę trzeba będzie wreszcie wymienić stare okno w sypialni.