Wychowałam bliźniaczki jak córki, a po latach znalazły ukryty list
Kiedy wróciłam z popołudniowego dyżuru w przychodni, moje walizki stały na klatce schodowej. Obok nich leżało pudełko po czajniku, wypchane rachunkami, starymi zdjęciami i dokumentami z sądu rejonowego. Na samej górze ktoś położył pęk kluczy do mieszkania.

Drzwi otworzyła Karolina. Nie zaprosiła mnie do środka. Za jej plecami widziałam Natalię, która wycierała kuchenny stół, choć nic na nim nie stało.
— Znalazłyśmy list — powiedziała Karolina. — Ten od naszego ojca.
Miały po dwadzieścia trzy lata, ale w tamtej chwili zobaczyłam w nich dziewczynki, które czekały pod szkołą z identycznymi czerwonymi plecakami. Tylko że teraz żadna nie podeszła, żeby mnie objąć.
Rok wcześniej kupiły razem trzypokojowe mieszkanie na nowym osiedlu pod Radomiem. Namawiały mnie, żebym sprzedała swoje dwa pokoje w starym bloku i zamieszkała z nimi. Nie sprzedałam. Zostawiłam tam meble, część książek i kilka słoików w piwnicy. Mówiłam, że człowiek po pięćdziesiątce powinien mieć dokąd wrócić. Śmiały się, że zawsze spodziewam się kłopotów.
Teraz kierowca z firmy przeprowadzkowej znosił moje rzeczy po schodach.
List znalazły w szarej teczce z napisem „akty urodzenia”. Było tam również postanowienie o przysposobieniu, zaświadczenia z ośrodka adopcyjnego i fotografia mężczyzny stojącego przy granatowym fiacie. Na odwrocie zapisał imiona córek oraz datę, kiedy pierwszy raz wziął je na ręce.
Nie powiedziałam, że źle zrozumiały. Zrozumiały dokładnie tyle, ile pozwoliłam im wiedzieć.
Poznałam ich matkę podczas nocnego dyżuru na oddziale położniczym. Nazywała się Paulina, miała dziewiętnaście lat i przyjechała z małej wsi karetką, bez torby i bez nikogo z rodziny. Poród był trudny. Na szpitalnym korytarzu pachniało płynem do podłóg, a za oknami sypał mokry śnieg.
Paulina wiedziała, że jej stan jest poważny. Kiedy lekarz wyszedł po dokumenty, złapała mnie za rękaw fartucha.
— Pani Basiu, niech pani ich nie rozdzieli — powiedziała. — Ciotka weźmie jedną, a drugą oddadzą gdzieś dalej.
Nie obiecałam, że je wychowam. Obiecałam tylko, że dopilnuję, by zostały razem. Nad ranem urodziły się dwie dziewczynki. Paulina zmarła następnego dnia.
Przez kilka miesięcy byłam dla nich rodziną zastępczą. Potem zaczęły się wizyty pracowników ośrodka, rozmowy z psychologiem, sprawdzanie mieszkania i kolejne posiedzenia w sądzie rejonowym. Miałam trzydzieści jeden lat, byłam sama i pracowałam na zmiany. Wiele osób mówiło, że dwójka niemowląt to za dużo dla jednej kobiety.
Nie było łatwo, ale po roku obie nosiły moje nazwisko. Karolina spała tylko wtedy, gdy czuła dłoń na plecach. Natalia budziła się pierwsza i od razu szukała siostry. Gdy miały gorączkę, układałam materac między ich łóżeczkami. Kiedy poszły do szkoły, rano robiłam trzy kanapki więcej, bo zawsze oddawały komuś drugie śniadanie.
Od początku wiedziały, że są adoptowane. Pokazywałam im zdjęcie Pauliny i mówiłam, że miała jasne włosy, lubiła herbatę z cytryną i bardzo chciała, żeby były razem. O ojcu mówiłam, że nie było go przy porodzie i długo nie wiedział o ich istnieniu.
To była prawda, ale nie cała.
Miały dziewięć miesięcy, kiedy dostałam pierwszy list od Tomasza. Pracował wtedy na budowach za granicą. Twierdził, że Paulina zerwała z nim po kłótni i nie powiedziała o ciąży. Po jej śmierci sąsiadka odnalazła jego matkę. Pisał, że chce zobaczyć córki i rozważa wystąpienie do sądu.
Pojechałam do niego. Do torby włożyłam pieluchy, dwa słoiczki z marchwią i kopie dokumentów. Tomasz mieszkał wtedy z narzeczoną w wynajętej kawalerce. Wziął Karolinę na ręce, potem Natalię. Przez chwilę chodził z nimi od okna do stołu, jakby sprawdzał, czy potrafi.
Jego narzeczona nie usiadła. Stała przy zlewie i skubała etykietę z butelki wody.
— My za trzy miesiące mamy ślub — powiedziała. — Mieliśmy wyjechać.
Tomasz długo patrzył na dzieci. Potem zapytał, czy u mnie mają dobrze.
— Mają dom — odpowiedziałam.
Oddał mi Natalię. Kilka tygodni później złożył przed sądem zgodę na ich przysposobienie. Obiecał przesyłać pieniądze, ale zrobił to dwa razy. Później przysyłał kartki na Boże Narodzenie, zawsze bez adresu zwrotnego. Chowałam je do teczki. Bałam się, że dziewczynki uznają jego kilka zdań za ważniejsze niż wszystkie zwyczajne dni, które spędziły ze mną.
Na klatce schodowej powiedziałam im tylko, że ich ojciec żyje i że spotkał je jako niemowlęta.
— Czyli nas chciał — odezwała się Natalia. — A ty mu nie pozwoliłaś.
— Przyjedzie jutro — powiedziałam. — Poprosiłam, żeby sam wam odpowiedział.
Nie chciały mnie słuchać. Karolina zamknęła drzwi, a ja zeszłam na dół obok swoich walizek. Wróciłam do starego mieszkania. W kuchni nie działała jedna żarówka, lodówka była pusta, a na parapecie stał zaschnięty aloes. Nastawiłam wodę i usiadłam przy stole, na którym dziewczynki kiedyś odrabiały matematykę.
Tomasz przyjechał następnego dnia. Nie widziałam go od ponad dwudziestu lat. Miał siwe włosy i trzymał czapkę obiema rękami. Poszliśmy razem do córek, ale w przedpokoju poprosiłam, żeby rozmawiał z nimi beze mnie.
Czekałam w małej kawiarni naprzeciwko osiedlowego sklepu. Zamówiłam kawę, której nie wypiłam. Po godzinie przyszła Natalia. Usiadła naprzeciwko i zaczęła składać papierową serwetkę na coraz mniejsze części.
— Powiedział, że mógł nas zabrać — odezwała się. — Tylko nie chciał stracić narzeczonej.

Kiwnęłam głową.
— Dlaczego ukryłaś listy?
— Bo bałam się, że kiedyś wybierzecie jego. A potem minęło tyle lat, że każdy następny dzień milczenia był łatwiejszy od przyznania się.
Karolina weszła kilka minut później. Położyła przede mną klucze.
— Możesz wrócić — powiedziała. — Ale chyba nie od razu.
— Nie od razu — zgodziłam się.
Przez trzy tygodnie mieszkałam u siebie. Córki dzwoniły wieczorami, najpierw w sprawie rachunków i pozostawionych dokumentów. Później pytały, czy pamiętam przepis na zupę ogórkową albo gdzie schowałam zapasowe kołdry. Nie rozmawiałyśmy jeszcze o Tomaszu.
W ostatnią niedzielę przyszły obie z siatką zakupów. Karolina przyniosła chleb, Natalia słoik ogórków i śmietanę. W mojej małej kuchni zaczęły kroić ziemniaki, jakby robiły to od zawsze. Jedna zapytała, gdzie jest koperek, druga uchyliła okno, bo zaparowały szyby.
Teczka z listami leżała na kredensie. Żadna jej nie otworzyła.
Kiedy zupa była gotowa, postawiłam na stole trzy głębokie talerze. Natalia przesunęła swój bliżej mojego, żeby sięgnąć po pieprz. Karolina położyła klucze obok cukiernicy, ale tym razem ich nie zabrałam.