Po pogrzebie męża wsiadłam do autobusu i zobaczyłam znajomą twarz

Tydzień po naszym ślubie siedziałam w autobusie do Lublina z małą torbą na kolanach i obrączką, której nie potrafiłam jeszcze zdjąć. Za oknem przesuwały się mokre pola, ktoś dwa siedzenia dalej jadł kanapkę z jajkiem, a kierowca miał włączone radio tak cicho, że słychać było tylko wiadomości. Chciałam pojechać do starszej siostry na kilka dni, bo w naszym mieszkaniu wszystko przypominało mi Marka.
Na weselu osunął się na podłogę podczas pierwszego tańca. Miał trzydzieści dziewięć lat, nie leczył się na serce, rano żartował jeszcze, że najbardziej boi się przemowy mojego ojca. Z sali zabrała go karetka. Kilka godzin później kuzyn Marka, Robert, który był lekarzem, powiedział mi na szpitalnym korytarzu, że nie udało się go uratować.
Pogrzeb odbył się cztery dni później. Rodzice Marka nie przyjechali.
Znałam ich tylko ze zdjęć. Przez sześć lat naszego związku Marek odwiedził ich może dwa razy. Prowadzili dużą firmę transportową pod Warszawą, mieli dom, kilka mieszkań i pieniądze, o których mój mąż mówił z niechęcią.
— Ojciec uważa, że jak za coś płaci, to już jest właścicielem człowieka — powiedział kiedyś przy kolacji.
Nie dopytywałam. Wiedziałam, że po studiach odmówił pracy w rodzinnej firmie i został zwykłym projektantem instalacji. Jego ojciec uznał to za zdradę, matka stanęła po stronie męża. Tyle mi wystarczało.
Po ceremonii na cmentarzu Robert podszedł do mnie, kiedy ludzie zaczęli już odchodzić na stypę.
— Gdybyś czegoś potrzebowała, zadzwoń — powiedział.
— Dlaczego jego rodziców nie było?
Schował ręce do kieszeni płaszcza.
— To nie jest dobry moment.
— Lepszego raczej nie będzie.
Patrzył chwilę na mokry żwir przy grobie.
— Pokłócili się przed ślubem. O pieniądze.
Wtedy pierwszy raz usłyszałam, że kilka tygodni wcześniej rodzice zaproponowali Markowi powrót do rodzinnej firmy. Nie wiedziałam, że rozmowy zaszły dalej.
Następnego dnia po pogrzebie zadzwoniłam do banku, bo musiałam uporządkować opłaty za mieszkanie. W szufladzie biurka znalazłam dokumenty dotyczące rachunku, którego nie znałam. Był na nim przelew na kwotę tak dużą, że przeczytałam ją trzy razy. Pieniądze wpłynęły pięć dni przed naszym ślubem.
Zadzwoniłam do Roberta.
— Skąd Marek miał te pieniądze?
Po drugiej stronie długo nic nie mówił.
— Nie przez telefon, Anka.
— Byłam na pogrzebie własnego męża. Nie mam ochoty na zagadki.
Rozłączył się.
Dwa dni później spakowałam kilka rzeczy i pojechałam do siostry. Nie chciałam sprzedawać mieszkania ani ruszać dokumentów. Potrzebowałam tylko kilku nocy w miejscu, gdzie na krześle nie wisiała marynarka Marka.
Autobus zatrzymał się w małym miasteczku. Wsiadło kilka osób. Mężczyzna w granatowej czapce przeszedł środkiem i usiadł obok mnie.
Najpierw zauważyłam dłonie. Marek miał krzywo zrośnięty mały palec po złamaniu z czasów liceum.
Spojrzałam na jego twarz.
Był chudszy, nieogolony i miał okulary, których wcześniej nie nosił.
— Anka — powiedział cicho. — Nie rób zamieszania. Proszę.
Przez kilka sekund patrzyłam na niego, a potem przesunęłam torbę między nas.
— Byłam przy twojej trumnie.
— Wiem.
— Mam akt zgonu w domu.
Opuścił głowę.
— Wiem.
Nie krzyczałam. Wyjęłam butelkę wody, odkręciłam ją i napiłam się, choć nie chciało mi się pić.
— Mów.
Rodzice obiecali mu udziały w firmie i pieniądze, jeśli po ślubie wróci do rodzinnego biznesu. Marek zgodził się, ale od początku planował inaczej. Po otrzymaniu przelewu przelał część środków na drugi rachunek. Chciał zniknąć, zanim ojciec zdoła zablokować pieniądze.
— A ja? — zapytałam.
— Miałem po ciebie wrócić.
— Po pogrzebie?
Zacisnął usta.
Dopiero wtedy powiedział, że Robert pomógł mu przygotować dokumenty, a znajomy pracujący przy przewozie zmarłych załatwił resztę. Na weselu Marek rzeczywiście stracił przytomność, ale nie z powodu zawału. Wcześniej przyjął leki, które miały wywołać objawy nagłego zasłabnięcia. To, co wydarzyło się później, było zaplanowanym oszustwem. Karta zgonu została sfałszowana, a trumna, której nie pozwolono mi otworzyć, nie zawierała jego ciała.
Słuchałam i myślałam o zakładzie pogrzebowym. O garniturze, który zaniosłam dla niego w pokrowcu. O rachunku za miejsce na cmentarzu. O mojej siostrze, która przez pół nocy siedziała ze mną w kuchni i robiła herbatę, choć żadna z nas jej nie piła.
— Naprawdę uważałeś, że potem po prostu pojadę z tobą?
— Możemy zacząć od nowa. Mamy pieniądze. Nie będziemy od nikogo zależni.
Powiedział „mamy” tak zwyczajnie, jakby chodziło o wspólną lokatę.
— Twoja matka wie?
— Nie.
— Ojciec?
Pokręcił głową.
Wyjął telefon i pokazał mi saldo rachunku. Chyba właśnie wtedy zrozumiałam, że dla niego najważniejszym dowodem na słuszność całego planu była liczba na ekranie.
— Wystarczy na dom. Na podróże. Na wszystko, o czym kiedyś rozmawialiśmy.
— Rozmawialiśmy też o dzieciach — powiedziałam. — Czy im też kiedyś urządziłbyś pogrzeb, gdyby było ci to potrzebne?
Odwrócił twarz do okna.
Po chwili zapytał, czy wysiądę z nim na następnym przystanku. Miał wynajęty samochód. Chciał jechać na Słowację, potem dalej.
Trzymałam telefon w kieszeni płaszcza. Kilka minut wcześniej, kiedy pochylił się nad swoim ekranem, włączyłam nagrywanie.
— Powiedz jeszcze raz o Robercie — poprosiłam. — Co dokładnie zrobił z dokumentami?
Spojrzał na mnie podejrzliwie.
— Po co ci to?
— Chcę wiedzieć, za kogo wyszłam.
Opowiedział.

Na dworcu w Lublinie wysiadłam pierwsza. Marek ruszył za mną i jeszcze przy schodach mówił, że nie mam dokąd wracać, bo po zgłoszeniu sprawy wszystko zostanie zajęte, a rodzina zrobi ze mnie wspólniczkę.
Moja siostra czekała przy kiosku. Zobaczyła mnie z daleka, potem jego, i przestała machać.
Podeszłam do niej.
— Nie pytaj tutaj — powiedziałam. — Jedziemy na policję.
Marek zatrzymał się kilka metrów dalej. Nie próbował mnie dotknąć.
Wieczorem siedziałyśmy z siostrą w jej kuchni. Na stole leżał mój telefon, potwierdzenie zgłoszenia i kubek zimnej herbaty. Obrączkę zdjęłam dopiero wtedy. Położyłam ją obok cukiernicy, bo nie wiedziałam, gdzie indziej ją odłożyć.
Siostra przykryła dłonią moją rękę.
— Zostaniesz dziś u mnie?
Skinęłam głową.
Za oknem pod blok podjechał ostatni autobus. Przez chwilę patrzyłam, jak ludzie wysiadają i rozchodzą się w różne strony. Potem wstałam, żeby zamknąć drzwi na klucz.