Miesiąc po pogrzebie mamy ojczym poprosił mnie o klucze

Trzy tygodnie po pogrzebie siedziałam w kuchni mamy i układałam rachunki w dwie kupki. W jednej były opłaty za mieszkanie, w drugiej faktury z zakładu pogrzebowego i apteki. Na stole stała niedopita herbata, a na parapecie usychała bazylia, którą mama podlewała nawet wtedy, gdy po chemioterapii nie miała siły ugotować sobie zupy.
Janusz wszedł bez pukania. Miał jeszcze swoje klucze, choć mieszkanie należało do mamy od lat, długo przed ich ślubem. Usiadł naprzeciwko mnie, przesunął cukiernicę i przez chwilę mówił o pogodzie, o korkach na obwodnicy i o tym, że trzeba będzie odłączyć telefon stacjonarny.
— Karolina, będę potrzebował kompletu kluczy — powiedział w końcu. — Grażyna chce się tu wprowadzić.
Myślałam, że chodzi o pomoc przy opróżnianiu szaf. Grażyna była najlepszą przyjaciółką mamy od czasów technikum. Przez ostatni rok przywoziła rosół do szpitala, odbierała recepty i siedziała z mamą, kiedy ja musiałam wracać do pracy i do swojego domu pod Płockiem.
— Po co miałaby się wprowadzać? — zapytałam.
Janusz poprawił mankiet koszuli.
— Bierzemy ślub. W przyszłym tygodniu, w urzędzie stanu cywilnego.
Czajnik zaczął szumieć, choć nikt go nie włączał. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to stara lodówka drżała przy ścianie. Mama nie żyła od dwudziestu sześciu dni.
— Powiedz to jeszcze raz — poprosiłam.
— Nie chcemy robić przedstawienia. Tylko my, świadkowie i obiad w restauracji. Życie jest krótkie, sama wiesz.
Wstałam i otworzyłam szufladę, w której mama trzymała zapasowe klucze. Była pusta. Janusz patrzył na mnie spokojnie, jakbyśmy rozmawiali o wymianie zamka.
— Kluczy nie dostaniesz — powiedziałam. — Najpierw idziemy do notariusza.
Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata i nie byłam już dziewczyną, którą można uciszyć zdaniem, że dorośli wiedzą lepiej. Janusz wychowywał mnie od czternastego roku życia. Woził mnie na egzaminy, naprawił pierwszy rower mojego syna, spędzał z nami Wigilie. Dlatego jego pośpiech bolał bardziej niż obcość.
Ślub odbył się osiem dni później. Dowiedziałam się od ciotki, która spotkała Grażynę przed osiedlowym sklepem. Nie poszłam. Wieczorem zobaczyłam zdjęcie przesłane przez kuzynkę: Janusz w granatowym garniturze, Grażyna w kremowej sukience, a na jej szyi cienki złoty łańcuszek mamy z bursztynową zawieszką.
Mama nosiła go na imieniny, na śniadanie wielkanocne i na każde rodzinne zdjęcie. Kiedy byłam dzieckiem, pozwalała mi dotknąć bursztynu, ale nigdy nie zdejmowała łańcuszka poza domem. Dwa miesiące przed śmiercią powiedziała, że zapisuje go mnie w testamencie.
Następnego dnia zadzwoniłam do Janusza podczas obiadu. Mąż siedział naprzeciwko i udawał, że nie słucha.
— Skąd Grażyna ma naszyjnik mamy?
Po drugiej stronie przesunięto talerz.
— To tylko biżuteria — odpowiedział Janusz. — Grażynie pasował do sukienki.
— Jest wymieniony w testamencie.
— Testament jeszcze niczego nie rozstrzyga. Mam prawo do zachowku.
Nie znałam wtedy wszystkich przepisów, ale wiedziałam, że zachowek nie oznacza prawa do wynoszenia rzeczy z mieszkania. Umówiłam się z notariuszką, u której mama sporządziła testament. Dwa dni później siedziałam w jej kancelarii z dowodem osobistym, aktem zgonu i teczką dokumentów po mamie.
Notariuszka przeczytała zapis dwa razy. Mieszkanie i biżuteria przypadały mnie. Janusz miał otrzymać środki z jednego rachunku oszczędnościowego. O ewentualnym zachowku mógł rozmawiać osobno, ale nie wolno mu było rozporządzać przedmiotami należącymi do spadku.
— Proszę zabezpieczyć lokal i zrobić spis — powiedziała. — Bez awantur. Na piśmie.
Dwa dni po tym, jak zaczęłam opróżniać mieszkanie mamy, znalazłam kopertę wsuniętą za dokumenty emerytalne w starym kredensie. Na przodzie było moje imię. W środku leżały wydruki wiadomości, potwierdzenia przelewów i rachunek z pensjonatu w Ciechocinku sprzed pół roku. Rezerwacja była na Janusza i Grażynę.
Na samym dole mama zostawiła krótką kartkę.
„Karolinko, wiem od sierpnia. Nie mam siły na rozmowy, które niczego już nie naprawią. Kopie ma mecenas Borkowska. Zajmij się mieszkaniem i nie pozwól im sprzedać tego, co należy do ciebie”.
Położyłam kartkę obok filiżanki i nastawiłam wodę na herbatę. Przez kilka minut składałam ścierkę, choć była już równo złożona. Najtrudniejsze nie było to, że Janusz zdradzał mamę. Najtrudniejsze było wyobrażenie sobie, jak siedziała sama przy tym stole, segregowała dowody i nadal pytała Grażynę, czy zostanie na kawałek sernika.
Mecenas Borkowska prowadziła małą kancelarię niedaleko sądu rejonowego. Mama zgłosiła się do niej po ostatniej Wigilii, którą spędziliśmy wszyscy razem. Zostawiła pełnomocnictwa, kopie korespondencji z tabletu Janusza i spis biżuterii. Prawniczka powiedziała też, że tydzień przed śmiercią mama zauważyła brak łańcuszka.
Spotkaliśmy się we czworo w kancelarii. Grażyna przyszła w płaszczu mamy. Janusz położył dłonie na kolanach i patrzył w podłogę.
— Teresa chciała, żebyśmy po jej śmierci nie byli sami — powiedziała Grażyna.
Mecenas przesunęła w ich stronę rachunek z lombardu.
— A jednak dzień po ślubie zastawili państwo naszyjnik za trzy tysiące osiemset złotych.
Grażyna dotknęła szyi. Na zdjęciu miała tylko pożyczony łańcuszek; zaraz po uroczystości oddali go do lombardu, żeby dopłacić do wyjazdu nad morze. Janusz zaczął tłumaczyć, że ponieśli koszty opieki nad mamą, choć większość rachunków regulowałam ja z jej emerytury i ubezpieczenia.
— Mama wiedziała — powiedziałam. — O was też.
Janusz podniósł głowę dopiero wtedy.
— Od kiedy?
— Wystarczająco długo, żeby przygotować dokumenty.
Nie krzyczałam. Poprosiłam o zwrot kluczy, płaszcza i wszystkich rzeczy zabranych z mieszkania. Mecenas wręczyła im wezwanie do wydania przedmiotów oraz informację, że w przeciwnym razie sprawa trafi do sądu i na policję. Janusz próbował powiedzieć, że przez tyle lat był dla mnie ojcem. Odpowiedziałam, że właśnie dlatego liczyłam na coś więcej niż rachunek z lombardu.
Naszyjnik odzyskałam po dwóch tygodniach. Musiałam zapłacić kwotę zastawu, ale później Janusz zwrócił pieniądze w ramach ugody. Zrezygnował też z walki o mieszkanie, choć dostał należne mu środki z rachunku mamy. Z Grażyną zamieszkali na drugim końcu miasta. Nie wiem, czy byli ze sobą szczęśliwi.
Dziś mam pięćdziesiąt pięć lat. Łańcuszek leży w tej samej filiżance, w której mama trzymała drobne na pieczywo. Zakładam go tylko raz w roku, na Wszystkich Świętych. Potem wracam do jej mieszkania, otwieram okno w kuchni i przez chwilę słucham odgłosów z klatki schodowej.
Na stole zawsze stawiam dwie herbaty. Jedna stygnie nietknięta.