Dzwoni telefon. Patrzę na ekran – żona. Odbieram, a ona od razu pyta: „I jak zegarek?”. Mówię jej, że Jacek pojechał w nim do miasta. I wtedy słyszę to „Co ty zrobiłeś?”. Ton, jakiego nigdy u niej…

Żona podarowała mi drogi zegarek na rocznicę, choć od dawna byliśmy sobie obcy. Godzinę później zadzwoniła. – I jak zegarek? – Twój brat wyjechał z nim.

Thumbnail

Przez chwilę milczała, a potem wybuchła:

– Co ty zrobiłeś? Wiesz, co jest w tym najgorsze? Przez kilka godzin byłem szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy.

Jak idiota. Mam na imię Rafał. Pięćdziesiąt lat. I właśnie zrozumiałem, że moja żona kupiła ten zegarek nie dla mnie.

Wszystko zaczęło się kilka dni wcześniej. Z Renatą jesteśmy małżeństwem od wielu lat. Kiedyś wierzyłem, że będziemy jedną z tych par, które po sześćdziesiątce siedzą razem na tarasie i kłócą się najwyżej o to, kto zostawił otwarte okno. Na początku nawet tak wyglądało.

Potem jakoś się rozmyło. Mieszkamy w domu na obrzeżach Wrocławia. Dom należy do Renaty, dostała go od rodziców. Kiedy się wprowadzaliśmy, mówiła: „Rafał, przecież to będzie nasz dom”.

Przez kilka pierwszych lat tak myślałem. Później coraz częściej czułem się jak gość z wyjątkowo długim terminem pobytu. Duża w tym zasługa Bożeny, matki Renaty, która zawsze wie wszystko najlepiej. Kiedyś wróciłem z pracy i zobaczyłem, że w salonie nie ma mojego fotela.

– Gdzie jest fotel? Bożena nawet nie oderwała wzroku od katalogu. – W garażu. Tu źle wyglądał.

Spojrzałem na Renatę. – Ty o tym wiedziałaś? Wzruszyła ramionami. – Mamo, przeszkadzał.

Przecież możesz siedzieć na kanapie. Fotel, w którym czytałem wieczorami przez lata, wylądował między kosiarką a starymi donicami. Bo Bożenę psuł przestrzeń. Jacek, młodszy brat Renaty, to z kolei człowiek, który nigdy nie widział granicy między swoim a cudzym.

Potrafi wejść bez zapowiedzi, rzucić klucze na komodę i od razu zajrzeć do lodówki. Kilka miesięcy temu wziął mój samochód, nawet nie zapytał. Oddał prawie z pustym bakiem. Kiedy powiedziałem o tym Renacie, westchnęła:

– Rafał, przecież to mój brat.

Nie rób problemu z każdej rzeczy. I chyba właśnie z takich rzeczy składało się nasze życie. Nie było jednego wielkiego dramatu. Były setki małych sytuacji, po których człowiek mówił sobie: „Dobra, nieważne”.

A potem mijały lata. Dlaczego nie odszedłem? Sam sobie nieraz zadawałem to pytanie. Chyba dlatego, że człowiek przyzwyczaja się do własnego życia szybciej, niż chciałby przyznać.

Po pięćdziesiątce perspektywa wynajęcia mieszkania, dzielenia książek, naczyń i rachunków brzmi inaczej niż wtedy, gdy ma się trzydzieści lat. Poza tym gdzieś we mnie siedziała pamięć o dawnej Renacie, tej, która potrafiła zadzwonić w środku dnia tylko po to, żeby powiedzieć: „Kupiłam truskawki. Wracaj wcześniej”. Głupota.

A pamiętam ją do dziś. Za kilka dni mieliśmy rocznicę ślubu. Od Renaty niczego się nie spodziewałem. Mimo to postanowiłem coś przygotować.

Kupiłem perfumy, które kiedyś lubiła najbardziej. Zamówiłem bukiet i zarezerwowałem stolik w niewielkiej restauracji we Wrocławiu. Pomyślałem, że może choć ten jeden wieczór spędzimy jak dawniej. Prezent schowałem na dnie szafy pod swetrami.

W dniu rocznicy wstałem wcześniej niż Renata. Szukając ładowarki w sypialni, zauważyłem na komodzie pudełko, którego wcześniej tam nie było. Ciemne, eleganckie, ciężkie. Już po samym opakowaniu było widać, że to nie jest coś kupionego przy okazji zakupów.

Na wieczku zobaczyłem nazwę luksusowego salonu z zegarkami i pomyślałem, że może jednak Renata też pamiętała o naszej rocznicy. Wiedziałem, że nie powinienem otwierać prezentu przed czasem. Ale po tylu latach, kiedy rocznica była u nas właściwie kolejnym dniem w kalendarzu, ciekawość wygrała. W środku leżał męski zegarek.

Ciężka stalowa bransoleta, ciemna tarcza, wszystko dopracowane tak, że bałem się dotknąć szkła palcem. Markę kojarzyłem. Jacek tyle razy opowiadał przy stole o szwajcarskich modelach, że nawet ja nauczyłem się je rozpoznawać. Usłyszałem za sobą ruch.

Renata podniosła się na łóżku. – Rafał! Odwróciłem się z pudełkiem w rękach. Jej twarz zmieniła się natychmiast.

Dziś wiem, że to nie było zaskoczenie kobiety, której mąż za wcześnie znalazł niespodziankę. Ale wtedy zobaczyłem tylko zegarek. – Renata, to dla mnie? – Tak, to dla ciebie.

I tyle wystarczyło. Poczułem, jak ściska mnie w gardle. – Ale po co takie drogie? Podeszła bliżej.

– Rafał, mamy rocznicę. Przestań wszystko przeliczać. Powiedziała to łagodnie, bez tego zniecierpliwienia, które słyszałem od niej prawie codziennie. Wyjęła zegarek z pudełka i podała mi.

– Przymierz teraz. Założyłem go na lewy nadgarstek. Był ciężki, chłodny. Bransoleta przesunęła się trochę za daleko.

– Za luźny trochę. Trzeba będzie skrócić. Zawiozę go do salonu. Kiwnąłem głową.

Pomyślałem, że zadbała o wszystko. Potem zrobiła coś, czego nie robiła od dawna: podeszła i pocałowała mnie w policzek. Krótko, zwyczajnie. A jednak dla mnie to było więcej niż cały ten cholernie drogi prezent.

– Poczekaj – powiedziała nagle. – Stań przy oknie. – Po co? – Zrobię ci zdjęcie.

– Renata, mam pięćdziesiąt lat. Nie piętnaście. – Oj, przestań. Pokaż rękę.

Stanąłem przy oknie, trochę skrępowany. Podniosłem nadgarstek. Zrobiła dwa zdjęcia. Patrzyłem na nią i sam nie wiedziałem, co się ze mną dzieje.

Przez te kilka minut naprawdę poczułem się ważny. Nie jak człowiek, który ma zrobić zakupy albo nie przeszkadzać Bożenie przy kolejnym przemeblowaniu. Jak mąż. Jak ktoś, o kim żona pomyślała wcześniej.

Przypomniałem sobie o perfumach w szafie. Poczułem lekkie zakłopotanie. Jej zegarek kosztował pewnie kilka razy więcej niż mój prezent. Ale pomyślałem, że wieczorem nie będziemy rozmawiać o cenach.

Dam jej perfumy przy kolacji. Może zamówimy wino. Może pierwszy raz od dawna usiądziemy naprzeciwko siebie bez Bożeny, bez Jacka, bez telefonów między talerzami. Jacek wpadł przed południem, jak zwykle bez zapowiedzi.

Otworzył lodówkę, zrobił sobie kanapkę. Nagle spojrzał na moją rękę i zatrzymał się. – Pokaż. – Co?

– Zegarek. Uśmiechnąłem się. – Renata dała mi na rocznicę. Jacek podniósł brwi.

– Renata? Przez sekundę miał dziwną minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. – No proszę. Siostra zaszalała.

Podszedł bliżej i złapał mnie za nadgarstek. – Daj, zobaczę, jak wyglądają na tobie. Zdjąłem zegarek. Nie widziałem w tym niczego dziwnego.

Jacek założył go na rękę i zaczął obracać nadgarstek. – U mnie lepiej siedzi, bo masz grubszą rękę. Widzisz? Czyli dla mnie byłyby idealne.

– Nie rozpędzaj się. – Spokojnie, nie ukradnę ci prezentu ślubnego. Dopił kawę, zerknął na telefon i poderwał się. – Cholera, muszę lecieć.

Przy drzwiach zauważyłem, że zegarek nadal jest na jego ręce. – Jacek. – Co? – Zegarek.

Spojrzał na nadgarstek, jakby dopiero teraz sobie przypomniał. – A dobra, oddam za chwilę. – To zdejmij teraz. – Rafał, jadę dosłownie na godzinę.

Chcę zobaczyć, jak się nosi. Nie panikuj, nic mu nie będzie. I zamknął drzwi. Stałem w korytarzu.

Po tylu latach z Jackiem człowiek przyzwyczajał się, że on najpierw bierze, a potem pyta. Pomyślałem tylko, że Renata nie będzie zachwycona. Nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo. Telefon zadzwonił może kwadrans później.

– Rafał, wszystko dobrze? – Tak. A co? – Nic.

Pytam. Rozmawialiśmy o byle czym. I wtedy zapytała:

– Masz zegarek? – Nie.

Jacek przyjechał. Chciał przymierzyć i pojechał w nim coś załatwić. Po drugiej stronie zapadła cisza. – Jak to nie masz?

– No co? Zaraz odda. – Ale jak mogłeś mu je dać? – Renata, to tylko Jacek.

Nie wyjechał z nimi do Hiszpanii. – Rafał, przecież trzeba skrócić bransoletę! Miałam ją zawieźć do salonu! To miało sens.

Oczywiście, że miało. Tylko jej reakcja nie pasowała do tego wyjaśnienia. – To zadzwonię do niego. Niech przywiezie.

– Nie, ja zadzwonię. Powiedziała to za szybko. – Dobrze, muszę kończyć. Rozłączyła się.

Wieczorem wróciła później niż zapowiadała. Zegarka nie miała ze sobą. – Jacek oddał? – Tak.

– To gdzie jest? – Zajmę się tym jutro. Przypomniałem jej o restauracji. – Rafał, nie mam dziś siły.

Przełóżmy to. – Ale rocznica. – Wiem. Przełóżmy to.

Naprawdę jestem zmęczona. Bukiet stał w wazonie. Perfumy nadal leżały na dnie szafy. Nie wyjąłem ich.

Siedziałem później sam przy stole i myślałem o jej głosie, kiedy powiedziałem, że Jacek zabrał zegarek. O tym jednym krótkim „co”. I po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że może w tych zegarkach było coś, o czym nie wiedziałem. Następnego ranka zachowywała się, jakby nic się nie wydarzyło.

– A zegarek? Podniosła wzrok. – Co zegarek? – No mój.

Jacek ci oddał? – Oddał. – To gdzie jest? – Zawiozę go dzisiaj do salonu.

Trzeba skrócić bransoletę. Powiedziała to tak spokojnie, że prawie poczułem się głupio ze swoim niepokojem. Po śniadaniu pojechałem do pracy. Około południa dostałem wiadomość: „Zegarek już w salonie”.

Odpisałem tylko „dobrze”. I właściwie powinienem był zamknąć temat. Tyle że coś we mnie już nie chciało się zamknąć. Nie chodziło o sam zegarek.

Chodziło o ton jej głosu. O to, jak szybko powiedziała, że sama zadzwoni do Jacka. O to, że wieczorem nie chciała jechać ze mną na kolację. Niby drobiazgi, ale właśnie z drobiazgów człowiek układa sobie historie.

Wieczorem wróciłem wcześniej niż Renata. Jej telefon leżał na komodzie. Nie ruszałem go, nigdy nie byłem typem faceta, który grzebie żonie w wiadomościach. Ale ekran sam się podświetlił.

Jedna wiadomość od kogoś zapisanego jako Paweł:

„Nie martw się, poczekam”. Patrzyłem na ekran może dwie sekundy, zanim zgasł. Paweł. Nie kojarzyłem żadnego Pawła.

Ale przecież Renata znała mnóstwo ludzi. „Nie martw się, poczekam” mogło znaczyć wszystko. Ktoś czekał na dokumenty, na odpowiedź, na spotkanie. Wtedy wyszła z łazienki.

Jej wzrok od razu poleciał na telefon. Odblokowała ekran i szybko coś przeczytała. Nie zapytałem, kim jest Paweł. Jeszcze nie.

Ale później zaczęły mi wpadać w oczy rzeczy, których wcześniej nie chciałem widzieć. Kiedy dostawała wiadomość, uśmiechała się pod nosem, a gdy wchodziłem do pokoju, gasiła ekran. Kiedy dzwonił telefon, wychodziła do korytarza i mówiła cicho: „Nie teraz”. Normalne odpowiedzi.

Tylko dlaczego zawsze wychodziła z pokoju? Wieczorem zadzwoniłem do Jacka. – Czemu Renata tak zareagowała przez ten zegarek? Po drugiej stronie zrobiło się cicho.

– Jak zareagowała? – Nie udawaj. Wpadła w panikę, jak jej powiedziałem, że pojechałeś w nim. – To zapytaj Renatę.

– Pytam ciebie. – Rafał, serio. Nie szukaj problemu tam, gdzie go nie ma. I się rozłączył.

Gdyby naprawdę nic nie wiedział, powiedziałby po prostu: „Nie wiem”. Bez zmiany tonu. Bez uciekania od rozmowy. Minęły dwa dni, a zegarka nadal nie było.

Kiedy zapytałem, kiedy będą gotowe, Renata westchnęła:

– Rafał, jak będzie gotowy, to ci powiem. Pytam tylko, a ja ci odpowiadam. Ton miała taki, jakbym od pół godziny wiercił jej dziurę w brzuchu. A przecież zapytałem raz.

Tego samego dnia wróciła późno. Weszła do domu z telefonem w ręku i uśmiechała się do ekranu. Zobaczyłem imię: Paweł. Tamtej nocy długo nie mogłem zasnąć.

Próbowałem sam siebie uspokajać: jedna wiadomość, kilka późnych powrotów, telefon obracany ekranem do dołu. Wszystko mogło mieć normalne wyjaśnienie. Tylko Jacek, jego zachowanie nie pasowało. To, jak spojrzał na zegarek.

To, jak specjalnie z nim wyjechał. To, jak potem nie chciał ze mną rozmawiać. Następnego dnia po pracy pojechałem do niego. – Jacek, Renata kogoś ma?

Znieruchomiał. I już samo to wystarczyło, żeby serce zaczęło mi walić. – Co ty gadasz? Skąd ci to przyszło do głowy?

– Pytam. Powiedz mi tylko tak albo nie. Patrzył na mnie długo. Potem odwrócił wzrok.

– Nie chcę się w to mieszać. – Już się wmieszałeś. – Jutro około 19:30 pojedź na Partynice. – Po co?

– Sam zobaczysz. – Jacek. Do cholery. Czy ja mam rację?

Spojrzał na mnie w końcu, bez tej swojej pewności siebie, bez żartów. – Nie chcę ci tego mówić za nią. Wyszedłem. W samochodzie siedziałem kilka minut z rękami opartymi o kierownicę.

Do tej pory miałem tylko podejrzenia. Teraz po raz pierwszy naprawdę bałem się tego, co zobaczę. Następnego dnia w pracy niby robiłem swoje, ale cały czas miałem w głowie jedno zdanie. Im bliżej wieczora, tym bardziej miałem ochotę w ogóle tam nie jechać.

Człowiek czasem woli mieć podejrzenia niż pewność. Podejrzenie można zagłuszyć, powiedzieć sobie, że przesadzasz. Pewność nie zostawia niczego. Byłem na miejscu dużo wcześniej.

Zaparkowałem na bocznej części parkingu, między innymi samochodami. Z miejsca, które wybrałem, widziałem wjazd, chodnik i wejście do restauracji. Sam nie rzucałem się w oczy. Wyłączyłem silnik i czekałem.

Kilka minut po 19:30 przyjechał mężczyzna. Ciemny samochód, nic szczególnego. Wysiadł, rozejrzał się. Mógł mieć trochę ponad pięćdziesiąt lat.

Dobrze ubrany, spokojny. Spojrzał na telefon, potem znowu na parking. Nie wszedł do środka. Czekał.

I wtedy zobaczyłem samochód Renaty. Serce uderzyło mi tak mocno, że poczułem to w gardle. Wjechała na parking, stanęła bliżej restauracji. Przez moment siedziała w aucie, potem wysiadła.

Mężczyzna od razu się wyprostował. Nie musiał machać. Po prostu ruszył w jej stronę, a ona prosto do niego. Chyba jeszcze wtedy miałem nadzieję, że podadzą sobie ręce, że wyciągnie jakieś dokumenty, że zobaczę zwykłe służbowe spotkanie i wrócę do domu wściekły na Jacka.

Nic takiego się nie wydarzyło. Renata zatrzymała się przed nim bardzo blisko. Powiedział coś. Ona uśmiechnęła się.

Nie tym uśmiechem, którym człowiek wita klienta. Znałem ten uśmiech. Kiedyś uśmiechała się tak do mnie. Mężczyzna dotknął jej ramienia.

Nie drgnęła. Zaczęli iść w stronę restauracji, ale po kilku krokach skręcili wzdłuż chodnika. W pewnym momencie położył dłoń na jej plecach, na wysokości talii. Swobodnie, jak ktoś, kto robił to już wcześniej.

Ona odwróciła głowę w jego stronę, coś powiedziała i wsunęła rękę pod jego ramię. Mogłem wysiąść. Mogłem podejść. Mogłem powiedzieć: „Renata, co ty robisz?

” Nie zrobiłem nic. Patrzyłem, aż zniknęli. Potem uruchomiłem silnik i wyjechałem z parkingu powoli, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. Jechałem do domu i pierwszy raz od wielu lat nie zastanawiałem się, co Renata powie.

Zastanawiałem się tylko, ile razy wcześniej patrzyłem na nią i nie widziałem tego, co miałem przed sobą. W domu było cicho. Wszedłem, rzuciłem klucze na komodę i stałem w przedpokoju. Jeszcze rano ten dom był dla mnie czymś stałym.

Może nie ciepłym, ale jednak stałym. Teraz wszystko wyglądało tak samo, a ja miałem wrażenie, że wróciłem do obcego miejsca. Usiadłem w salonie i czekałem. Nie chciałem dzwonić ani pisać.

Chciałem zobaczyć, z jaką twarzą wejdzie do domu. Przyjechała późno. Weszła do salonu i zatrzymała się. – Nie śpisz?

– Nie. – Coś się stało? – Byłem dzisiaj na Partynicach. Znieruchomiała.

Przez sekundę. Potem natychmiast spróbowała wrócić do normalnego tonu. – Na Partynicach? Po co?

– Wiesz po co. – Rafał, naprawdę nie wiem, o czym mówisz. – Widziałem cię z nim. Jej twarz zrobiła się blada.

– Z kim? – Naprawdę chcesz teraz w to iść? – Pytam. Kim on jest?

– Znajomy. – Znajomy? Znamy się od jakiegoś czasu. To widziałem.

Spojrzała na mnie ostro. – Znajomy nie dotyka się w ten sposób. – Rafał, widziałeś kawałek sytuacji i już sobie dopowiadasz resztę. – Dopowiadam sobie, że facet, który czeka na moją żonę wieczorem, obejmuje ją w pasie, a ona bierze go pod rękę, nie jest zwykłym znajomym.

– Nie obejmował mnie. – Widziałem. – To nie wygląda tak, jak myślisz. – A jak wygląda?

– To skomplikowane. – Nie? To akurat wygląda bardzo prosto. Zacisnęła usta.

– Nie rób teraz sceny. – Nie zamierzam. I rzeczywiście nie zamierzałem. Przez całe życie bałem się takich rozmów.

Wyobrażałem sobie krzyk, trzaskanie drzwiami, oskarżenia. A teraz czułem tylko chłód. – Powiedz mi, kim on jest. – Mówiłam.

Znajomy. – Od kiedy się spotykacie? – Rafał, przesadzasz. – Od kiedy?

– Nie będę z tobą rozmawiać, jeśli będziesz mnie przesłuchiwał. – Chcę wiedzieć, czy moja żona ma kogoś. Zamknęła oczy na moment. Potem powiedziała:

– Paweł nie ma z tym nic wspólnego.

Zamarłem. – Czyli to Paweł. Zobaczyłem, że zrozumiała, co powiedziała. – Ten sam Paweł, który do ciebie pisze?

„Nie martw się, poczekam”. – Czytałeś moje wiadomości? – Nie musiałem. Telefon leżał na komodzie.

– To jest chore. Ty mnie śledzisz. – Nie śledziłem cię. To skąd wiedziałeś, gdzie będę?

Nie odpowiedziałem. Jacka nie zamierzałem w to wciągać. Nie wtedy. – Od jak dawna?

Usiadła w końcu na krześle. Nagle wyglądała na zmęczoną. – Kilka miesięcy. Poczułem, jak coś we mnie opada.

Nie pęka. Opada. Jakby przez te kilka słów zniknęło napięcie, które nosiłem od paru dni. – Jesteście razem?

– Nie wiem. Zaśmiałem się cicho. – Nie wiesz? – To naprawdę nie jest takie proste.

– Dla mnie zaczyna być. Spuściła wzrok. I wtedy coś wróciło mi do głowy. Nie Partynice.

Nie Paweł. Zegarek. Jej panika. Jacek.

Salon. Bransoleta. – A zegarek? Podniosła głowę.

Po jej twarzy od razu zobaczyłem, że właśnie trafiłem tam, gdzie nie chciała, żebym trafił. – Co zegarek? – Ten, który podobno dostałem na rocznicę. – Przecież mówiłam ci, był za luźny.

Trzeba było skrócić. – Nie pytam o bransoletę. Pytam, dlaczego wpadłaś wtedy w taką panikę, kiedy Jacek go zabrał. – Nie wpadłam w żadną panikę.

– Byłaś przerażona tym, że zegarek jest u niego. Nie zła na Jacka. Przerażona. – Wymyślasz.

– Od tamtego dnia pytam o ten zegarek, a ty za każdym razem reagujesz tak, jakbyś chciała, żebym o nim zapomniał. – Bo mnie męczysz własnym prezentem. Nie odpowiedziała. Patrzyłem na nią i nagle poczułem, że odpowiedź już znam.

Tylko nie chciałem jej jeszcze wypowiedzieć. – Nie był dla mnie, prawda? Cisza. – Był dla niego.

Dla Pawła. Na urodziny. Parsknąłem krótkim, pustym śmiechem. – Na urodziny.

– Rafał, poczekaj. – Kupiłaś mu zegarek. Przyniosłaś do domu. Chciałaś go schować, ale ja go znalazłem.

I zapytałem, czy jest dla mnie. Pamiętasz? – Pamiętam. – A ty powiedziałaś: „Tak, to dla ciebie”.

– Spanikowałam. – Spanikowałaś. Nie wiedziałam, co powiedzieć. – Mogłaś powiedzieć prawdę.

– Nie mogłam. Nagle przypomniałem sobie wszystko z tamtego poranka. Jak podała mi pudełko. Jak kazała przymierzyć.

Jak poprawiała bransoletę. Jak zrobiła mi zdjęcie. Jak pocałowała mnie w policzek. – Boże.

A potem chciałaś go ode mnie zabrać. Ta bransoleta była za luźna, ale to nie dlatego chciałaś go zabrać. Co chciałaś zrobić? – Powiedzieć ci, że trzeba go dopasować.

I potem… Nie wiem. – Chciałaś go odzyskać, żeby dać Pawłowi. – Tak. Wtedy przypomniałem sobie Jacka.

Jego spojrzenie, kiedy zobaczył zegarek na mojej ręce. To, jak od razu chciał go przymierzyć. Jak uparł się, że pojedzie w nim na chwilę. – Jacek wiedział.

Skineła głową. – I dlatego zabrał zegarek. – Tak. Specjalnie.

– Chciał cię powstrzymać. – Tak. – I dlatego tak się wydarłaś przez telefon. Bo popsuł ci plan.

Nie odpowiedziała. Nie musiała. – Co było potem? – Zadzwoniłam do niego.

Spotkaliśmy się. Oddał mi zegarek. – A mnie powiedziałaś, że jest w salonie. – Tak.

– Czyli przez te wszystkie dni nie był w żadnym salonie. – Nie. – Gdzie jest? – U mnie.

To zdanie było niemal śmieszne. Mój prezent, który nigdy nie był mój, schowany przez moją żonę, bo miał trafić do innego faceta. Przetarłem dłonią twarz. – Wiesz, co jest w tym najgorsze?

– Rafał, nie…

– Posłuchaj. Zamilkła. – Przez kilka godzin byłem szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy.

Myślałem, że sobie o mnie przypomniałaś. Że po tylu latach pomyślałaś: „To jest mój mąż. Chcę mu zrobić coś wyjątkowego”. A ty tylko spanikowałaś.

I pozwoliłaś mi uwierzyć, że ktoś mnie wybrał. Żeby to wyglądało normalnie. Nawet to zdjęcie. Chciałaś, żeby to wyglądało normalnie.

Renata milczała. – Ja też miałem dla ciebie prezent. Perfumy. Te, które kiedyś lubiłaś.

Zarezerwowałem stolik. Chciałem ci je dać przy kolacji. Chciałem po prostu spędzić z tobą wieczór. Myślałem, że może jeszcze potrafimy.

A ty w tym samym czasie kombinowałaś, jak zabrać ode mnie prezent dla niego. – Wiem, jak to brzmi. – Nie. Chyba właśnie nie wiesz.

Wstałem. Przeszedłem kilka kroków po salonie. – Gdzie jest teraz ten zegarek? – Mam go.

– Dobrze. Zrób z nim, co chcesz. Oddaj, sprzedaj, daj Pawłowi. Naprawdę mnie to już nie obchodzi.

Patrzyła na mnie, jakby pierwszy raz tego wieczoru zaczynała rozumieć, że nie zamierzam walczyć o zegarek. Ani o nią. – Co teraz? – zapytała cicho.

– Jutro zacznę szukać mieszkania. – Chcesz się wyprowadzić? – Tak. – Rafał, nie podejmuj takich decyzji teraz.

– Właśnie teraz pierwszy raz od dawna podejmuję jakąś decyzję sam. – Możemy porozmawiać za kilka dni. – Rozmawiamy teraz. – Możemy coś z tym zrobić?

Spojrzałem na nią. – Z czym? Z Pawłem? Z nami?

Zaśmiałem się cicho. Nieszyderczo. Raczej ze zmęczenia. – Renata, ja od lat próbuję coś zrobić z nami.

Nie możesz wszystkiego zrzucać na mnie. Ja też zawaliłem. Za długo milczałem. Za długo pozwalałem, żeby każdy w tym domu decydował za mnie.

Ty, Bożena, Jacek. Ja tylko przytakiwałem. Paweł tylko sprawił, że wreszcie przestałem udawać, że jeszcze jakieś „my” istnieje. Poszedłem na górę.

Otworzyłem szafę. Na samym dnie pod swetrami leżało pudełko z perfumami. Wyjąłem je. Przez chwilę trzymałem w rękach.

Jeszcze kilka dni wcześniej wyobrażałem sobie, jak Renata je otwiera przy kolacji. Teraz nawet nie chciałem jej ich dawać. Włożyłem pudełko do torby. Nie na złość.

Po prostu nie było już dla kogo. Kiedy zszedłem na dół, Renata nadal siedziała przy stole. Nie powiedziałem nic więcej. Tamtego wieczoru zrozumiałem jedną rzecz.

Nie straciłem zegarka. Nigdy nie był mój. Straciłem tylko złudzenie, że tamtego poranka ktoś naprawdę wybrał mnie. I pierwszy raz od wielu lat nie zamierzałem czekać, aż zrobi to ktoś inny.

Tym razem sam wybrałem siebie.