Kot mamy zniknął po pogrzebie, a wrócił w samą Wigilię

W Wigilię przed południem siedziałam na podłodze w mieszkaniu mamy i próbowałam rozplątać lampki choinkowe. Jedna żarówka mrugała, reszta nie świeciła wcale. Na stole stał talerz z makowcem przyniesionym przez sąsiadkę, obok leżały rachunki za gaz i koperta z zakładu pogrzebowego, której nie miałam odwagi schować do szuflady.
Mamy nie było od pięciu tygodni. Zmarła w szpitalu powiatowym po długiej chorobie płuc. Miała siedemdziesiąt osiem lat i do ostatnich dni bardziej martwiła się o to, czy kot ma świeżą wodę, niż o własne wyniki badań.
Kot nazywał się Franek. Czarny, z białą plamką pod brodą, stary i uparty. Mama znalazła go dwanaście lat wcześniej pod osiedlowym sklepem, w kartonie po bananach. Od tamtej pory spał na jej fotelu, czekał pod drzwiami łazienki i obrażał się, kiedy ktoś przesunął miskę choćby o pół metra.
Po pogrzebie został ze mną w mieszkaniu. Nie chciałam od razu wracać do swojego domu pod Łodzią. Trzeba było przejrzeć dokumenty, zgłosić zgon w banku, odnaleźć polisę i zdecydować, co zrobić z mieszkaniem. Mój brat, Robert, przyjechał tylko na jeden dzień.
— Ty masz bliżej — powiedział, stojąc w przedpokoju z kluczami w dłoni. — Poza tym mama zawsze wszystko mówiła tobie.
Nie odpowiedziałam. Mama niewiele mówiła komukolwiek. Najważniejsze sprawy odkładała do starego kredensu, razem z książeczką emerytalną, gwarancjami po zepsutych czajnikach i zdjęciami ludzi, których nazwisk już nie znałam.
Dwa dni po pogrzebie Franek zniknął.
Wieczorem zauważyłam, że balkonowe drzwi są niedomknięte. Zeszłam przed blok, obchodziłam śmietnik, piwniczne okienka i zaparkowane samochody. Wołałam go, aż sąsiad z parteru uchylił okno i powiedział, że czarny kot pobiegł w stronę działek.
Rozwiesiłam ogłoszenia na klatkach schodowych. Zadzwoniłam do schroniska i do dwóch lecznic weterynaryjnych. Robert uznał, że przesadzam.
— To zwierzę. Może wróci, może nie — powiedział przez telefon. — Zajmij się lepiej notariuszem, bo po Nowym Roku wszystko się przeciągnie.
Odłożyłam słuchawkę, zanim zdążyłam powiedzieć coś, czego później musiałabym żałować.
Przez następne tygodnie co rano stawiałam przy wejściu miskę z karmą. Wieczorem była nietknięta albo wyjadały ją osiedlowe koty. Sąsiadka, pani Celina, przynosiła mi rosół i opowiadała, że zwierzęta czasem szukają poprzednich miejsc.
— Może on gdzieś wcześniej mieszkał — powiedziała, wycierając dłonie w fartuch. — Twoja mama miała swoje tajemnice. Jak każdy.
Wtedy przypomniałam sobie, że zanim dostała mieszkanie w bloku, mieszkałyśmy w małym domu przy ulicy Polnej. Wyprowadziłyśmy się, gdy miałam trzynaście lat, po śmierci ojca. Dom sprzedano, a mama nigdy nie chciała tamtędy chodzić. Nawet na cmentarz wybierała dłuższą drogę.
Nie wiedziałam, czy Franek kiedykolwiek znał tamto miejsce. Przecież pojawił się wiele lat później.
W Wigilię Robert zadzwonił podczas mojego samotnego obiadu. Powiedział, że przyjedzie po świętach z rzeczoznawcą.
— Nie możemy płacić czynszu bez końca — stwierdził. — Trzeba wystawić mieszkanie.
Spojrzałam na dwa nakrycia, które bez namysłu postawiłam przy kuchennym stole. Jedno dla siebie, drugie w miejscu mamy.
— Dobrze — powiedziałam. — Porozmawiamy po świętach.
Gdy zapadł zmrok, włączyłam radio. Z kuchni pachniało grzybową, choć ugotowałam jej za dużo. Właśnie wyjmowałam talerz, kiedy coś uderzyło o drzwi balkonowe.

Franek stał na zewnętrznym parapecie. Był chudszy, sierść miał posklejaną, a na szyi wisiała czerwona włóczka. Taka sama, jakiej mama używała do wiązania pakunków z ciastem dla sąsiadów.
Wpuściłam go, postawiłam miskę i uklękłam, żeby obejrzeć łapy. Zjadł kilka kęsów, po czym odszedł do przedpokoju. Usiadł przy drzwiach i zaczął drapać w wycieraczkę.
— Dopiero wróciłeś — powiedziałam. — Nigdzie nie idziemy.
Drapał dalej.
Założyłam kurtkę, wsunęłam buty i wzięłam latarkę. Franek zbiegł po schodach, ale nie pobiegł w stronę działek. Szedł powoli przez osiedle, oglądając się co kilka kroków. Minęliśmy zamknięty sklep, przystanek i przychodnię. Dopiero przy ulicy Polnej zrozumiałam, dokąd prowadzi.
Nasz dawny dom stał nadal, tylko ganek był zabudowany, a w ogrodzie rosły wysokie tuje. W jednym oknie paliło się światło. Franek przecisnął się pod furtką i usiadł przy schodach.
Drzwi otworzyła drobna starsza kobieta w wełnianym swetrze.
— No, nareszcie przyprowadziłeś kogoś ze sobą — powiedziała do kota.
Przedstawiła się jako Helena Kaczmarek. Kiedy podałam nazwisko mamy, długo trzymała rękę na klamce.
— Zofia nie żyje? — zapytała.
Skinęłam głową.
Wpuściła mnie do kuchni. Na starym kredensie stało zdjęcie mamy z czasów młodości. Obok niej była Helena i mały chłopiec w czapce z pomponem.
Okazało się, że po śmierci ojca mama wynajmowała Helenie pokój. Jej syn, Paweł, był ciężko chory i często trafiał do szpitala. Mama pomagała, jak mogła: odbierała go ze szkoły, gotowała zupę, siedziała z nim w poczekalni. Kiedy chłopiec zmarł, Helena wyprowadziła się do siostry, a kontakt między nimi urwał się po kilku latach.
— Zofia znalazła Franka właśnie tutaj — powiedziała. — Przy starej jabłoni, którą posadził Paweł. Przywoziła go czasem wieczorami. Siadałyśmy w kuchni i nic nie mówiłyśmy.
Wyjęła z szuflady plik listów związanych czerwoną włóczką. Mama pisała do niej przez lata, lecz części nie wysłała. W ostatnim liście wspominała o chorobie i prosiła, by Helena przyjęła Franka, gdyby mnie przerosła opieka nad nim.
— Nie chciała ci dokładać obowiązków — powiedziała Helena. — Ale chyba kot sam zdecydował.
Franek spał już pod kaloryferem, zwinięty ciasno na starym chodniku.

Zostałam u Heleny na wieczerzy. Miała barszcz z uszkami, kawałek karpia i trzy pierogi, które odgrzała na patelni. Nie mówiłyśmy wiele. Po kolacji czytałam listy mamy, a Helena dolewała herbaty i poprawiała serwetkę pod talerzem.
Przed północą wróciłam do mieszkania sama. Franek został przy kaloryferze. Następnego dnia zaniosłam mu jego miskę, koc i fotelową poduszkę mamy.
Robert nie rozumiał, dlaczego oddałam kota obcej kobiecie. Nie próbowałam mu tłumaczyć wszystkiego przez telefon.
Kilka tygodni później, gdy opróżnialiśmy mieszkanie, znalazłam w kredensie jeszcze jeden motek czerwonej włóczki. Zabrałam go na Polną. Helena siedziała przy stole, a Franek spał na krześle obok niej. Położyłam motek między filiżankami.
— To chyba wasze — powiedziałam.
Helena przesunęła go w stronę szuflady, ale po chwili zostawiła na stole. Potem pokroiła sernik i postawiła przede mną większy kawałek.