Ekran zaświecił się odpowiedzią, której się nie spodziewałem. „Transkrypty nie są dostępne dla tego wideo. Wydawca mógł ograniczyć dostęp ze względu na prywatność lub prawa autorskie. Przepraszamy za niedogodności.

”
Przeczytałem to trzy razy. Za każdym razem to samo. Grzeczne. Formalne.
Ostateczne. Film miał być ważny. Ktoś polecił mi go z takim przekonaniem, że przygotowałem notatnik, długopis, herbatę. Usiadłem wygodnie, gotowy na słowa, które mogły coś wyjaśnić, ułożyć, a może zmienić.
Zamiast tego dostałem ścianę. Wydawca ograniczył dostęp. Prywatność. Prawa autorskie.
Słowa, które tłumaczą wszystko i niczego nie wyjaśniają. Spojrzałem na ekran. Wideo leciało dalej. Obraz bez transkryptu to trochę jak rozmowa bez jednej strony.
Widzisz emocje, ruchy, miny. Nie masz pojęcia, co znaczą. Notatnik został pusty. Długopis przekładałem z ręki do ręki, jakby mógł wyciągnąć ze mnie odpowiedź, której nie było.
Chciałem wrócić do tego fragmentu, o którym ktoś mówił, że jest najważniejszy. Miałem go zobaczyć zapisanym czarno na białym. Miałem go przeczytać własnymi oczami. Nie mogłem.
Może właśnie o to chodziło. Może wydawca wiedział, że gdybym przeczytał te słowa, nie byłbym już tym samym człowiekiem. Może ktoś, gdzieś, uznał, że lepiej, żebym został z domysłami. Z ciszą.
Z tą cholernie grzeczną przeprosiną, która niczego nie wyjaśniała. Siedziałem do końca. Nie żeby zrozumieć, bo zrozumienie stawało się coraz mniej możliwe. Siedziałem, bo czasem zostaje ci tylko bycie przy czymś, czego nie możesz w pełni poznać.
Kiedy ekran zgasł, pokój zrobił się cichszy, niż był wcześniej. Nie wiedziałem, co obejrzałem. Wiedziałem tylko, czego nie dostałem. Zamknąłem notatnik.
Wyłączyłem komputer. „Przepraszamy za niedogodności” – powiedział komunikat. Nie ma za co. To nie była ich wina, prawda?
Oni tylko ustawili blokadę. A ja zostałem z pytaniem, które nie chce mnie opuścić. Co było w tych słowach, których nie pozwolono mi przeczytać?
I dlaczego ktoś uznał, że lepiej, żebym ich nie poznał.