Marta, nad czym ty się w ogóle zastanawiasz? Na głowę upadłaś? Przecież każdy na twoim miejscu leciałby do tej Austrii jak na skrzydłach, choćby boso po potłuczonym szkle. Trzypiętrowe alpejskie Halet w Mairoven, w samym sercu doliny Cillertal, gdzie za metr kwadratowy ziemi płaci się więcej niż za całe nasze mieszkanie na warszawskiej Pradze.

Twoja cioteczna babka, pani Wanda, miała swoje dziwactwa. Całe dekady przesiedziała w tych górach wśród Bauerów. Nikogo z rodziny z Warszawy nie wpuszczała za próg. I raptem taki gest.
A co z tego, że postawiła twardy warunek? Wielkie mimecyje. Pomieszkać tam bite dwa lata i nie wyjeżdżać na dłużej niż 40 dni w roku. Przecież po tym czasie przejmujesz majątek wart dobre 3 miliony euro.
Rzucasz etat w liceum, zwijasz te marne korki i pakujesz walizki. Zrobiłem już rozeznanie. Jak pogonimy to Halet za kilka lat, starczy nam na dwa luksusowe apartamenty na Mokotowie i całoroczny dom w Sopocie. Mój narzeczony Robert perorował z tym gorączkowym błyskiem w oku, który pojawiał się u niego zawsze, gdy tylko poczuł grubą kasę.
Krążył jak oparzony po ciasnej kuchni naszego wynajmowanego lokum przy stalowej, co chwila pocierając gładko ogoloną brodę i łypiąc chciwie na napęczniałą teczkę z pieczęciami tyrolskiej kancelarii, dopiero co dostarczoną przez kuriera z Innsbrucka. Robert pracował jako starszy doradca w stołecznym funduszu inwestycyjnym. Choć ostatnio wiodło mu się fatalnie. Wtopił oszczędności w spółkę obracającą lokalami użytkowymi.
Długi u prywatnych wierzycieli rosły z tygodnia na tydzień, więc chwytał się każdej deski ratunku, byle nie pójść na dno. Siedziałam przy oknie, ściskając oburącz kubek z wystygłym naparem z rumianku. Miałam 33 lata. Moja codzienność była do bólu uporządkowana i przewidywalna.
Dyplom z wyróżnieniem na germanistyce na Uniwersytecie Warszawskim. Dziesięć lat przy tablicy w liceum Batorego. Mieszkanie wynajmowane od dekady, wspólne z Robertem, który pojawiał się w nim coraz rzadziej, a gdy już się zjawiał, to tylko po to, żeby się przebrać albo zostawić brudną bieliznę. Na wiadomość o spadku nie zareagowałam tak, jakby sobie wyobrażał.
Robert patrzył na mnie z niedowierzaniem, gdy zamiast skakać z radości, zapytałam cicho, dlaczego właściwie ciotka Wanda, która przez trzydzieści lat nie dała znaku życia, nagle zapisała mi cały majątek. A może po prostu poczuła wyrzuty sumienia na starość. Robert prychnął i wyrzucił ręce w górę. Wyrzuty sumienia?
Kobieta, która wyparła się całej rodziny, nagle ma wyrzuty? Nie komplikuj sobie życia. To jest nasza szansa, Marta. Twoja i moja.
Nalegał, żebym natychmiast wzięła urlop bezpłatny, najlepiej rozwiać się z pracy na całe dwa lata. Mówił, że on zostanie w Warszawie, uporządkuje swoje sprawy finansowe, a potem do mnie dołączy. Za dwa lata wrócimy do kraju jako milionerzy. Łatwo było jemu mówić.
To nie on miał spędzić dwa lata w górach, z dala od wszystkiego, co znałam, w towarzystwie wspomnień po obcej kobiecie. A jednak po długiej, burzliwej rozmowie, w której Robert używał argumentów nie do odparcia, uległam. Złożyłam podanie o urlop bezpłatny, spakowałam dwie walizki i wsiadłam do pociągu do Wiednia, skąd przesiądę się do ekspresu do Innsbrucka. Wysiadłam na małej stacyjce w dolinie Zillertal.
Powietrze było tak rześkie, że czułam je w płucach jak ukłucie szpilką. Przede mną, na tle ośnieżonych szczytów, wznosił się dom. Trzypiętrowy, z szerokim, drewnianym gankiem, rzeźbionymi balkonami i ogrodem, który latem musiał tonąć w kwiatach. Ale teraz, w szare listopadowe popołudnie, wyglądał ponuro i odpychająco, jak wielki kamienny sen.
Wewnątrz czekał na mnie prawnik, starszy mężczyzna o siwych, przyklejonych do czaszki włosach i zimnych, wyblakłych oczach. Przedstawił mi się jako rejent Schwarz. Siedział naprzeciwko mnie za ogromnym, ciemnym biurkiem, a przed nim leżała gruba teczka z aktami. Pani Marto, zaczął bez żadnych wstępów, muszę pani pogratulować.
Otrzymała pani w spadku po swojej ciotecznej babce, pani Wandzie, całość majątku ruchomego i nieruchomego, w tym nieruchomość pod nazwą Haus Edelweiss w gminie Mayrhofen, z prawem do natychmiastowego objęcia we władanie. Mimo że wiadomość dawno przebrzmiała, słowa prawnika zabrzmiały w mojej głowie jak wyrok. Spojrzałam na akt, który mi przysunął, i dopiero wtedy zauważyłam, że w teczce są również inne dokumenty. To jednak, kontynuował Schwarz, spoglądając na mnie znad okularów, nie jest takie proste.
Do aktu dołączono bezwzględne zastrzeżenie. Przez okres dokładnie dwóch lat, licząc od dnia dzisiejszego, zobowiązana jest pani do stałego zamieszkiwania pod tym adresem. Maksymalna dozwolona nieobecność w tym czasie to czterdzieści dni w roku. Przekroczenie tego limitu, nawet o jeden dzień, skutkuje natychroczystym wnioskiem o przepadek spadku do Sądu Okręgowego w Schwaz.
Poczułam zimny dreszcz na plecach. To znaczy, że jeśli wyjadę na dłużej niż czterdzieści dni w roku, stracę wszystko? Obawiam się, że tak. Fundacja turystyczna, której jestem prezesem zarządu, będzie wówczas uprawniona do przejęcia nieruchomości i wszelkich roszczeń.
To standardowa praktyka w tego typu zapisach. Zabezpiecza interes obu stron. Wstał i z zimnym uśmiechem wyciągnął do mnie rękę. Proszę się dobrze zastanowić, pani Marto.
Decyzja należy do pani. Ja jedynie wykonuję wolę spadkodawcy. Robert, nazajutrz po moim przyjeździe, przyleciał z Warszawy późnowieczornym samolotem do Monachium. Był zmęczony, ale podekscytowany.
Chciał od razu zobaczyć dom, obejrzeć okolicę, spotkać się z prawnikiem. Ja natomiast czułam narastający niepokój. Coś mi tu nie grało. Nie grało, i to bardzo.
Kiedy zostaliśmy sami w ogromnym, zimnym salonie, Robert rozsiadł się w fotelu i zerknął na mnie zza ramienia, jakby coś ważył w myślach. Obejrzałem ten cały obłęd, przejrzałem papiery. Ta nieruchomość to czysty złoto. Możemy to w końcu sprzedać, spłacić długi, kupić kilka mieszkań pod wynajem.
Mówił gorączkowo, nie patrząc mi w oczy. I co wtedy? Zapytałam cicho. To znaczy, jak to co?
Skupić się na nas. Na naszej przyszłości. A co z tym wszystkim? Machnęłam ręką w stronę okna, za którym majaczyły ośnieżone szczyty.
Miałeś być z tego zadowolony. Zaplanowałeś to wszystko. Robert wstał, podszedł do okna i oparł się o parapet. Posłuchaj, Marty.
Tu nie ma co planować, bo już wszystko zaplanowałem. Ten list, to tylko formalność. Ale jest jedna kwestia, o której chciałem z tobą porozmawiać. Jego głos nagle stwardniał, a w oczach pojawił mi się ten wyraz, który znałam aż za dobrze.
Widziałaś się może z jakimiś amerykańskimi turystami? Zapytał nagle. Zdziwiłam się tak bardzo, że aż się zaśmiałam. Z jakimi amerykańskimi turystami?
No, nie wiem. Z czarnym mercedesem z monachijskimi tablicami? Często kręcą się tu w okolicy. Mój szef, jak go nazywają w biurze, ma tutaj interesy.
Prowadzę z nim negocjacje. Miałem nadzieję, że się tu spotkam. Po raz pierwszy usłyszałam o czymś takim. Dlaczego nie wspomniałeś o tym wcześniej?
Bo to nie miało znaczenia. Do teraz. Spojrzał na mnie uważnie, a ja poczułam, że za tymi słowami kryje się coś dużo bardziej mrocznego niż zwykła, zdrowa interesy. Zmieniłam temat, twierdząc, że jestem zmęczona i chcę się położyć, ale w mojej głowie narodziła się myśl, która nie dawała mi spokoju.
Kim był Robert, z kim naprawdę chciał się tutaj spotkać? Tej nocy nie zmrużyłam oka. Leżałam w ogromnym łóżku w gościnnej sypialni, wsłuchując się w skrzypienie starego drewnianego domu. O poranku Robert już nie był na swoim miejscu.
Zniknął, zostawiając jedynie krótką notatkę: pojechał załatwić sprawy, będzie wieczorem. Nie zostało mi nic innego, jak tylko rozejść się po posiadłości. Dom był wielki, przestronny, pełen antyków i pamiątek po nieżyjącej ciotce. Ale brakowało w nim jakichkolwiek osobistych śladów.
Ani jednej fotografii na ścianach, ani drobiazgu, który należałby do pani Wandy. Wyglądało to tak, jakby ktoś przed moim przyjazdem metodycznie wymazał z tego domu wszelkie cieplejsze ślady czyjejś obecności. Zeszłam do piwnicy. W kącie, za starymi meblami, znalazłam zamkniętą na głaz drewnianą skrzynię.
Nie wiem, czym kierowałam, ale w końcu otworzyłam ją. W środku leżały zakurzone pamiętniki i pliki listów. Gdy sięgnęłam po jeden z nich, usłyszałam za plecami skrzypnięcie podłogi. Odnajduje pani coś cennego?
Odwróciłam się gwałtownie. W progu stał mężczyzna, wysoki, szczupły, w ciemnym płaszczu. Na jego twarzy zastygł szyderczy półuśmiech, a oczy lśniły zimnym, twardym blaskiem. Nazywam się Franz Huber, przedstawił się.
Jestem doradcą prawnym. Cioteczka zresztą miała tutaj bardzo dobre kontakty.