Po powrocie z dwudziestoczterogodzinnego dyżuru na oddziale anestezjologii i intensywnej terapii dziecięcej ledwo trzymałam się na nogach. Ciężkie powieki paliły od bezsennej nocy, a w płucach wciąż czułam specyficzny, szpitalny zapach środków odkażających. Marzyłam tylko o jednym: przytulić twarz do ciepłej sierści mojego labradora i zasnąć. Jednak zamiast znajomego pomruku i radosnego stukotu pazurów o dębowy parkiet, w przedpokoju powitała mnie lodowata cisza.

Miejsce legowiska w kącie korytarza ziało pustką. W kuchni, gdzie zawsze stały dwie metalowe miski, podłoga lśniła sterylną czystością, a w powietrzu unosił się duszący zapach chloru. Przy okrągłym stole siedziała pani Barbara, moja teściowa. Z kamienną twarzą maczała kruche ciastko w wielkim porcelanowym kubku czarnej herbaty.
Nawet nie drgnęła, gdy mój wzrok spoczął na niej z niedowierzaniem. – Koniec z trzymaniem tego starego kundla pod dachem – rzuciła, przełykając powoli kęs. – Kłaki w każdym kącie, smród na całe mieszkanie. Bartek przez niego zaczyna pokasływać, gotów jeszcze astmy dostać.
Zamówiłam hycla. Wpakowali go do klatki i wywieźli daleko za miasto do schroniska. Powinnaś mi podziękować, że wzięłam to na siebie. Mój mąż Bartek stał tyłem do okna, wpatrując się tępo w podwórze.
W palcach nerwowo obracał telefon, nie mając odwagi odwrócić głowy i spojrzeć mi w twarz. Barry, mój dziesięcioletni, siwy na pysku biszkoptowy labrador o mądrych bursztynowych ślepiach, pies, który osiem lat temu dosłownie wyciągnął mnie z czarnej otchłani depresji po stracie wyczekiwanej ciąży, został potraktowany jak znoszona wycieraczka. Nie poczułam chęci krzyku ani płaczu. W ułamku sekundy wszystkie emocje we mnie zamarzły, ustępując miejsca chłodnej, chirurgicznej determinacji.
Nie odezwałam się ani słowem. Cofnęłam się na klatkę schodową, zatrzasnęłam drzwi z impetem i przekręciłam klucz dwukrotnie. Zostawiłam go w zamku od zewnątrz. Wyciągnęłam z kieszeni płaszcza telefon, by wykonać dwa najważniejsze telefony w swoim życiu.
Aby zrozumieć, jak ta dwójka uzurpowała sobie prawo do decydowania o cudzym życiu, trzeba cofnąć się o siedem lat. Jestem lekarzem anestezjologiem. To zawód drenujący z sił, ale dający całkowitą niezależność finansową. Po śmierci rodziców odziedziczyłam przestronne mieszkanie w starej kamienicy – z trzymetrowymi sufitami, dębowym parkietem i oknami wychodzącymi na zaciszny skwer.
Moją jedyną ostoją w tych pustych murach stał się dwumiesięczny szczeniak labradora, którego tata podarował mi tuż przed swoją śmiercią. Barry dorastał u mego boku. Witał mnie po nocnych zmianach, kładł ciepły łeb na moich kolanach, gdy brakowało mi sił, by zdjąć buty. Gdy po latach spadł na mnie potworny cios – obumarła ciąża, po której omal nie pożegnałam się z życiem – to właśnie ten pies nie pozwolił mi oszaleć.
Kładł się na moich stopach, zlizywał łzy z policzków i bez pardonu wyciągał z łóżka na poranne spacery. Dla mnie Barry nigdy nie był zwykłym psem. Był członkiem rodziny, kawałkiem mojej tożsamości i jedyną pamiątką po rodzicach. Z Bartkiem poznaliśmy się podczas charytatywnego biegu miejskiego.
Wydawał się uosobieniem męskiej łagodności. Pracował jako inżynier budowlany, zarabiał około pięciu tysięcy na rękę, podczas gdy moje dochody przekraczały czternaście. Nigdy nie wypominałam mu tej różnicy. Ustaliliśmy podział: on płacił czynsz i drobne sprawy, ja brałam na siebie większe zakupy, utrzymanie mieszkania i wakacje.
Wraz z Bartkiem w moje życie wtargnęła jego matka. Pani Barbara, kobieta z twarzą wiecznie skrzywioną pretensją do świata, mieszkała w ciasnym mieszkaniu w prowincjonalnym miasteczku, wegetując za skromną emeryturę. W jej oczach każda synowa była intruzem i zagrożeniem. Gdy pierwszy raz przekroczyła próg mojego mieszkania, jej wzrok z chciwym błyskiem prześlizgnął się po sztukateriach i nowoczesnym wykończeniu.
– No, no, pałac – syknęła. – Po co dwójce ludzi tyle przestrzeni? Moglibyście sprzedać to stare pruchno, kupić normalne mieszkanie od dewelopera, a różnicę oddać Bartusiowi na rozkręcenie biznesu. Barry podszedł zaciekawiony, machając przyjaźnie ogonem.
Natychmiast oberwał ciężką, skórzaną torebką prosto w nos. – A poszedł stąd, pchlarzu! – wrzasnęła. – Bartek, dlaczego to bydle łazi samopas po pokojach?
Miejsce psa jest na łańcuchu przy budzie, a nie na salonach. – Pani Barbaro – przerwałam jej lodowatym tonem. – W moim domu nikt nie podnosi ręki na zwierzęta. Barry mieszka tu od szczeniaka.
Teściowa demonstracyjnie złapała się za serce i wyszeptała synowi, że dziewucha nie ma krzty szacunku dla starszych. Bartek przez cały wieczór suszył mi głowę, tłumacząc, że matka jest ze starej szkoły i boi się dużych psów. Zacisnęłam zęby, tłumacząc sobie jej zachowanie różnicą pokoleń. To był mój kardynalny błąd.
Ludzie tego pokroju każdą ugodowość biorą za słabość i zaproszenie do wejścia na głowę. Miesiąc temu wszystko stanęło na głowie. W mieszkaniu pani Barbary pękł stary grzejnik, zalewając całe lokum. Bartek przybiegł do mnie z miną zbitego psa.
– Karola, mama nie ma gdzie mieszkać. Remont potrwa co najmniej dwa miesiące. Przecież mamy trzy pokoje, gościnny stoi pusty. Weźmy ją do nas.
Nie zostawię rodzonej matki na bruku. Wahałam się. Intuicja krzyczała, by nie wpuszczać tej kobiety za próg. Ale widząc roztrzęsionego męża, uległam fałszywemu poczuciu litości.
Postawiłam dwa twarde warunki: teściowa nie wtrąca się w nasze życie i trzyma się z daleka od Barry’ego. Bartek zaklinał się na wszystko, że matka będzie cichsza od cienia. Zaledwie toboły pani Barbary wylądowały w pokoju gościnnym, rozpoczął się cichy terror. Moje ukochane rośliny wylądowały na balkonie, bo „robactwo z nich lezie”.
Na kuchenny blat trafiła jarmarczna cerata, a lodówkę zalała tania garmażerka z dyskontów. Głównym celem jej jadu stał się jednak pies. Barry, wyczuwając wrogość, zaszył się w sypialni i prawie z niej nie wychodził. Mimo to pani Barbara urządzała histerię niemal każdego ranka.
– Bartek, spójrz na swoje spodnie, całe w kłakach! – zawodziła. – Ludzie cię wyśmieją, a ten odór na klatce! Przez to bydle ciśnienie skacze mi do dwustu!
Bartek, który dotąd z uśmiechem wyczesywał psa, nagle zaczął przejmować jej retorykę. – Karolina, mama ma trochę racji. Może oddajmy go do jakiegoś hotelu dla psów za miastem, dopóki mama z nami mieszka? – Barry ma dziesięć lat – ucięłam, patrząc mu prosto w oczy.
– Dla starego schorowanego psa klatka w obcym miejscu to wyrok śmierci. Zostaje u siebie. Jeśli twojej matce brakuje tu tlenu, wynajmę jej i opłacę kawalerkę na czas remontu. Słysząc to, teściowa zalała się teatralnymi łzami, krzycząc, że własny syn wyrzuca ją z domu dla zapchlonego psa.
Bartek nakrzyczał na mnie, zarzucając mi egoizm i brak serca. Od tamtego dnia w mieszkaniu zapanowała gęsta, toksyczna atmosfera. Teściowa przestała odpowiadać na dzień dobry, a mąż ostentacyjnie kładł się spać, odwrócony do ściany. Dwa dni temu wypadł mi potwornie ciężki dyżur.
Na sygnale przywieziono dwoje dzieci z wypadku. Walczyliśmy o ich życie przez dwadzieścia godzin bez chwili wytchnienia. Schodząc ze zmiany, ledwo trzymałam się na nogach, marząc tylko o jednym: wrócić do domu, objąć mojego psa i zasnąć. I oto wróciłam.
Pusty korytarz, zapach chloru, teściowa siorbiąca herbatę i mąż tchórzliwie wpatrzony w chodnik za oknem. Te słowa o wywiezieniu Barry’ego uderzyły we mnie jak obuchem, ale zamiast złamać, zamieniły mój umysł w precyzyjną maszynę. Zrozumiałam błyskawicznie: jeśli zacznę krzyczeć i żądać wyjaśnień, stracę bezcenne minuty. Barry ma chore serce i zwyrodnienia stawów.
Zamknięcie domowego, lękliwego psa w przepełnionym schronisku to dla niego pewna śmierć. Zbiegłam na półpiętro. Pierwsze połączenie wykonałam do Michała, mojego dobrego znajomego, chirurga weterynarii. – Michał, sprawa życia i śmierci.
Teściowa oddała mojego psa do placówki pod miastem, twierdząc pewnie, że jest bezdomny albo agresywny. Gdzie zwożą zwierzęta z naszej okolicy? – Chryste Panie, Karolina – głos Michała natychmiast stężał. – Odłów z twojego rejonu jedzie do punktu przetrzymań na skraju strefy przemysłowej.
Tam są fatalne warunki. Wsiadaj w auto. Ja dzwonię do ich dyżurnego lekarza. Przekażę, żeby pod żadnym pozorem nie tykali psa.
Jadę tam prosto z lecznicy. Drugi telefon wykonałam do pana Wojciecha, gospodarza naszego budynku, poczciwego człowieka, który pamiętał jeszcze moich rodziców. – Panie Wojciechu, w moim mieszkaniu są w tej chwili dwie osoby, z których jedna dopuściła się przestępstwa – bezprawnego przywłaszczenia mienia i znęcania się nad moim zwierzęciem. Zaryglowałam zamek z zewnątrz.
Niech pan wezwie patrol policji i dopilnuje, żeby nikt nie próbował wyłamać zamka. Będę z powrotem za półtorej godziny z dokumentami. – Matko Boska, pani Karolino, niech się pani nie martwi. Już idę na górę i dzwonię na komisariat.
Włos z głowy Barry’emu nie spadnie. Wypadłam z klatki, wsiadłam do auta i ruszyłam w stronę wylotówki. Droga przez poranne zatory ciągnęła się w nieskończoność – bite czterdzieści minut. Palce zbielały mi na kierownicy.
Przed oczami miałam tylko jeden obraz: starego Barry’ego, drżącego z zimna na mokrej posadzce, nie rozumiejącego, dlaczego ludzie, których kochał, potraktowali go jak śmieć. Schronisko okazało się ponurym, szarym barakiem otoczonym wysokim płotem z drutem kolczastym. Jazgot setek uwięzionych psów rozsadzał bębenki w uszach. Przed bramą czekał już Michał, rozmawiając z młodym pracownikiem.
– Karolina, tędy – machnął ręką. – Jest tutaj. Nic mu nie jest. Zdążyliśmy, zanim cokolwiek mu podali.
Wbiegliśmy do wąskiego korytarza kwarantanny. Uderzył we mnie duszący fetor moczu, wilgoci i zwierzęcego przerażenia. W trzecim boksie, z pyskiem wciśniętym między zimne pręty, kulił się Barry. Trząsł się potwornie, uszy miał położone płasko, a w jego wielkich oczach malowała się tak bezbrzeżna zgroza, że gardło ścisnęło mi się w ułamku sekundy.
Na mój widok wydał z siebie tylko cichy, piskliwy skowyt. Gdy próbował podnieść się na tylnych łapach, śliskie pazury rozjechały mu się na mokrym betonie. – Barry, piesku, mój skarbie – szepnęłam, padając na kolana wprost w szpitalnym płaszczu na brudną posadzkę. Pies z całej siły wcisnął głowę w moje dłonie, dysząc chrapliwie.
Z jego oczu autentycznie płynęły łzy. Pracownik pospiesznie otworzył kłódkę. – Proszę pani, zadzwoniła starsza kobieta. Przedstawiła się jako właścicielka mieszkania.
Mówiła, że pies jest agresywny, że zdziczał i rzuca się na domowników. Zapłaciła trzysta złotych za pilny odbiór i podpisała oświadczenie o zrzeczeniu się praw. Gdyby nie telefon pana doktora, poszedłby z marszu do ogólnego boksu. – Proszę mi pokazać ten formularz – rzuciłam twardo, nie puszczając karku Barry’ego.
Na druku zrzeczenia widniał koślawy, zamaszysty podpis: Barbara Nowak. W rubryce z powodem oddania nabazgrała: „Agresywny, niebezpieczny dla otoczenia, zagraża zdrowiu rodziny”. Sfotografowałam dokument telefonem pod każdym kątem, a oryginał schowałam do kieszeni. – Michał, zbadaj go, błagam, jak serce.
Michał przyłożył stetoskop do szerokiej klatki piersiowej psa, zmierzył tętno i pokręcił z zatroskaniem głową. – Galopująca arytmia, potężny wyrzut kortyzolu. Jeszcze dwie godziny w tym huku i chłodzie, a doszłoby do zawału. Podam mu lek na serce i łagodny środek uspokajający.
Zabieraj go do domu, Karolina. Ale jesteś pewna, że w domu będzie bezpieczny? – W domu zrobię porządek jeszcze dzisiaj – odparłam głosem, w którym nie ostała się ani krzty dawnej ugodowości. – Barry nigdy więcej nie zobaczy tych ludzi na oczy.
Ostrożnie wprowadziliśmy labradora na tylną kanapę samochodu, otulając go kocem. Pies położył pysk na moim ramieniu i przez całą drogę powrotną nie odkleił się ode mnie ani na milimetr. Gdy wjechałam na naszą ulicę, przed kamienicą stały już dwa wozy: oznakowany radiowóz policji oraz furgonetka pogotowia zamkowego. Na klatce schodowej panowało regularne pandemonium.
Pod drzwiami mojego mieszkania stało dwóch policjantów, pan Wojciech z miną niezłomnego strażnika oraz ślusarz, któremu funkcjonariusze wyraźnie zakazali dotykania zamka. Zza zamkniętych drzwi dobiegały histeryczne wrzaski teściowej i głuche łomotanie w blachę. – Wypuśćcie nas! Jesteśmy obywatelami tego kraju!
Psychopatka wzięła nas na zakładników! Bartek, wyważ te drzwi! Zawału zaraz dostanę! Bartek wtórował jej ochrypłym głosem:
– Otwierać natychmiast!
Jestem tu zameldowany! Pozwiemy was o odszkodowanie za bezprawne pozbawienie wolności! Weszłam po schodach, prowadząc na smyczy utykającego lekko, ale już spokojnego Barry’ego. Na widok psa pan Wojciech odetchnął z ulgą i zdjął czapkę.
– Żyje. Dzięki Bogu, pani Karolino. Żyje nasz poczciwiec. Dowódca patrolu, starszy sierżant o surowym spojrzeniu, podszedł do mnie.
– Pani Karolina Wójcik? Czy jest pani jedynym właścicielem tego lokalu? – Tak – wyjęłam z teczki odpis z księgi wieczystej, dowód osobisty oraz książeczkę zdrowia psa z numerem chipa. – Mieszkanie stanowi mój majątek osobisty, nabyty w drodze spadku.
Mąż posiada jedynie meldunek czasowy. A to jest protokół bezprawnego oddania mojego psa do schroniska, sfałszowany przez panią Barbarę Nowak trzy godziny temu. Policjant przejrzał dokumenty, zbliżył czytnik do karku Barry’ego, po czym skinął na partnera. – Numer chipa zgodny.
Tytuł prawny do lokalu potwierdzony. Panu ślusarzowi już dziękujemy. Pani Karolino, proszę otworzyć. Podeszłam do zamka, przekręciłam klucz i pchnęłam drzwi.
Widok w środku był iście tragikomiczny. W przedpokoju panowało pobojowisko. Pani Barbara, z rozwichrzonym włosem i twarzą purpurową od wrzasku, ściskała w dłoni metalowy tłuczek do ziemniaków, którym bezskutecznie próbowała roztrzaskać mechanizm zamka. Bartek, w rozpiętej koszuli i zlany potem, dyszał ciężko pośród porozrzucanych butów.
Gdy ujrzeli mnie, a za moimi plecami dwóch mundurowych i żywego, spokojnego Barry’ego, teściowa zaniemówiła. Szczęka jej opadła, a tłuczek z głuchym łupnięciem wypadł na dywanik. – Ty wróciłaś? – wykrztusił Bartek, a głos załamał mu się haniebnie.
– Karolina, co ty wyprawiasz? Zamknęłaś nas jak bydło. Policję sprowadzasz na własną rodzinę? – Zamknij się, Bartek – powiedziałam cicho, ale z taką mocą, że w powietrzu zawisło napięcie jak przed burzą.
– Akurat ja jako jedyna zachowuję tu dziś trzeźwy umysł. Teściowa pierwsza otrząsnęła się z osłupienia. Czując za plecami mundury, natychmiast przeszła do swojego popisowego ataku. Chwyciła się za mostek i zaczęła wrzeszczeć na całą klatkę.
– Panowie, władza, aresztować ją! Ta wariatka chciała nas zamorzyć głodem! A tego zapchlonego bydlaka osobiście kazałam wywieźć, bo tu mieszka mój syn! Matka ma obowiązek chronić zdrowie własnego dziecka!
Wywaliłam tego kundla tam, gdzie jego miejsce i bardzo dobrze zrobiłam! – Wystarczy pani – przerwał jej policjant lodowatym głosem, wyjmując notatnik. – Proszę okazać dokument tożsamości. Na jakiej podstawie przebywa pani w tym lokalu?
– Jestem matką gospodarza! – pisnęła z pretensją, wskazując palcem na Bartka. – Pan Bartek Nowak nie jest właścicielem ani jednego centymetra kwadratowego w tym mieszkaniu – wtrąciłam spokojnie, podsuwając mężowi pod nos wypis z księgi wieczystej. – Ta nieruchomość to mój wyłączny majątek odziedziczony po rodzicach.
A ty, Bartku, od tej chwili nie masz z nim nic wspólnego. Bartek zbladł tak drastycznie, że zlał się kolorem ze ścianą. – Karolina, co ty wygadujesz? O psa ci chodzi?
Przekreślasz nasze małżeństwo przez starego psa? Przecięż mama chciała dobrze. Poniosło ją po prostu. Usiądźmy, porozmawiajmy, dogadajmy się.
– Porozmawiajmy – zaśmiałam się z gorzką pogardą, patrząc prosto w jego rozbiegane źrenice. – Stałeś tyłem do okna, kiedy twoja matka wysyłała na rzeź istotę, która trzymała mnie przy życiu, gdy umierałam z rozpaczy. Milczałeś i pozwoliłeś na to barbarzyństwo pod moim dachem. Nie jesteś żadnym facetem, Bartek.
Jesteś tchórzem, zdrajcą i współsprawcą. Zwróciłam się do dowódcy patrolu. – Panie starszy sierżancie, składam oficjalne zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa znęcania się nad zwierzęciem ze szczególnym okrucieństwem oraz bezprawnego przywłaszczenia mienia przez obywatelkę Barbarę Nowak. Dowodem jest ten protokół z jej podpisem oraz zaświadczenie lekarskie o stanie zagrożenia życia psa.
Ponadto jako wyłączna właścicielka lokalu wnoszę o natychmiastowe usunięcie tej pani z terenu mojej posesji. Przebywa tu wbrew mojej woli. Teściową zamurowało. – Jakie usunięcie?
Bartek, powiedz coś! Ja tu mam rzeczy! U mnie jest zalanie! Gdzie ja mam pójść w biały dzień z walizkami?
– Gdziekolwiek, pani Barbaro – wycedziłam przez zęby. – Na dworzec, do hotelu za własną emeryturę albo prosto na komisariat składać zeznania. Wybór należy do pani. Macie dokładnie dwadzieścia minut na zabranie manatków.
Funkcjonariusz zerknął na zegarek. – Pani Nowak, proszę pakować rzeczy. W przeciwnym razie zastosujemy środki przymusu bezpośredniego. Panie Bartku, pana dotyczy to samo, o ile właścicielka podtrzymuje żądanie opuszczenia lokalu.
– Podtrzymuję – ucięłam krótko. – Klucze do mieszkania i pilota do domofonu proszę położyć na szafce w przedpokoju. To, co działo się przez kolejne dwadzieścia minut, trudno opisać słowami. Teściowa miotała się po pokoju gościnnym, ciskając do toreb podomki, słoiki z kremami i napoczęte herbaty, wypluwając z siebie rynsztokowy potok przekleństw wymieszany z religijnymi lamentami.
– Żeby cię piekło pochłonęło, przybłędo jedna! Zdechniesz w samotności między tymi pchłami! Bartek, bierz laptopa, wychodzimy! Bartek trzęsącymi się rękami upychał w torbie garnitury, koszule i ładowarki.
Co chwilę podchodził do mnie, chwytał się za głowę i błagał:
– Karola, opamiętaj się! Gdzie my teraz pójdziemy? Wypłatę mam dopiero za dwa tygodnie! Wybacz mamie, to stara schorowana kobieta!
Chcesz, będę karmił Barry’ego i wyprowadzał go trzy razy dziennie! Barry podszedł w tym momencie do mnie, usiadł cicho przy nodze i oparł się ciepłym bokiem o moje kolana. Położyłam dłoń na jego aksamitnym czole i spojrzałam na męża z lodowatym dystansem. – Trzeba było o tym myśleć wcześniej, Bartek.
Kiedy zdradziłeś jego, zdradziłeś i mnie. Jesteś spakowany. Wynoś się. Gdy drzwi zamknęły się za nimi z głuchym trzaskiem, a ciężkie kroki dwojga sromotnie wygnanych lokatorów w asyście policjantów ucichły na klatce, w mieszkaniu zapadła dzwoniąca, oczyszczająca cisza.
Osunęłam się na kolana na środku przedpokoju, objęłam Barry’ego za potężny kark i ukryłam twarz w jego gęstym futrze. Pies zaskomlał cichutko, zlizując z moich policzków gorące łzy, po czym odetchnął głęboko, kładąc ciężki łeb na moim ramieniu. Byliśmy w domu. Byliśmy wreszcie bezpieczni.
Dalszy bieg wydarzeń potoczył się ściśle według litery prawa. Mój adwokat złożył pozew o rozwód z wyłącznej winy męża, załączając protokoły policyjne, zeznania gospodarza budynku oraz obdukcję weterynaryjną. Bartek próbował mataczyć, wynajął taniego pełnomocnika i bąkał coś o rozliczeniu nakładów na drobne odświeżenie przedpokoju. Ale sędzia, zapoznawszy się ze sprawą wyrzucenia starego psa na pastwę losu i próbą zawłaszczenia mienia, oddaliła wszelkie jego roszczenia na pierwszej rozprawie.
Rozwód orzeczono bez prawa do jakichkolwiek roszczeń alimentacyjnych z mojej strony. Sprawa karna przeciwko pani Barbarze nie rozeszła się po kościach. Sąd wymierzył jej grzywnę w wysokości czterech tysięcy złotych jako nawiązkę na rzecz miejskiego schroniska oraz skazał ją na sześćdziesiąt godzin prac społecznych, które musiała odpracować, myjąc podłogi w domu opieki społecznej w swoim miasteczku. Gdy wyrok się uprawomocnił, teściowa przypłaciła to autentycznym atakiem kamicy żółciowej, boleśnie uświadamiając sobie, że za podłość płaci się własnym portfelem.
Bartek musiał wrócić do matki, do jej zagrzybionej kawalerki po zalaniu, tłukąc się codziennie po trzy godziny pociągami do pracy i oddając lwią część skromnej pensji na spłatę matczynej grzywny oraz debetów na kartach. Nigdy nie pozwólcie, by cudze okrucieństwo maskowało się pod płaszczykiem wartości rodzinnych. Ktoś, kto z zimną krwią potrafi skazać na cierpienie bezbronne, bezgranicznie oddane stworzenie, bez mrugnięcia okiem przejdzie po was, jak tylko uzna, że mu się to opłaca.