Bogusław od miesięcy odliczał dni do emerytury. Całe życie w biegu, od rana do wieczora, a na końcu i tak człowiek ledwo ma siłę usiąść przy stole. Wracał tramwajem do bloku na poznańskim osiedlu i powtarzał sobie w myślach: jeszcze trochę, jeszcze tylko ten rok. W głowie miał już wszystko poukładane.

Rano spokojna kawa, żadnego budzika o szóstej trzydzieści, potem spacer, wieczorem mecz, a w weekendy wyjście z kolegami do pubu sportowego. Normalne życie, takie dla siebie. Ale zanim doczekał tej wolności, musiał przetrwać codzienność, która ciągnęła się tak samo od lat. Tego dnia wrócił do domu później niż zwykle.
Zanim zdążył zdjąć buty, z kuchni dobiegło go zniecierpliwione pytanie. Ile można czekać z obiadem? Już idę. Przecież jestem.
Na stole stał talerz z kotletem i ziemniakami. Wszystko wystudzone. Irena westchnęła ciężko. No i widzisz.
Znowu wystygło. Ile razy mam powtarzać, żebyś przychodził od razu? Machnął ręką i usiadł. Jadł bez apetytu, patrząc gdzieś przed siebie.
Kotlet, ziemniaki, surówka. To samo co zawsze, bez smaku, bez przyjemności. Irena przez cały czas chodziła po kuchni, odkładała naczynia zbyt głośno, wzdychała. W końcu się zatrzymała.
Słuchasz mnie w ogóle? No słucham. Bo ja mam wrażenie, że ty już tu nie jesteś. To zdanie gdzieś go ukuło, bo może miała rację.
Wieczorem usiadł przed telewizorem, leciał mecz, nawet ciekawy, ale Irena co chwilę przechodziła przez pokój, coś poprawiała, wzdychała. Nie możesz tego ściszyć? Człowiek chce mieć chwilę spokoju. To jest mecz.
Jak mam go oglądać bez dźwięku? To normalnie albo w ogóle nie oglądaj. Ściszył, ale już nie miał ochoty patrzeć. Siedział i udawał, że ogląda.
Czasem myślał, że Irena dawno przestała być jego żoną, a stała się współlokatorką, osobą od obowiązków. Wszystko między nimi było przewidywalne, jakby ktoś włączył tę samą płytę i nie dało się jej zatrzymać. Kiedyś było inaczej. Pamiętał śmiech, rozmowy do późna, drobne niespodzianki.
Nawet zwykła herbata smakowała inaczej. W sobotę przyjedzie Natalia – rzuciła nagle Irena z kuchni. Aha. Tylko tyle masz do powiedzenia?
No a co mam powiedzieć? Ucieszę się, jak przyjedzie. Irena nic nie odpowiedziała, tylko zaczęła głośniej odkładać naczynia w zlewie. On znowu zapatrzył się w ekran, ale nie widział meczu.
W głowie miał tylko jedno. Jeszcze rok. Na emeryturze wszystko będzie inaczej. Będzie miał czas dla siebie, nie będzie musiał się tłumaczyć, gdzie idzie, z kim i po co.
A może wcale nie o czas chodzi? To pytanie pojawiło się nagle i nie chciało zniknąć. Bo przecież nawet teraz, kiedy miał wolny wieczór, nie czuł żadnej radości. Siedział we własnym domu i miał wrażenie, że jest gościem.
Tamtego dnia Bogusław od rana był w biegu. Znowu coś się przeciągnęło, ktoś nie podpisał dokumentu, trzeba było jechać na drugi koniec miasta. Było już dobrze po pierwszej, kiedy poczuł, że aż go skręca z głodu. Rozejrzał się i wszedł do niewielkiej restauracji przy bocznej uliczce.
Nic specjalnego. Kilka stolików, zapach zupy pomidorowej, ale przynajmniej ciepło i spokojnie. Usiadł przy oknie, zamówił zestaw dnia i oparł się o krzesło. Wtedy ją zauważył.
Siedziała dwa stoliki dalej. Jasne włosy, delikatna twarz, coś lekkiego w sposobie bycia. Uśmiechała się do kelnerki, mówiła cicho. Bogusław nie zamierzał się wpatrywać, ale wzrok sam mu uciekał w tamtą stronę.
Po chwili zrobiło się zamieszanie. Dziewczyna zaczęła nerwowo przeszukiwać torebkę. Niemożliwe – szepnęła. No nie wierzę.
Kelnerka stała obok, zakłopotana. Może pani zapłacić kartą? Właśnie nie mam. Zostawiłam portfel w pracy.
Głos jej zadrżał. Bogusław poczuł, jak coś go ściska. Zanim zdążył się zastanowić, wstał i podszedł. Przepraszam.
Mogę pomóc? Dziewczyna spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. Nie, nie, naprawdę nie trzeba. To żaden problem.
Każdemu się zdarza. Kelnerka spojrzała z ulgą. To razem policzymy. Zapłacił i wrócił do swojego stolika.
Sam nie wiedział, po co to zrobił. Może z odruchu, może dlatego, że dawno nie widział kogoś takiego. Po chwili dziewczyna podeszła do niego. Mogę?
– wskazała krzesło naprzeciwko. Jasne. Usiadła ostrożnie. Dziękuję.
Strasznie głupia sytuacja. Człowiek wychodzi z pracy na chwilę i zostawia wszystko na biurku. Zdarza się. Ja jestem Sylwia.
Bogusław. Miło mi. Bez pana. Czuję się od razu staro.
Uśmiechnęła się szerzej. Dobrze. To Bogusław. Z jakiegoś powodu to, jak wypowiedziała jego imię, zabrzmiało zupełnie inaczej niż zwykle.
Miękko, ciepło, aż go to zaskoczyło. Zaczęli rozmawiać. Najpierw zwyczajnie: praca, miasto, codzienność. Ale rozmowa płynęła bez wysiłku, bez tej ciężkości, którą czuł w domu.
Sylwia słuchała. Naprawdę słuchała, patrzyła na niego uważnie, dopytywała, nie przerywała. To musi być męczące – powiedziała cicho, kiedy opowiadał o swojej pracy. Taki ciągły pośpiech.
No bywa. Dobrze, że już niedługo emerytura. Uśmiechnęła się lekko. Będzie pan miał czas dla siebie.
Nie przeszkadzało mu już to „pan”. Oby – westchnął. A co będziesz robił? – poprawiła się szybko.
I wtedy sam nie wiedział czemu, zaczął mówić o meczach, o kolegach, o tym, że chciałby w końcu pożyć spokojnie, tak zwyczajnie, bez pośpiechu. To brzmi naprawdę dobrze. Człowiek powinien mieć coś dla siebie. Te słowa zostały z nim na dłużej.
Przynieśli jedzenie. Ona jadła powoli, spokojnie, uśmiechała się co chwilę. Bogusław łapał się na tym, że nie chce, żeby ten obiad się kończył. W końcu Sylwia spojrzała na zegarek.
Ojej, ja zaraz muszę wracać. Ja też – przyznał niechętnie. Wstała, zawahała się. Słuchaj, ja naprawdę chcę oddać te pieniądze.
Nie trzeba. Trzeba, bo inaczej będę się źle czuła. Wyjęła telefon. Dasz mi numer?
Zawahał się tylko sekundę. Podał jej numer, a ona od razu puściła sygnał. To masz mój. Odezwę się.
Dziękuję jeszcze raz, Bogusław. Nie ma za co. Odwróciła się i wyszła. Stał jeszcze chwilę, patrząc za nią przez szybę.
Potem usiadł, ale już nie był w stanie nic zjeść. Coś się w nim poruszyło, coś, czego dawno nie czuł. Zaczęło się niewinnie. Najpierw jedna wiadomość, potem druga.
„Oddam pieniądze, pamiętam” – napisała jeszcze tego samego wieczoru. Odpisał, że nie ma pośpiechu. I tak rozmowa potoczyła się dalej. Najpierw krótkie wiadomości, potem dłuższe, aż w końcu kolejne spotkanie.
Bogusław sam nie wiedział, kiedy zaczął na nie czekać. Jeszcze niedawno dni zlewały mu się w jedno, a teraz nagle każdy miał swój punkt kulminacyjny. Moment, kiedy zobaczy Sylwię. Spotykali się po pracy.
Czasem na kawie, czasem na szybkim obiedzie. Zawsze przypadkiem, zawsze na chwilę, ale te chwile robiły się coraz dłuższe. Sylwia miała w sobie coś, czego nie potrafił nazwać. Spokój, ciepło, a może sposób, w jaki patrzyła na niego, jakby był kimś ważnym.
Pierwszy raz, kiedy zaprosiła go do siebie, poczuł się dziwnie, trochę jak chłopak robiący coś zakazanego, ale jednocześnie było mu dobrze. Mieszkanie miała niewielkie, przytulne, pachniało ziołami. Na stole zawsze coś stało, ładnie podane, jakby to miało znaczenie. Kiedyś położyła przed nim talerz i powiedziała: „Proszę”.
Zerknął na jedzenie, proste, ale wyglądało inaczej. Lekko, estetycznie. Ładnie to wygląda. Uśmiechnęła się.
Wziął pierwszy kęs i aż się zdziwił. Dobre. Wiem – zaśmiała się cicho. I wtedy nagle przypomniał sobie kuchnię u siebie.
Talerz postawiony ciężko na stole. Jedz i nie marudź. Tu było inaczej. Tu wszystko było delikatniejsze.
Bogusiu, jedz póki ciepłe – powiedziała nagle półgłosem. Zatrzymał się. Bogusiu. Nikt tak do niego nie mówił od lat.
Coś mu ścisnęło gardło. Zaczął przychodzić częściej, coraz częściej, aż w końcu przestał się zastanawiać, czy powinien. Zdarzało się, że razem oglądali mecze. Nie marudziła, nie komentowała.
Pewnego razu zapytała: „Kto gra? ” – „Lech”. – „To oglądamy”. I przysunęła się bliżej.
Czasem chodzili do pubu sportowego. Bogusław na początku się wahał. „Może lepiej nie? ” – „Dlaczego?
Przecież to normalne”. I szli. Siedzieli przy stoliku, oglądali mecz, pili piwo, a ona obok, spokojna, uśmiechnięta, nie przeszkadzała. Była i to wystarczało.
Wracając do domu, czuł się lekko, jakby zrzucił z siebie coś ciężkiego, a potem otwierał drzwi i wszystko wracało na swoje miejsce. Gdzie ty byłeś? – pytała Irena z progu. Z kolegami znowu?
Człowiek wraca zmęczony, a ty tylko latasz. Irena, daj spokój. Nie dam spokoju. Dom cię w ogóle nie interesuje.
Stał wtedy w przedpokoju i patrzył na nią, na jej zmęczoną twarz, na ramiona pochylone do przodu, na ręce, które ciągle coś robiły. I nagle miał wrażenie, że patrzy na obcą osobę. Nie taką, jaką kiedyś znał. Nie taką, do której chciał wracać.
Z dnia na dzień to uczucie się pogłębiało. Coraz częściej porównywał, nawet nieświadomie. Tu spokój, tam pretensja. Tu uśmiech, tam zmęczenie.
I pewnego wieczoru, siedząc u Sylwii, złapał się na jednej myśli, prostej, jasnej, nie do odparcia. „Ja już nic do Ireny nie czuję”. Zamarł na chwilę. To nie było powiedziane na głos, ale było prawdziwe.
Aż go to przestraszyło. Coś się stało? – zapytała Sylwia cicho. Nie, nic.
Ale wiedział, że to nieprawda, bo coś się właśnie skończyło. I choć dalej wracał do domu, siadał przy tym samym stole i słuchał tych samych słów, w środku już podjął decyzję. Jeszcze nie nazwaną, jeszcze nie wypowiedzianą, ale nieodwracalną. Nie da się żyć w dwóch światach naraz i prędzej czy później trzeba będzie wybrać.
Bogusław długo odkładał tę rozmowę. Sam przed sobą udawał, że jeszcze nie teraz, że może jakoś się ułoży. Ale z każdym dniem było tylko trudniej. Tamtego wieczoru nie włączył telewizora.
Nie usiadł w fotelu. Stał chwilę w przedpokoju, jakby zbierał siły. Irena była w kuchni. Zjesz coś?
– rzuciła bez odwracania się. Musimy porozmawiać. Zatrzymała się. Powoli odłożyła ściereczkę.
No to mów. Wszedł do kuchni i stanął naprzeciwko niej. Nagle wszystkie przygotowane słowa gdzieś zniknęły. Ja… – urwał.
Irena spojrzała na niego uważnie, już wiedziała, że coś jest nie tak. No? – ponagliła cicho. Wziął głęboki oddech.
Nie chcę tak dalej żyć. Zapadła cisza. To znaczy? – zapytała spokojnie.
To znaczy, że powinniśmy się rozstać. Irena patrzyła na niego przez dłuższą chwilę bez słowa. Rozstać? – powtórzyła powoli.
Po ilu latach? Po trzydziestu? Nie odpowiedział. Masz kogoś?
– stwierdziła, a nie zapytała. Bogusław zawahał się sekundę. Tak. To jedno słowo zawisło w powietrzu jak ciężar.
Irena odwróciła wzrok, oparła się rękami o blat, jakby nagle zabrakło jej siły. Rozumiem – powiedziała cicho, ale nie brzmiało to jak zrozumienie, raczej jak coś, co trzeba powiedzieć, żeby się nie rozsypać. To nie ma sensu ciągnąć – dodał szybko. I tak już między nami nic nie ma.
Te słowa zabolały bardziej niż wszystko inne. Irena zamknęła oczy na moment. Dobrze – powiedziała po chwili. Skoro tak uważasz.
Tak po prostu? A co mam zrobić? Błagać cię? Jak chcesz odejść, to odejdź.
Na siłę cię nie zatrzymam. W jej głosie nie było krzyku ani łez i to było najgorsze. Bogusław poczuł ukłucie gdzieś w środku, ale tylko na chwilę. Załatwimy to normalnie.
Jak chcesz – skinęła głową. Kiedy wyszedł z kuchni, usłyszał, jak odkłada coś do zlewu zbyt mocno, jakby ręce jej drżały. Rozwód poszedł szybko. Oboje zgodzili się, że nie ma sensu tego przeciągać.
Wypełnili papiery, złożyli w sądzie. Podział majątku ustalili bez większych sporów. Mieszkanie zostawało u Ireny, Bogusław brał samochód, garaż i działkę za miastem. Wyszło mniej więcej po równo.
W dniu rozprawy siedzieli obok siebie na ławce pod salą jak obcy ludzie. Masz wszystko? – zapytała cicho. Mam.
Dobrze. Na sali sędzia zadawał pytania, a oni odpowiadali bez emocji, bez historii. Trzydzieści lat zamknięte w kilku zdaniach. Czy podtrzymują państwo decyzję o rozwiązaniu małżeństwa?
Tak. Czy strony doszły do porozumienia? Tak. Kilka podpisów i koniec.
Wyszli z sądu i zatrzymali się na chwilę przed budynkiem. Było chłodno, wiatr ciągnął po chodniku. No to tyle – powiedział Bogusław. Irena skinęła głową.
Tyle. Wezmę swoje rzeczy w weekend. Dobrze. Poradzę sobie.
Spojrzał na nią po raz pierwszy od dawna naprawdę. Wyglądała inaczej, jakby coś w niej zgasło, ale jednocześnie była jakaś twardsza. To cześć. Cześć.
Odwrócił się i odszedł, nie obejrzawszy się. W głowie miał Sylwię, nowe życie, wszystko to, co miało dopiero nadejść. A jednak gdzieś z tyłu czuł coś dziwnego, jakby coś zostało niedomknięte. Bo choć na papierze wszystko było załatwione, podpisane i zamknięte, między nimi wciąż wisiało coś ciężkiego, czego nie dało się przeciąć jednym zdaniem.
Bogusław wrócił do mieszkania kilka dni po rozprawie. Klucze pasowały do zamka. Wszystko wyglądało tak samo, tylko cisza była inna, cięższa. Irena specjalnie wyjechała na działkę, żeby się nie spotkali.
Sama to zaproponowała. Lepiej będzie, jak każde spokojnie spakuje swoje rzeczy. Wszedł do środka i rozejrzał się powoli. Ten sam przedpokój, ta sama szafa.
Kuchnia, gdzie codziennie siadał do obiadu. Niby nic się nie zmieniło, a jednak wszystko było już nie jego. Otworzył szafę, wyjął torbę i zaczął pakować rzeczy mechanicznie, bez zastanowienia. Koszule, spodnie, swetry.
I wtedy nagle coś mu się przypomniało. Remont. W zeszłym roku sam wszystko robił. Malował ściany, wymieniał listwy, montował szafki w kuchni.
Pieniądze też włożył swoje. Zatrzymał się na środku pokoju. No przecież to nie tak – mruknął pod nosem. Sięgnął po telefon.
Słucham – odezwała się Irena. Musimy jeszcze jedną rzecz ustalić. Ten remont. W zeszłym roku robiłem wszystko za swoje pieniądze.
Powinnaś mi to jakoś zwrócić. Po drugiej stronie zapadła cisza. Bogusław – zaczęła powoli. My wtedy byliśmy razem.
Robiłeś to dla nas. No i co z tego? Teraz mieszkanie zostaje u ciebie. Bo tak ustaliliśmy.
I w sądzie też się na to zgodziłeś. Nie o to chodzi. A o co? Chcesz teraz wszystko od nowa dzielić?
Chcę, żeby było uczciwie. Jest uczciwie. Nie mam żadnych pieniędzy, żeby ci coś oddawać i nie zamierzam. To zdanie zabrzmiało jak zamknięcie drzwi.
Bogusław poczuł, jak coś w nim narasta. Czyli tak to ma wyglądać? – syknął. Tak.
I nie dzwoń już w tej sprawie. Rozłączyła się. Przez chwilę stał nieruchomo z telefonem w ręku. Potem jakby coś w nim pękło.
No pięknie – warknął. Spojrzał na ściany, które sam malował, na kuchnię, którą skręcał własnymi rękami. Podszedł do ściany i przejechał po niej dłonią. Gładka, równa.
Jego robota. To moje – powiedział cicho. I wtedy bez żadnego ostrzeżenia uderzył pięścią w tynk. Raz.
Drugi. Farba odprysnęła, na ścianie została brzydka rysa. Oddychał ciężko. Nie będziesz sobie żyła moim kosztem.
Złapał za karnisz i szarpnął. Metal zgrzytnął, śruby wyrwały się ze ściany, karnisz spadł na podłogę z hukiem. To już poszło samo, jakby ktoś zdjął z niego hamulec. Podszedł do lampy, chwycił ją i uderzył o podłogę.
Szkło rozprysło się na wszystkie strony. W kuchni otwierał szafki i wyrywał drzwiczki z zawiasów. Drewno trzaskało, śruby wypadały. Uderzył czymś ciężkim w blat, aż pękł wzdłuż.
Odkręcił kran, szarpał, aż coś puściło i woda zaczęła kapać nierówno. W łazience chwycił młotek i uderzył w umywalkę raz, drugi. Ceramika pękła z głuchym trzaskiem. Oddychał ciężko, spocony, z oczami pełnymi złości.
W końcu usiadł na podłodze wśród bałaganu, szkła i kurzu. Nagle zrobiło się cicho. Irena wróciła wieczorem. Już na klatce coś jej nie pasowało.
Drzwi do mieszkania były uchylone. Bogusław! – zawołała niepewnie. Nie było odpowiedzi.
Weszła do środka i aż się cofnęła. Ściany porysowane, miejscami zdarta farba aż do tynku. Karnisze na podłodze, szkło z lamp wszędzie. W kuchni porozrywane szafki, pęknięty blat.
W łazience zniszczona umywalka, kran zwisający krzywo. Ręce zaczęły jej drżeć. Co on zrobił? – szepnęła.
Oparła się o ścianę, żeby nie upaść. Serce waliło jej jak młot. Sięgnęła po telefon. Halo?
– odezwała się córka. Natalia, przyjedź proszę. Głos jej się załamał. On zniszczył mieszkanie.
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy. Serio? – prychnęła Natalia. No nie wierzę.
I nagle się zaśmiała. No to się popisał. Irena zamarła. To nie jest śmieszne – powiedziała cicho.
No trochę jest. Mamo, sama mówiłaś, że robił remont. To teraz ma. Przyjedziesz?
Nie mogę. Nie mam czasu i pieniędzy też nie mam. Od razu mówię. Ja nie proszę o pieniądze, tylko o pomoc.
Mamo, pracuję od rana do nocy. Poradzisz sobie. Dobra, kończę. Pa.
Rozłączyła się. Irena stała w środku zniszczonego mieszkania i patrzyła na telefon. W oczach miała łzy, ale nie płakała. Powoli odłożyła torebkę na krzesło.
Rozejrzała się jeszcze raz. No dobrze – powiedziała cicho do siebie. Podeszła do kuchni, podniosła kawałek oderwanych drzwiczek, potem sięgnęła po miotłę. Nie było nikogo, kto by jej pomógł.
Została z tym sama. Na początku wszystko wyglądało tak, jak Bogusław sobie wyobrażał. Ślub był skromny, bez wielkiej pompy, tylko formalność i obiad w restauracji. Sylwia wyglądała pięknie, uśmiechnięta, lekka, jak zawsze.
Patrzyła na niego tak, że czuł się młodszy o dobrych kilka lat. No i widzisz – powiedziała, ściskając jego dłoń. Da się żyć inaczej. Uśmiechnął się.
Wreszcie miał to, czego chciał. Spokój, kobietę, która nie ma pretensji, życie bez napięcia. Na początku naprawdę było dobrze. Chodzili do pubu, wyjechali nawet na kilka dni nad jezioro.
Sylwia śmiała się, robiła zdjęcia, planowała kolejne wyjścia. Bogusław chłonął to wszystko, jakby nadrabiał stracone lata. Ale gdzieś z tyłu głowy siedziała mu jedna myśl: a jeśli to się skończy? Patrzył na Sylwię i wiedział, że jest od niego dużo młodsza, że może się znudzić, że może odejść.
Nie był głupi, dlatego postanowił się zabezpieczyć. Pewnego dnia zadzwonił do Natalii. Musimy się spotkać. Spotkali się w kawiarni.
Przepiszę na ciebie wszystko – powiedział bez ogródek. Samochód, garaż, działkę. Natalia patrzyła na niego przez chwilę, a potem uśmiechnęła się szeroko. Serio?
No to dzięki, tato. Załatwili formalności. Podpisy, dokumenty, wszystko legalnie. Bogusław wrócił do domu spokojniejszy.
Coś załatwiłeś? – zapytała Sylwia. Takie tam sprawy. Nic ważnego.
Nie drążyła. Minęło niewiele czasu i nagle wszystko zaczęło się sypać. Najpierw telefon. Tato, ja wyjeżdżam – powiedziała Natalia.
Dokąd? Za granicę. Sprzedałam wszystko. To mój start.
Zamilkł. Co sprzedałaś? No to, co było na mnie. Przecież mówiłeś, że moje.
Natalia, ty żartujesz. Nie żartuję. Jestem młoda, chcę żyć. Ty już swoje przeżyłeś.
Te słowa uderzyły go mocniej niż wszystko. Oddaj to – wyszeptał. Nie – odpowiedziała krótko. Poradzisz sobie.
Rozłączyła się. Bogusław siedział z telefonem w ręku i patrzył w jeden punkt. Świat mu się nagle zatrzymał. Co się stało?
– zapytała Sylwia, widząc jego twarz. Ona wszystko sprzedała. Kto? Natalia.
Nie zdążył powiedzieć więcej. Złapał się za klatkę piersiową, zrobiło mu się duszno. Chciał coś powiedzieć, ale słowa się rozmyły. Upadł.
Szpital. Białe ściany, zapach środków dezynfekujących. Sylwia siedziała na korytarzu, zmęczona, z telefonem w ręku. Stan ciężki – powiedział lekarz.
Udar. Zobaczymy, co dalej. Na początku jeszcze była przy nim. Jeździła, dzwoniła, pytała, ale z każdym dniem coś się w niej zmieniało.
Ile to jeszcze potrwa? – zapytała kiedyś pielęgniarkę. Trudno powiedzieć. Ja mam pracę, mam swoje życie.
Kiedy Bogusław odzyskał świadomość, nie był już tym samym człowiekiem. Leżał słaby, zależny od innych. Sylwia – wyszeptał kiedyś. Jestem – odpowiedziała, ale bez dawnego ciepła.
Patrzyła na niego jak na problem. Ja nie na to się pisałam – powiedziała pewnego dnia półgłosem, myśląc, że śpi. Usłyszał i już wszystko zrozumiał. To Irena pojawiła się w szpitalu.
Nie od razu. Najpierw Sylwia do niej zadzwoniła. Może pani przyjedzie? Ja nie dam rady się tym zajmować.
Irena przyszła, stanęła przy łóżku i patrzyła na Bogusława długo w milczeniu. Nie było w niej ani czułości, ani złości, tylko spokój. Trzeba to załatwić – powiedziała w końcu i zaczęła działać. Kolejki, papiery, rozmowy, odsyłanie od jednego okienka do drugiego, godziny spędzone na korytarzach.
Bez narzekania, po prostu robiła, co trzeba. Będzie miejsce w ZOL-u – powiedziała w końcu spokojnie. Sylwia odetchnęła z ulgą. To dobrze.
Nie zaprotestowała, nie zapytała, co dalej. Bogusław trafił do ośrodka opieki. Mały pokój, dwa łóżka, cisza przerywana tylko dźwiękami z korytarza. Leżał i patrzył w sufit.
Nie miał już nic. Ani majątku, ani córki, ani życia, które planował. Sylwia przestała przychodzić. Podobno złożyła papiery o rozwód.
Nie był zaskoczony. Czasem przychodziła Irena, bez zapowiedzi. Wchodziła cicho, stawiała torbę przy łóżku. Przyniosłam ci coś do jedzenia – mówiła spokojnie.
Poprawiała mu poduszkę. Wygodnie? Tak – odpowiadał słabo. Siedziała chwilę.
Czasem coś powiedziała, czasem milczała. Nie było między nimi dawnych słów, ale była obecność, cicha, ludzka. Kiedy wychodziła, zawsze mówiła: trzymaj się. I tyle.
Bogusław patrzył za nią, aż drzwi się zamykały. I wtedy zostawał sam z myślami, z tym, co zrobił, i z tą jedną ciężką świadomością, że życie naprawdę potrafi oddać wszystko. Tylko że nie wtedy, kiedy człowiek jest na to gotowy.