Do dziś czuję w dłoniach ten ciężar kartonowego pudła, w którym upchnęłam parę tanich kubków, dwa ogryzki ołówków i resztki mojej godności. Stałam przed wielkimi przeszkleniami na 45. piętrze biurowca Wars Spire w centrum Warszawy. Za oknem szalała lodowata ulewa, ale nic nie mogło rozmyć tego, co działo się za moimi plecami.

W sali konferencyjnej moja szefowa Małgorzata unosiła kieliszek szampana, świętując kontrakt wart miliony, który powstał z projektu, w który włożyłam całe serce przez ostatnie dwa lata. Dla niej byłam tylko pionkiem, stażystką, którą właśnie wyrzuciła pod zmyślonymi zarzutami, skreślając mnie z branży na zawsze. Ochroniarze wyprowadzali mnie jak złodziejkę. Gdy szłam przez plac Europejski, chcąc zniknąć w metrze, ziemia zadrżała od huku.
Śmigłowiec osiadł na lądowisku, a z niego wysiadł pan Artur – ten rzekomo głuchoniemy dozorca, któremu pomagałam targać śmieci. Teraz miał na sobie garnitur skrojony co do milimetra, a jego plecy nie były przygarbione. Szedł prosto do mnie, złożył ukłon i powiedział: „Czas już na nas, Zofio. Mamy do zbudowania miasto, a nie zamierzam tego robić bez prawdziwej autorki tych projektów.
” Małgorzata patrzyła z przerażeniem, a ja nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Żeby zrozumieć, jak potężna dawka karmy uderzyła tamtego dnia, muszę cofnąć się o 800 dni.