Lubiłem ją taką, bez makijażu, bez tego całego pancerza, który zakładała do pracy. Pamiętam, jak pewnego ranka stała w sypialni, z tuszem na jednej rzęsie i telefonem w dłoni, już ubrana do wyjścia. Odwróciła się do lustra i zaczęła poprawiać makijaż. Miała wtedy powiedzieć coś ważnego, ale zamiast tego rzuciła tylko: „Dobrze, jak dojadę do pracy, to ci prześlę”.

Nie pojechałem do pracy. Czułem się tak, jakby ktoś wpuścił mi do krwi lód. Znaliśmy się od lat. Kiedyś powiedziała, że nie znosi wyjazdów do Karpacza na weekend, że nie mam do tego cierpliwości.
Pamiętam, jak podeszła do mnie, pochyliła się i pocałowała mnie w policzek. To było wtedy, gdy jeszcze potrafiła być blisko. Ale ostatnio działo się coś dziwnego. Wystarczyło, że wszedłem do pokoju, a ich rozmowa nagle cichła.
Mama znowu panikuje – mówiła Elżbieta, odkładając telefon ekranem do dołu. Ja tylko brałem prysznic, jadłem kolację, siadałem do laptopa. Myślałem, że zaufanie czasem wygląda bardzo podobnie do lenistwa. Na Wigilię pojechaliśmy do jej rodziców.
Kiedy podeszła do mnie Dorota, miała w ręku talerzyk z sernikiem i taką minę, jakby chciała powiedzieć coś miłego, ale nie do końca wiedziała jak. W drodze do domu prawie zapytałem, co się dzieje. Prowadziła, bo ja wypiłem kieliszek wina do kolacji. Do dziś nie wiem, jak to nazwać.
Ja nie należę do ludzi, którzy pakują się godzinę przed wyjściem, ale ona zawsze była inna. Pewnego dnia usiadłem do naszego domowego laptopa, tego starego srebrnego z pęknięciem przy zawiasie. Kupiliśmy go lata temu, niby do podróży, a skończyło się jak zawsze. Zanim zadzwoniłem do hotelu, przez kilka minut siedziałem bez ruchu.
Spisałem numer rezerwacji i znalazłem telefon do hotelu na Teneryfie. Zapytałem tylko: „Ilu gości jest wpisanych do pokoju? ”. Weszła do kuchni i zatrzymała się w progu.
Kiedyś bym do niej podszedł. Tamtego wieczoru tylko wstawiłem talerze do zlewu. Nad ranem zadzwoniłem do Wojtka. „Mogę do ciebie przyjechać?
” – zapytałem. Do Gdańska jechałem prawie całą drogę w milczeniu. Pachniała kremem do rąk i ciastem drożdżowym. Powiedziałem tylko: „Musimy porozmawiać, zanim wsiądę do samolotu”.
Rano piłem kawę z Wojtkiem, zanim siadał do pracy. Ewa wychodziła do przychodni, bo była pielęgniarką i zawsze zostawiała mi na stole coś do jedzenia, jakbym był chorym krewnym po operacji. Imię Robert wracało do mnie w tramwaju, pod prysznicem, przy stole. Nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia.
Po prostu nie wiedziałem, od czego zacząć. Do Wrocławia pojechałem trzy dni później, w środę rano. Przeszliśmy do salonu. Nie dlatego, że było mi do śmiechu.
Chodziłem też do pani Ireny – to ona zawsze wiedziała, co powiedzieć. Ten sam głos, który przyszedł do mnie wtedy przy kuchennym stole. Potwierdzenia lotów bez mojego nazwiska, rezerwacje hotelu dla Elżbiety i Haliny, przelewy z naszego konta, wiadomości, maile, daty. Bez wyzwisk, bez żalu, bez dramatycznych opisów.
Same fakty. Tylko że same przelewy niczego nie tłumaczyły. Usiadłem do laptopa i zacząłem składać wszystko w całość. To było w pociągu PKP z Gdańska do Krakowa, gdzieś między kawą z termosu a rozmową o pogodzie.
Narzekanie na kolej przeszło w rozmowę o życiu. I wtedy zrozumiałem, że zaufanie to nie jest lenistwo – to decyzja, którą podejmuje się każdego dnia. A ja przestałem ją podejmować.