Drzwi otworzyła gosposia w białym fartuszku i wprowadziła nas do środka. W powietrzu unosił się zapach pieczonej kaczki, majeranku i wosku do polerowania mebli. Uśmiechnęła się przy tym do mnie słodko, jakby mówiła komplement. Powiedziała mężowi, że nie może uwierzyć, że ich syn przyprowadził do domu taką osobę, że widać po mnie z daleka prowincję, że sukienka jest tania, że tłumaczka to przecież lepsza sekretarka, która wkręciła się do lepszego świata.

Aleksander odpowiedział jej po francusku, spokojnie krojąc kaczkę, że najwyżej to minie, że Kajetan zawsze miał słabość do zabłąkanych kotów. I znów przeszła na francuski, dodając do męża, że szkoda tylko, iż uroda nie zastąpi pochodzenia. Izabela w pewnym momencie spojrzała mężowi prosto w oczy i powiedziała zdanie, które zapamiętam do końca życia. Kajetan poszedł do łazienki.
Aleksander zastygł z kieliszkiem koniaku w połowie drogi do ust, a jego oczy, te kłodne, taksujące oczy, rozszerzyły się w czystym, nagim przerażeniu. Kajetan wrócił do salonu i zamarł w progu, wyczuwając, że coś się stało. Wracam dziś do Warszawy. W pociągu do Warszawy siedziałam sama w przedziale.
Czek na 100 000 zł. 100 000 zł za to, żebym zniknęła. Zadzwoniłam wtedy do mamy. Kobieta, która potrafi jednym zdaniem postawić cię do pionu i jednym uściskiem pozbierać z podłogi.
To nie ty do nich nie pasujesz, to oni nie dorastają. Wieczorem zadzwoniłam do mamy. Pewnie siedziała przy tej swojej maszynie do szycia, bo słyszałam w tle znajomy stukot. Kajetan przyjechał do Warszawy w weekend.
Ona nie pasuje do naszego świata. Ale rano wstawałam, brałam prysznic, wkładałam swój najlepszy kostium i szłam do pracy. Wracałam do domu wykończona, z bólem głowy od słuchawek, ale z każdym dniem czułam jak wraca do mnie coś, co próbowali mi odebrać. Przez trzy tygodnie przygotowywałam się do tych negocjacji tak jak nigdy do niczego w życiu.
Malvina pomagała mi ćwiczyć terminologię do późna w nocy przy kawie i suszonych morelach. Szron pokrywał gałęzie drzew za oknem, a w powietrzu unosił się zapach kawy i wosku do parkietu. Powiedziałam spokojnie, profesjonalnie jak do każdego klienta. Ktoś najwyraźniej przepuścił je przez darmowy translator.
Pochyliła się do męża i szepnęła po francusku z tym swoim odruchem, że francuski to tajny język, którego nikt poza nią nie zna, że ta dziewczyna przynajmniej się do czegoś nadaje. A pani Zawadzka, dodał, jest najlepszą tłumaczką, z jaką współpracował od 20 lat i to głównie dzięki niej ta rozmowa w ogóle się jeszcze toczy. Kiedy pakowałam sprzęt, pan Duviv podszedł do mnie sam. A potem podeszła do mnie sztywno, z trudem i powiedziała: “Po polsku, cicho, bez maski”.
Zadzwoniłam wtedy do mamy. A Kajetan zadzwonił do mnie tydzień po tamtym dniu.