Wiedziałam, że tato potrzebuje dodatkowych dziesięciu tysięcy złotych na wyjazd do Mediolanu w przyszłym tygodniu. Siedziałam przy stole, próbując się skupić na porannej kawie, gdy Konrad zerknął na mnie niepewnie, po czym uśmiechnął się do córki. – Porozmawiam z Elizą wieczorem i 10 000 na zakupy – powiedział, a ja poczułam, jak krew napływa mi do twarzy. – Bianko, proszę, odnieś się do mnie z szacunkiem – zaczęłam, ale wtedy stało się coś, czego nie zapomnę do końca życia.

– Jesteś tylko maszynką do zarabiania pieniędzy, Elizo – rzuciła Bianka, a mój głos brzmiał obco, jakby należał do kogoś zupełnie innego. Mruknęła, wracając do telefonu. Wstałam, weszłam na piętro do naszej sypialni i zamknęłam drzwi na klucz. Wyjęłam telefon i zalogowałam się do bankowości elektronicznej.
Najpierw karta Bianki, limit dzienny 0 zł, status zablokowana. Następnie karta Konrada, analogicznie. Wstałam, narzuciłam na ramiona kaszmirowy szlafrok i zeszłam do kuchni. Jej oczy, tak podobne do oczu Konrada, płonęły teraz czystą, egoistyczną wściekłością.
– Nie ma w tym nic do naprawiania. Wczoraj wieczorem uznałaś, że jestem tylko sponsorowaną macochą i maszynką do zarabiania pieniędzy. Uznałam więc, że skoro moja rola ogranicza się do finansów, a ty nie masz do mnie szacunku, to nasza transakcja dobiegła końca. W tym momencie do kuchni wszedł Konrad.
– Podobno w kawiarniach w centrum Warszawy zawsze szukają rąk do pracy – powiedziałam spokojnie. – Nie mów tak do niej. Nie chcę waszych wymuszonych przeprosin, bo one są warte tyle, co twoje obietnice spłaty długów hazardowych, Konradzie. Bianko, do południa masz się wyprowadzić.
Oddać mi kluczyki do BMW. Poszłam do gabinetu, by przygotować się do wyjazdu do Warszawy. Konrad nie ma do nich żadnych praw. Jeśli zgodzi się na twoje warunki, nie zgłosimy tego do prokuratury.
Kiedy wróciłam do Konstancina południu, na podjeździe nie było już BMW. Około godziny 18:00 usłyszałam dzwonek do drzwi. Zaczęła od progu, wchodząc do środka bez zaproszenia. – Ma prawo do godnego życia, a ja mam prawo do opieki – powiedziała, ale ja odpowiedziałam, że dom należy do mojej spółki, którą założyłam przed naszym ślubem, i że nie ma do niego żadnych praw.
Konrad rzucił się do teczki, gorączkowo przeglądając papiery. Każde uderzenie brzmiało jak odliczanie do ich ostatecznego upadku. Przez lata każda jej łza była dla mnie rozkazem do działania, do kupowania prezentów, do pocieszania. Pogardę słowa o tym, że jestem tylko maszynką do zarabiania pieniędzy.
– Klucze mają zostać zdane do godziny 13:00 – przypomniałam. – Idziecie do mieszkania waszej babci Haliny? Patrzyłam przez okno, jak pakują swoje walizki do taksówki. Marek podszedł do mnie i położył rękę na moim ramieniu.
Uśmiechnęłam się do siebie, chowając telefon do torebki. Nie chciałam już wracać do tamtych murów przesiąkniętych cudzą niewdzięcznością.