Mecenas wziął srebrny nożyk do listów i przeciął kopertę. Każdy jego ruch był celebrowany, co doprowadzało Sylwię do szewskiej pasji. Patrzyła na mnie wzrokiem, który mówił, że chciałaby, żebym zniknął. Patryk z kolei nie potrafił usiedzieć w miejscu.

Czułem, jak krew uderza mi do twarzy, gdy mecenas zaczął czytać ostatnią wolę babci. „Łukaszu, pasuje do ciebie” – powiedział w końcu, podając mi dokument. Sylwia i Patryk zbledli do tego stopnia, że wyglądali jak duchy krążące nad własnym upadkiem. Ale pani Helena, jako była profesorka matematyki, miała umysł ostry jak brzytwa do samego końca.
Wiedziała, co robi. „Wykorzystaliście jej dane do wzięcia kredytów konsumpcyjnych w tak zwanych chwilówkach. Szminki, kluczyki do drogiego auta, wizytówki. Dała im to, czego pragnęli, ale uczyniła z tych darów klatki, do których klucze trzymałem ja” – pomyślałem, słuchając wywodu mecenasa.
Potem zapadła cisza. Sylwia próbowała coś powiedzieć, ale Patryk ją powstrzymał. „Gdzie była rodzina, gdy babcia prosiła o podwiezienie do kardiologa, a ty powiedziałaś, że masz manikiur? ” – zapytałem, patrząc jej prosto w oczy.
Nie odpowiedziała. Mecenas zakończył czytanie i wziął pendrive ze stołu, chowając go do kieszeni. „To jest aneks do lekcji sprawiedliwości, jak sama to nazwała” – dodał, a ja skinąłem głową. Oni nie poddadzą się bez walki, a desperacja ludzi, którzy mają wszystko do stracenia, jest niebezpieczna.
Musiałem wrócić do domu babci, do Konstancina, który teraz technicznie należał do Sylwii, ale którego to ja byłem panem życia i śmierci. Jazda do Konstancina zajęła mi więcej czasu niż zwykle. Gdy wszedłem do środka, poczułem znajomy zapach – mieszankę wosku do podłóg, suszonej lawendy i starego papieru. Ale spokój tego miejsca został już splugawiony.
Sylwia i Patryk czekali w salonie. „Testament wyraźnie mówi, że Konstancin jest mój, a ty wchodzisz tu jak do siebie” – powiedziała Sylwia z jadem w głosie. Odparłem, podchodząc do stołu: „Ale dług, który zabezpiecza tę nieruchomość, należy do mnie. Dam ci 100 000 zł i rozejdziemy się w pokoju”.
Sylwia prychnęła. „10 000” – zaproponowała, a Patryk dodał: „Patryku, ty jesteś mi winien 700 000 za samo BMW i kredyty obrotowe, które babcia spłaciła, żebyś nie trafił do więzienia za malwersację w swojej firmie”. Podszedłem do okna, patrząc na ogród. Nagrania na tym pendrive – kontynuowałem, odwracając się do nich – pokazują wszystko.
Wiedziałem, do czego są zdolni, ale nie sądziłem, że posuną się do gróźb karalnych w biały dzień w domu, który ich wychował. „Jeśli moje serce przestanie bić albo jeśli nie zaloguję się do systemu w ciągu najbliższych sześciu godzin, wszystko automatycznie trafi do sieci i na biurko prokuratora” – powiedziałem, patrząc im w oczy. „Macie czas do jutra do godziny 10:00” – dodałem, kierując się do wyjścia. Gdy wsiadłem do auta, nie odjechałem od razu.
Słyszałem ich przytłumione kłótnie, dźwięk rzucanych przedmiotów i kroki, które nie milkły aż do świtu. Wiedziałem, że to nie koniec. Następnego ranka mecenas przyjechał do Konstancina, ale Sylwia i Patryk już tam czekali. „To jest aneks do lekcji sprawiedliwości, jak sama to nazwała” – powiedział, kładąc na stole starą fotografię zrobioną w tym ogrodzie 20 lat temu.
Z tyłu widniał dopisek: „W sejfie za obrazem w mojej sypialni znajdziesz klucz do prawdziwego domu”. Potem mecenas wyciągnął dokumenty i dodał: „Proszę podsunąć im dokumenty do podpisu”. Kiedy mecenas odjechał, poszedłem do sypialni babci. Za obrazem znalazłem sejf, a w nim klucz do domu, który naprawdę był mój.
Do aktu własności dołączony był ostatni list od babci. „Łukaszu, wiedziałam, że to ty” – przeczytałem. „Zawsze byłeś jedynym, który rozumiał, co to znaczy rodzina”.