Mój dziadek był człowiekiem, który nigdy nie usiedział spokojnie. Pamiętam, jak z rana wychodził na podwórko, robił kilka przysiadów, a potem szedł po gazetę. Miał wtedy osiemdziesiąt lat i wciąż chodził szybciej niż ja. Sąsiedzi pukali się w czoło, gdy mówił, że sekret długowieczności to nie lekarstwa, tylko ruch.

Ja mu wtedy nie wierzyłem. Uważałem, że to tylko gadka starca, który nie chce się przyznać do słabości. Dopiero gdy moja matka skończyła sześćdziesiąt pięć lat i zaczęła narzekać na ból pleców, zmęczenie i problemy z pamięcią, coś we mnie pękło.