Obudziło mnie pukanie do drzwi. Twarde, bez pytania, czy człowiek w ogóle żyje. „W porządnym domu nikt nie leży do południa” – powiedziała moja przyszła teściowa, wchodząc do pokoju z rękami na…

„Beatko, przyjedź do nas na weekend. ”

Beata trzymała telefon przy uchu i przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Miała za sobą dwanaście godzin dyżuru, nogi jak z waty, a w głowie wciąż klientkę, która płakała, bo mąż ją zostawił po trzydziestu latach małżeństwa. A teraz Robert, jej narzeczony, zapraszał ją do siebie, do matki.

Thumbnail

Do ślubu zostało niewiele. Trzy miesiące, może cztery. Wszystko już było zaplanowane: sala, krawcowa, kwiaty. Beata miała tylko nadzieję, że teściowa nie będzie jej traktować jak kogoś, kto przyszedł do obcego domu.

No rozumiesz. Wsiadła więc do autobusu miejskiego z torbą na kolanach i pudełkiem sernika owiniętym w papier. Sernik upiekła sama, chociaż wiedziała, że pani Zofia zawsze robi swój i zawsze mówi, że jej jest lepszy. Ale grzeczność kosztuje niewiele, a ona chciała zacząć dobrze.

Robert wyszedł do niej przed furtkę. Miał na sobie roboczą koszulę, ręce pachnące smarem, chociaż podobno tego dnia nie miał już zaglądać do warsztatu. Pocałował ją w policzek, zabrał torbę, ale zanim zdążyła się ucieszyć, nachylił się do jej ucha. „Nie bierz wszystkiego do siebie.

„No pewnie, pewnie. ”

Uśmiechnęła się, żeby nie pytać, co ma na myśli. W progu stała pani Zofia. Szeroka, w kwiecistej sukience, z rękoma opartymi na biodrach, jakby już od rana pilnowała tego domu.

Nie podeszła do Beaty, nie objęła jej, nie powiedziała, że dobrze ją widzi. Zmierzyła ją tylko wzrokiem od głowy do butów. „No widzisz, mama już cię traktuje jak swoją. ”

Robert zaśmiał się głośno, poklepał Beatę po plecach i poszedł do warsztatu, bo „jeszcze chwilka”.

Beata została w przedpokoju z torbą w ręku, bo nie wiedziała, czy ma wejść dalej, czy czekać. „Rozgość się, nie stoj jak słup”. Pani Zofia poszła do kuchni, a Beata zdjęła buty i weszła za nią. Było czysto, pachniało barszczem i ciastem drożdżowym.

Na stole leżała już biała serweta, a na niej talerze, sztućce, szklanki. Wszystko poustawiane równo, jak w szpitalnej szafce na leki. Beacie przypomniało się, jak jej własna matka chowała sztućce w kuferku i wyjmowała tylko od święta, a tutaj wszystko było codzienne, prawdziwe, na co dzień. „No i jak tam w tej pracy?

„Dobrze. Ciężko, ale dobrze. ”

„Ciężko”, powtórzyła pani Zofia i pokręciła głową. „To ty pewnie wracasz do domu i tylko odpoczywasz.

„Staruję. ”

„No właśnie. A tu u nas wszystko trzeba zrobić. No, ale ty przecież przyjechałaś pomóc, nie?

” – uśmiechnęła się, ale to nie był ciepły uśmiech. Beata miała wrażenie, że gdzieś pod tym pytaniem leży coś innego, coś, co czeka, żeby wypłynąć na wierzch. Ale pomyślała, że za dużo myśli. Miała po prostu być grzeczna, przełknąć, pomóc, wrócić.

Taki miała plan. Wszystko, co się potem wydarzyło, zaczęło się od kuchennej szafki. Albo nie, może od kartki. Pani Zofia poprosiła, żeby Beata podała jej ściereczkę.

Beata otworzyła szufladę, żeby znaleźć czystą, i wtedy zobaczyła ten zeszyt. Brązowa okładka, na niej długopisem napisane: „Pomysły”. Zajrzała, chociaż nie miała prawa. Ale przecież ktoś mógł zostawić coś ważnego, a ona tylko chciała pomóc.

Otworzyła na pierwszej stronie i przeczytała:

„1. Ślub w remizie, za darmo, tylko podziękować strażakom. ”
„2. Barszcz z torebki, nie będę gotować.


„3. Goście: tylko najbliższa rodzina, razem 15 osób. ”
„4. Mieć oko na synową.

Beata zatrzymała się na ostatnim punkcie i przeczytała go jeszcze raz. „Mieć oko na synową. ”

„Gdzie ta ściereczka? ”

Beata zamknęła zeszyt tak szybko, że aż piszczało w zawiasach, wyjęła pierwszą ścierkę z brzegu i podała ją teściowej.

Ręce jej się trochę trzęsły, ale to mogło być ze zmęczenia. Wieczorem, kiedy wszyscy usiedli do kolacji, pani Zofia powiedziała nagle:

„Beatka, a ty to w ogóle wierzysz w Boga? ”

Zapadła cisza. Robert kuł ziemniaki, nie podnosząc głowy.

Jego ojciec wpatrywał się w talerz. „Tak, wierzę. ”

„No widzisz, a to ważne”, odparła pani Zofia, a w jej głosie było coś, co wcale nie brzmiało jak rozmowa o wierze. „Bo żeby wejść do rodziny, to trzeba mieć wspólne wartości.

„Mama”, Robert westchnął cicho. „Ja tylko pytam. ”

Robert podniósł głowę i uśmiechnął się do Beaty tak, jakby chciał jej powiedzieć, żeby nie zwracała uwagi. Beata uśmiechnęła się do niego.

Ale ten zeszyt przesuwał się jej przed oczami jak film, który sama oglądała, wiedząc, że nie powinna była tego robić. Nazajutrz rano pani Zofia weszła do jej pokoju bez pukania. Stała w drzwiach, z rękami skrzyżowanymi na piersi. „No, Beatko, czas wstawać.

U nas się nie śpi do południa. ”

Beata usiadła na łóżku. „Jest szósta trzydzieści. ”

„No właśnie.

Śniadanie było dość szybkie, a potem pani Zofia postawiła przed Beatą drucianą gąbkę. „No, przecież wiesz, że dama powinna umieć doprowadzić kuchnię do blasku. ”

„Mamo, przecież Beata przyjechała w odwiedziny”, powiedział Robert, sznurowując buty, bo w warsztacie czekał jakiś klient. „I co z tego?

Pomoże trochę, nie zaszkodzi jej. ”

Beata uśmiechnęła się i wzięła gąbkę, bo nie chciała robić scen. Przecież to tylko chwila. Przecież za chwilę będzie ich ślub, przecież to rodzina.

Potem pani Zofia kazała jej „popilnować płytę, bo się przypali”, a sama zniknęła w ogródku. Beata myła kuchenkę i myślała o tym, że kiedyś wracała z pracy do pustego mieszkania i mówiła sobie, że samotność nie jest najgorsza. Przynajmniej nikt nie patrzył, jak myje kuchenkę. „No, jak ci poszło?

”, zapytała pani Zofia, wracając z ogródka. „Dobrze, wszystko błyszczy. ”

„No, to trzeba było od razu. Dobrze, że masz ręce do pracy.

Beata nie odpowiedziała. Wytarła tylko płytę do sucha i odłożyła gąbkę. Po południu Robert musiał wyskoczyć po części, a pani Zofia obudziła Beatę z drzemki, która miała trwać tylko dziesięć minut. „Beata, bo woda na ziemniaki wykipiała.

No, człowiek myśli, że jak ktoś pracuje w szpitalu, to umie dopilnować garnka. ”

„Przepraszam. ”

„No trudno. ”

Wieczorem Beata wyszła przed dom, żeby złapać powietrze.

Stała przy furtce i patrzyła na drogę. Miała wrażenie, że to nie jest jej życie, że ona tylko gra rolę, że w każdej chwili ktoś może powiedzieć: „Dobra, dziękujemy, nie trzeba”. Kiedy wracała do środka, pani Zofia stała w kuchni i z uśmiechem obserwowała, jak Beata czyści buty Roberta, które zostawił w przedpokoju. „No widzisz, tak trzeba.

Kobieta ma pilnować porządku. ”

Beata milczała. Trzeciego dnia znalazła drugą listę. Leżała na parapecie, pod doniczką, przypadkiem wystawał jej róg.

Kolejne punkty: „Kontrolować wydatki. Zaprowadzić Beatę do porządku. Ślub skromny, żeby nie robić z siebie pośmiewiska. ”

„Zaprowadzić Beatę do porządku.

Beata odłożyła kartkę, a w środku coś w niej pękło. Ale może nie pękło. Może tylko zacisnęła zęby i powiedziała sobie, że to jeszcze nie jest moment. Nie tutaj, nie teraz.

Następnego dnia pani Zofia zaczęła mówić przy obiedzie o tym, że „w ich rodzinie to zawsze kobieta rządzi domem, a mężczyzna zarabia pieniądze”. Robert jadł i kiwał głową. Jego ojciec milczał. „Beata to fajna dziewczyna”, powiedziała pani Zofia, patrząc na syna.

„Ale trzeba ją trochę uformować. ”

„Mamo…”, Robert westchnął. „No co? Trzeba”.

Beata wstała od stołu z talerzem szklanki i zaniosła ją do kuchni. Stała tam przez chwilę, patrząc na okno, za którym szarzał wieczór. I wtedy podjęła decyzję. Nie taką, żeby krzyczeć, nie taką, żeby wyjść z hukiem.

Spokojną, cichą, swoją. „No, daj jej spokój”, powiedział Robert, wchodząc do kuchni. „Jeszcze nie jesteśmy po ślubie. ”

„No właśnie – może właśnie o to chodzi”, odparła Beata.

Robert spojrzał na nią zaskoczony, ale ona tylko uśmiechnęła się, tak, jak się uśmiecha do kogoś, kto nie zrozumie. „Dobrze, wstydź się. Przecież matka ma dobre intencje. ”

„Wiem, że ma.

„No widzisz. ”

I tym razem Beata nie powiedziała już nic. Następnego dnia, kiedy Robert wyjechał do warsztatu, pani Zofia zaprosiła Beatę do kuchni „na rozmowę”. Usiadła naprzeciwko, splotła ręce i zaczęła, z uśmiechem, ale z takim, który nie dotykał oczu.

„Beatko, kochanie, musimy sobie ustalić kilka rzeczy”. „Jakich? ”

„No, jak to będzie wyglądało po ślubie. Ja nie wyobrażam sobie, żeby mój syn mieszkał w mieście, w bloku, w tym twoim małym mieszkaniu.

On potrzebuje domu. ”

„Rozmawiałam z Robertem, on chce zostać w mieście”. „Robert nie wie, czego chce”, odparła pani Zofia, a w jej głosie zadźwięczało coś twardego. „On mi powiedział, że gdyby nie ty, toby nawet nie myślał o mieście.

To twoja wina. ”

„Moja wina? ”

„No. Zawsze byłaś taka… ambitna.

A przecież wiem, że twoja matka też nie miała wielkich ambicji, a teraz sama wychowuje ciebie i brata. I co, i nie narzeka. ”

Beata przesłyszała, że w tym zdaniu kryje się coś więcej, ale pani Zofia mówiła dalej, już o tym, że „po ślubie będzie trzeba zamknąć tamto mieszkanie, sprzedać trochę rzeczy, a Robert i tak będzie wolał zostać w domu, u mamy”. „Nie rozumiem, o czym pani mówi”, powiedziała Beata.

„Robert ma własne plany. ”

„A ja ci mówię co on ma”, odparła pani Zofia, podnosząc głos. „Ty go tylko wykorzystujesz, bo ci się wydaje, że jak wyjdziesz za mąż, to będziesz miała łatwiejsze życie. Ale ja ci na to nie pozwolę.

„Ale ja nie…”, Beata zamilkła, bo zabrakło jej słów. „Nie nie. Ja wszystko widzę”, ciągnęła pani Zofia, a jej twarz nagle zrobiła się czerwieńsza. „Potrzebujesz kogoś, kto ci pomoże, bo masz to byle jakie życie, mam rację?

Beata wstała. „Myślę, że to nie jest dobry moment na tę rozmowę. ”

„To jest świetny moment”, pani Zofia też wstała. „Bo ja ci mówię wprost: jeśli myślisz, że wejdziesz do mojej rodziny i będziesz mną rządzić, to się bardzo mylisz.

Tego wieczoru Beata spakowała torbę. Nie powiedziała Robertowi, dlaczego. Powiedziała tylko, że jutro musi wrócić, bo ma dyżur. „No pewnie”, powiedział Robert, przytulając ją.

„Odezwę się, dobra? ”

„Dobra. ”

Nie odezwał się. Ani następnego dnia, ani tydzień później.

Beata dzwoniła, ale nie odbierał. Potem napisała, a on odpisał po dwóch dniach: „Przepraszam, dużo pracy. ”

A potem, w środę, zadzwoniła pani Zofia. „No, słuchaj, kochanie”, powiedziała do niej słodkim głosem, „myślę, że powinniśmy się spotkać.

Takie kobiece rozmowy trzeba prowadzić z mamą, nie przez telefon. ”

Beata zgodziła się, bo w jakiś sposób wciąż wierzyła, że może to wszystko jeszcze da się naprawić. Umówiły się w kawiarni. Pani Zofia zamówiła herbatę, a potem wyjęła z torebki kopertę.

„To na początek”, powiedziała, przesuwając ją po stole. Beata zajrzała do środka. Były tam pieniądze. Sporo.

„Za co to? ”

„Żebyś zostawiła mojego syna w spokoju. ”

Beata przez chwilę patrzyła na kopertę, potem na panią Zofię, która siedziała z uśmiechem, jakby właśnie wygrała w totka. I wtedy Beata wiedziała.

Wiedziała, że nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, że ta kobieta nigdy nie przestanie traktować jej jak problemu, który trzeba rozwiązać. „Nie”, powiedziała Beata cicho i przesunęła kopertę z powrotem. „Co takiego?

„Powiedziałam nie. Niech pani to zatrzyma. Ja nie zostawię Roberta, bo pani mi każe. ”

„A to się jeszcze okaże”, pani Zofia uśmiechnęła się i wstała.

„Lepsze kobiety niż ty próbowały. ”

Wyszła z kawiarni, a Beata została z filiżanką wystygłej herbaty. Ale nie czuła się przegrana. Po raz pierwszy od dawna czuła się tak, jakby to ona miała w ręku karty.

Nazajutrz zadzwoniła do Roberta, ale zanim zdążyła powiedzieć chociaż „cześć”, on powiedział:

„Słuchaj, Beata, mamy do pogadania. Mama mi powiedziała, że chciałaś ode mnie pieniędzy. ”

„Co? ”

„Nie kłam, bo wiem wszystko.

Chciałaś, żeby ci dał na mieszkanie, czy tak? ”

„Robert, twoja matka po prostu kłamie…”

„Moja matka mnie nie okłamuje – przerwał jej. – Wyprowadzam się do niej na weekend i potrzebuje spokoju. Nie dzwoń do mnie, dopóki się nie uspokoisz.

I rozłączył się. Beata usiadła na krześle przy stole, z telefonem w ręku. Wiedziała, że gdyby próbowała tłumaczyć, niczego nie osiągnie. Bo nie chodziło o tłumaczenie.

Chodziło o to, że pani Zofia dostała to, czego chciała. Tylko że nie znała Beaty. Nie wiedziała, co Beata potrafi zrobić, kiedy ktoś jej mówi, że jest gorsza. Beata wstała, wyjęła telefon i wybrała numer do swojej matki.

„Mamo, masz czas w piątek? ”

„Mam. O co chodzi? ”

„Pojedziemy razem do Ciechocinka.

„Do Ciechocinka? Do Roberta? ”

„Tak. Ale nie po to, żeby go odzyskać”, powiedziała Beata i w jej głosie pojawiła się taka pewność, jakiej sama od siebie nie oczekiwała.

„Po to, żeby wszystko zakończyć. ”

W piątek rano wsiadła do autobusu z małą torbą i kupionym w kiosku sernikiem – chociaż nie miała pojęcia, czy sernik będzie pasował do tej rozmowy. Może miała go wręczyć, a potem powiedzieć to, co postanowiła. Albo może po prostu trzymała go, żeby mieć coś w rękach.

Dojechała przed południem. Poszła pieszo, bo autobus miejski nie podjeżdżał pod sam dom. Na chodniku kłóciły się sójki, a z komina płynął dym, chociaż był dopiero ranek. „No, jest”, usłyszała głos pani Zofii, która właśnie wyszła z domu i stała w furtce.

„Myślałam, że nie przyjdziesz. ”

„Przyszłam. ”

„No to chodź. ”

Weszła.

W kuchni pachniało ciastem drożdżowym. Pani Zofia wsunęła jej do ręki ściereczkę i wskazała na blat. „Pozmywaj talerze. Robert zaraz wróci.

„Nie przyszłam, żeby zmywać. ”

„No, to po co? ” – pani Zofia odwróciła się powoli. „Po to, żeby pani usiadła i posłuchała.

I wtedy, mimo tego, że serce waliło jej mocno, Beata usiadła przy stole. Wyjęła z torby zeszyt, ten z brązową okładką, i położyła go na blacie. „Skąd to masz? ”

„Znalazłam.

Przepraszam, że czytałam, ale może dobrze, że przeczytałam. Bo wiem, że pani mnie nie chce. Tylko że ja już nie potrzebuję, żeby pani mnie chciała. ”

„Co ty wyprawiasz”, pani Zofia próbowała się śmiać, ale jej głos drżał.

„Przecież to tylko moje notatki. ”

„Wiem. Tylko że pani używa Roberta, żeby załatwiać swoje sprawy. I to się skończy.

„Skończy? A cóż ty mi zrobisz? ” – pani Zofia pochyliła się nad stołem, a jej twarz nagle stała się napięta. „Zadzwoniłaś po mamę?

Bo twój brat to coś by wiedział, co? Mam zadzwonić na policję? ”

„Nie. Nie trzeba policji.

Ja tylko powiem pani, jak to będzie wyglądało, jeśli pani jeszcze raz wtrąci się w moje życie. ”

„Co takiego? ”

„Powiem pani wszystko. O tym, jak pani mówi Robertowi, że mu nie wystarczam.

O tym, że pani chce, żeby został, bo pani sama boi się zostać sama. I o tym, że pani daje ludziom pieniądze, żeby znikali. ”

„Ty śmiesz…”

„Wiem, że pani myśli, że nie mam żadnych dowodów. Ale ja mam ten zeszyt.

I mam pani własne słowa. Wystarczy, że pójdę z tym do Roberta. ”

Pani Zofia zamilkła. Jej ręce drżały lekko, ale na jej twarzy wciąż był ten uśmiech, który nie sięgał oczu.

„Myślisz, że on ci uwierzy? – zapytała cicho. – On jest moim synem. ”

„Może nie uwierzy.

Ale zada pani pytania. A ja już nie muszę wygrywać, proszę pani. Ja muszę tylko przestać grać w pani grę. ”

I wtedy stało się coś, czego Beata się nie spodziewała.

Pani Zofia odwróciła się do niej plecami, podeszła do szafki, wyjęła szklankę, nalała do niej kompotu i postawiła przed Beatą. „Pij. ”

„Nie jestem spragniona. ”

„Pij, mówię.

Beata wzięła szklankę do ręki. Kompot był zimny, słodki, trochę za słodki. Piła powoli, pani Zofia patrzyła na nią i milczała. Po chwili powiedziała:

„Wiesz, że ja też kiedyś byłam na twoim miejscu.

Też przyszedłem do obcego domu. Też musiałam udawać, że mnie nie boli. A oni i tak mnie nie chcieli. ”

„Pani?

„Ale ja przetrwałam. Bo wiedziałam, że jeśli nie przetrwam, to stracę wszystko. I ty przetrwasz, tylko musisz się zdecydować, czy chcesz walczyć o to, co twoje. ”

„O Roberta?

„O siebie. ”

I w tym momencie Beata zrozumiała, że to nie jest wojna o Roberta. To była wojna o to, kim ona ma być. I że pani Zofia, nawet jeśli tego nie chciała, właśnie jej to powiedziała.

Wróciła do domu tego samego dnia. Robert dzwonił wieczorem. „Beata, przepraszam. Mama mi wszystko opowiedziała.

Przepraszam, że ci nie wierzyłem. ”

„Wiem. Ale ja już nie chcę, żeby mnie przepraszano. Ja chcę tylko, żebyś powiedział, czy chcesz być ze mną.

Tak, czy nie. ”

„Chcę. ”

„To musimy porozmawiać. Spokojnie.

Bez twojej mamy. ”

„Przyjadę jutro. ”

„Przyjedź. ”

Odłożyła telefon i patrzyła przez okno na wieczorne miasto.

Wiedziała, że ta rozmowa jeszcze przed nią. Ale po raz pierwszy od dawna wiedziała też, że bez względu na to, jak się skończy, poradzi sobie. Bo przestała być tą Beatą, która wszystko przyjmowała. Pani Zofia nie odezwała się do niej ani razu.

Ale Beata wiedziała, że ta cisza też jest rodzajem odpowiedzi. I że to nie jest koniec.