Zawsze mówię „była”, choć czasem, gdy słyszę, jak wnuki się sprzeczają, usta same mi się otwierają. Julia wiecznie szuka swoich gumek do włosu – ciągnie się to od drzwi kuchni do schodów, od mojego fotela do szafy, od moich rąk do moich kluczy. Szepnęłam do siebie w moim domu i nie dokończyłam. Wchodziło do łazienki, korytarza, schowka.

Pytała: „No i jak tam? ”. Mogłam myć, ale nie wybierać środka do mycia. Nie do powiedzenia, te równe stosiki ręczników.
Przy piątym jabłku usłyszałam, jak Patrycja mówi do sąsiadki: „No w moim domu musimy wreszcie zrobić porządek. Do Bożego Narodzenia. I goście uśmiechali się do niej. To nie pasuje do nowej sypialni.
25 osób trzeba nakryć do stołu” – i już była w kuchni. 25. Jak do dziecka. Zadzwonię do kuzynki, przywiezie jednorazowe ładne złote.
Podeszłam do okna. „Dzieci do salonu, buty do korytarza, ale nie brudzić, bo to nowe panele. Wymieniamy kuchnię, podłogi, no wszystko”. Odwróciła się do mnie.
Jakby tam była odpowiedź do krzyżówki. „Ty jesteś zobowiązana nakryć do stołu”. Potem wróciłam do kuchni, umyłam ręce, wytarłam do sucha, aż bolało. Włożyłam do torebki portfel, dokumenty, chustkę.
Klucze – ten do furtki, ten do piwnicy, ten do szopy i ten najważniejszy do głównych drzwi. Wyszłam do salonu. „Przybierzeli do Betlejem”. Do siebie odpowiedziałam.
„No Elżbieta, nie rób scen”. Odwróciłam się do Kacpra. W klucz do furtki schowałam głębiej aż do samego dna torebki. Zanim doszłam do furtki, odwróciłam się jeszcze raz.
Nad ranem wstałam, wzięłam swój stary notes i zaczęłam przeglądać papiery, które od miesięcy leżały w teczce. Najpierw telefon do adwokata. Zakaz zbywania i obciążania do czasu rozstrzygnięcia. Druga sprawa – dostęp do domu.
To pełnomocnictwo dla mnie do składania wniosków w KW i sądzie. I tu zawiadomienie do administracji osiedla o zakazie wjazdu osób niewskazanych. Pióro sunęło równo, jakby pisało list do dawnej siebie. W domu Zosi usiadłam do stołu z jej starą drukarką.
Punkt pierwszy – wniosek do sądu i do KW. Do Patrycji i Kacpra miałam osobne pismo: „Klucze proszę zwrócić do dnia”. Złożyłam papiery, wsunęłam do kopert, przykleiłam zielone zwrotki. Stara wkładka do kieszeni.
Furtka do sadu. Wzmianka już jest potwierdzona, pismo do nich wysłane. W międzyczasie usiadłam do komputera, założyłam skrzynkę mailową tylko do spraw prawnych. Pierwszy wysłany do szkoły.
Drugi – do mojej lekarki. Trzeci do Zosi. Zgłoszenie o nękanie, wniosek, ograniczenie kontaktów, zawiadomienie do prokuratury o próbie doprowadzenia do niekorzystnego rozporządzenia mieniem. Poszłam do ogrodu.
Wróciłam do kuchni i położyłam renetę na parapecie. Telefon leżał ekranem do spodu. Wieczorem, kiedy na dworze ściemniało się wcześnie i miasto zapalało żółte okna, poszłam do sypialni, wyjęłam z szuflady nowy notes. Nitka chodziła równiutko, ścieg do ściegu, jakby zszywała nie wełnę.
Przyszli wszyscy na raz jak do przeglądu. Zaprosiłam do kuchni. Kacper spróbował jeszcze raz zbudować most z powietrza. Dodał: „Odtąd wszelka korespondencja do państwa przez kancelarię.
Dzieci mają prawo do domu bez wstydu i krzyku”. Odprowadzając ich do drzwi, zatrzymałam się w progu. Otworzyłam okna, powietrze weszło do domu jak nowy lokator. Chleb chrupnął głośno, jak stary most pod lekką stopą.
Mogę o 16:00 i zostaniemy w domu do 18:00. Zawiesiłam głos, a potem odprowadzę do mamy. „A wiesz” – powiedziała, rozlewając herbatę do starych kruchych filiżanek – „to byłam ja, Elżbieta, która sama wróciła do siebie”. Złożyłam kartkę i schowałam do notesu pod tytułem „Dom”.
Weszłam do kuchni, wstawiłam wodę.