„Kocham twój pierścionek” – powiedziała Lena, przeciągając słowa z sarkazmem, jakby brała udział w przesłuchaniu do telenoweli, o którą nikt nie prosił. Obróciła go delikatnie na palcu Renaty, jakby był regulatorem jej zdolności do niezamienienia tego miejsca w pogorzelisko. „No bez urazy! ” – dodała, uśmiechając się do pozostałych członków zarządu.

„Ale zanim przejdziemy do tego trzęsienia ziemi, szybka sprawa”. Zauważyła, jak zarząd uśmiechał się mocniej, gdy Lena wchodziła do pokoju. Jak jej pomysły brzmiały podejrzanie podobnie do wątków ze Slaka sprzed trzech tygodni. A gdyby Lena wiedziała cokolwiek o pochodzeniu tego pierścionka, przepraszałaby z CV przyczepionym do bukietu.
Widziała okazję do popisu. Może powinna wrócić do strategii. Zapach pieniędzy dotarł do biura, zanim Ignacy Rylski przekroczył próg. Nie tych chrupiących świeżych banknotów, ale starego majątku.
Zakurzone teczki, wykwintna whisky, ciche odrzutowce lądujące bez planów lotu. Pieniądze, które nie wchodzą do budynku, tylko go lustrują. Szerokie ramiona, sztywny chód, dłonie jakby stworzone do podpisywania traktatów, a nie umów. Rylski zrobił krok do przodu.
Pochodził od człowieka, który zniknął tuż przed krachem i zabrał ze sobą 20 miliardów złotych nieujawnionych aktywów. Co chwilę zerkała na telefon, prawdopodobnie przeglądając filtry do selfie, które zrobiła w lustrze korytarzowym pięć minut wcześniej. A potem miliarder wstał, szedł spokojnie, cicho, z rozmysłem, prosto do krzesła Renaty. Ludzie poruszyli się w fotelach jak uczniowie obserwujący, jak nauczyciel podchodzi do kogoś z sekretną notatką.
Odwrócił się gwałtownie i stanął twarzą do pokoju. Podszedł do drzwi. „Jeśli doszło do jakiegoś nieporozumienia, chętnie…” – zaczął. „Doszło do nieporozumienia” – przerwała mu Lena.
Miała opuszczoną szczękę tak daleko, że wyglądała jak ryba przeznaczona do filetowania. Do lunchu była to już pełnoprawna teoria spiskowa w pokoju do kopiowania. Dwie minuty później Lena oznaczyła rozbieżność w wysokości 240 000 złotych na globalnym koncie transferowym, którego nikt nie sprawdzał od 18 miesięcy. „Mój odrzutowiec był w połowie drogi do Curychu” – powiedział Rylski.
„Twój ojciec był jedynym człowiekiem, którego widziałem, jak doprowadził naród do bankructwa, nie pocąc się”. Rylski sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął małą czarną kartę wytłoczoną nieoznaczoną. Wsunęła kartę do swojej teczki, jakby była notatką ze spotkania. Nie odezwała się do nikogo.
Zalogowała się do bezpiecznego terminala, o którym wiedziały tylko dwie osoby w firmie. Imię na przodzie, napisane głębokim atramentem, tylko do rąk przewodniczącej rady nadzorczej. Miała dostęp do plików, do których nie powinna. „Oznaczyłam rozbieżność wewnętrzną w wysokości 240 000 złotych dni temu” – powiedziała Długosz, wchodząc do środka.
Łągiewski zatoczył się do tyłu, jakby został postrzelony. Tuż do rzęs zaczynał jej spływać pot. Długosz odwróciła się do Renaty. „Czy chciałaby pani zwrócić się do zarządu?
”
Biuro założyciela nie zmieniło się od 20 lat. Te same mahoniowe ściany, ta sama mosiężna lampa z przekrzywionym abażurem, to samo czarno-białe zdjęcie pierwotnych partnerów. Wszyscy uśmiechnięci, z mankietami podwiniętymi, zanim pieniądze naprawdę ich utwardziły. Naprzeciwko niej siedział Marek Brand, człowiek, którego nazwisko wciąż widniało na budynku, mimo że zarząd robił wszystko, by zamienić go w figuranta.
Brand westchnął. Brand przechylił głowę. Brand przełknął ślinę. Brand otworzył szufladę biurka i wyjął list.
Pięć minut później Łągiewski wpadł do środka, czerwony i bełkoczący. Łągiewski odwrócił się do Renaty z szalonymi oczami. Szlochała, tuż do rzęs rozmazany makijaż. Zamiast tego sięgnęła do torby i wyciągnęła małe czarne aksamitne pudełko bez logo, bez zapięcia.
Otworzyła je, zdjęła pierścionek i włożyła go do środka, jakby zamykała rozdział w książce, której nigdy nie zamierzała napisać.