Wszedłem do gabinetu ojca i zamknąłem za sobą drzwi. W tym pokoju wszystko było poukładane, ale teraz coś wisiało w powietrzu. Otworzyłem szufladę biurka i zobaczyłem długopisy posegregowane kolorami, spinacze w małym pudełku, notes z listą spraw, które nigdy już nie zostaną załatwione. Obok leżały rachunki z gminy, numery telefonów do weterynarza, plan szczepień dla psów sprzed lat.

To było biuro człowieka, który zniknął nagle, bez słowa, zostawiając po sobie jedynie pył i tę ciszę. Podszedłem do regału przy ścianie. Za książkami znalazłem kopertę, na której widniał napis: „Dla Jerzego, gdy przyjdzie czas”. Odłożyłem ją na miejsce, ale wzrok padł na fotografię w ramce.
Barbara, moja matka, uśmiechała się do obiektywu. Była młoda, miała ciemne włosy związane w luźny kok. Rok, kiedy wróciła do kraju. Wtedy coś zaczęło się sypać.
Powiedziała do mnie kiedyś: „Jeśli już zrozumiałaś, że nie wrócisz do Włoch, to błagam, powiedz mi, co mamy mówić Izabeli”. Nie odpowiedziałem. Nie potrafiłem. A teraz ta pustka po ojcu, to milczenie, ta notatka, wszystko układało się w obraz, który zaczynałem widzieć coraz wyraźniej.
W kuchni pojawił się Paweł. Wysoki, elegancki, pachnący drogą wodą po goleniu, jakby przyjechał prosto z konferencji, nie z dwunastogodzinnej trasy. Nakrywał do stołu z przesadną troską, ustawiał talerze, jakby to miało coś załatwić. Kiedy przynieśli ciasto, Ewelina usiadła naprzeciwko mnie i westchnęła w sposób, który od razu zdradzał, że przeszła do właściwego tematu.
Wypiłem jedną szybką kawę, wciągnąłem kurtkę, wziąłem kluczyki i ruszyłem do samochodu. Jechałem do Krakowa, do mecenasa Mikołajczyka, rodzinnego prawnika, człowiekowi, któremu ufałem od dwudziestu lat. Wpadłem do kancelarii bez zapowiedzi. Sekretarka próbowała mnie zatrzymać, ale minąłem ją i wszedłem do gabinetu.
Mecenas siedział za biurkiem, ale na mój widok wstał szybciej, niż powinien. Podsunął mi dokument. Dotyczył ukrytych aktywów należących do Barbary. Wziąłem kartkę do ręki i poczułem, jak coś we mnie zamarza.
Na dole strony widniało nazwisko: Ewelina. Moja córka. Ale to nie wszystko. Obok niej stało nazwisko Pawła.
Mecenas mówił, że reprezentuje Ewelinę, że chcą się dogadać, zanim sprawa trafi do sądu. Powiedział: „Chcą tylko tego, co należało do matki, do Barbary”. Ale ja czytałem dalej. I wtedy zobaczyłem to.
Rok. Ten sam rok, w którym Barbara wróciła do kraju. W drodze powrotnej z Tarnowa wieczór robił się chłodny. Powietrze pachniało wilgotną ziemią.
Kiedy przekroczyłem próg domu, od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Chciałem sięgnąć po telefon, ale Paweł był szybszy. Jednym ruchem schował go do kieszeni. Chciałem krzyknąć, ale wtedy Ewelina podeszła do szafki przy drzwiach i zdjęła z niej moje klucze od samochodu.
Podeszli do mnie oboje jednocześnie. Na piętrze otworzyli drzwi do mojego pokoju. Paweł wepchnął mnie lekko do środka. Zamknął drzwi.
Zamek szczęknął. Zostałem sam. Podszedłem do okna i spojrzałem w dół. Było ciemno, ale to nie miało znaczenia.
Nie mogłem czekać do jutra. W nocy, bez kluczyków, bez telefonu, wyszedłem przez okno. Do Bochni dotarłem w środku nocy. Zadzwoniłem do Tadeusza, jedynego człowieka, któremu jeszcze ufałem.
Do sądu dotarłem wcześniej, niż trzeba. Kiedy weszliśmy na salę, Ewelina była już tam, z Pawłem. Obok nich siedział mecenas Mikołajczyk. Mój prawnik, mój przyjaciel przez dwadzieścia lat, po drugiej stronie.
Adwokat Eweliny wstał i powiedział: „Dołączamy również opinię psychologiczną pani doktor Małgorzaty Kaczmarek, potwierdzającą pełną zdolność pana Jerzego do samodzielnego podejmowania decyzji”. Ale potem dodał coś, czego nikt się nie spodziewał: „Jeśli nie podpisze, przechodzimy do planu B”. Wtedy mecenas odwrócił się do mnie i zapytał: „Wiedział pan, że Ewelina ustaliła z Izabelą podział 60 do 40, a panu powiedziała po połowie? ”.
Zamarłem. „Co? ” – wyszeptałem. Wyrok zapadł, ale dopiero po kilku dniach dotarło do mnie, co tak naprawdę oznacza.
Każdy kąt domu przypominał mi Barbarę, a każdy zakręt polnej drogi dzieci, które chciały mnie zamknąć jak mebel do renowacji. Ale potem zadzwonił telefon. Izabela. Moja córka, ta z Włoch, ta, która zawsze była gdzie indziej.
Powiedziała cicho: „Jutro jadę do Sopotu sprawdzić mieszkanie. Chcę ci coś pokazać”. Uśmiechnąłem się do słuchawki. Izabela ma lekką rękę do roślin, tak jak Barbara.
„Do usłyszenia” – powiedziałem i odłożyłem telefon. I wtedy zrozumiałem, że to jeszcze nie koniec. To dopiero początek.