W soboty wychodziłam do kiosku na rogu, kupowałam gazetę i chleb, czasem wstępowałam do kościoła. Wieczorem odrabiałam lekcje, pisałam śmieszne wierszyki, aż nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Agata wracała z fitnessu, rzucała shaker do zlewu i nie zdejmując kurtki przewijała telefon, a ja pobiegłam do zlewu, słysząc śmiech z pokoju. Na kanapie czuć było proszek i cudzy lakier do włosów, a ja schowałam wszystko do szuflady.

Pewnego dnia Agata powiedziała: „Mamo, nie rób dziś nic do jedzenia”, więc zamknęłam gazetę i poszłam do kuchni wyłączyć piekarnik. Składałam słowa do małego pudełka z napisem „nie dotykać”, a na wyprzedaży znalazłam ładny, kremowy czajnik do moich zasłon. Wyjęłam rachunek, uśmiechnęłam się i wsunęłam czajnik z powrotem do pudła, potem przeniosłam suszarkę do sypialni. W przedpokoju znalazłam rzeczy złożone do torby z napisem „oddanie”, a Dominik wnosił do domu swoje zasady.
Mój tapczan w salonie, na którym spałam, pewnego dnia stanął dosunięty do kaloryfera. Pani Helena zawsze mówiła, że znały mnie i dorzucały dwa jabłka do siatki, więc przynosiłam je do domu. Stare zdjęcia w ciemnych ramkach włożono do pudła, a ja przypinałam magnesem uśmieszek do lodówki i uśmiechałam się do niego. Jedną noc los wisiał, a rano przekładałam go do teczki, tam gdzie kwitki.
Dominik przyniósł nowe kieliszki i powiedział: „Te stare wynieśmy do piwnicy”, więc schowałam kielich do mojej teczki, tam gdzie kwitki i losy. Potem powiedział: „Jedziemy do miasta”. Agata wbiegła do domu z wypiekami na twarzy, ale wtedy przy wszystkich odwróciła się do mnie. Po prostu podeszłam do szafy, wyciągnęłam swój stary kufer podróżny, a Dominik szepnął: „No wreszcie”.
Okrągły, nauczycielski charakter, z wchodzącym hala dla urody, dla pamięci, żeby jeśli cud zejdzie do mojej kuchni, wiedział do kogo zapukać. W domu przypięłam jeden los do lodówki magnesem uśmieszkiem, tym co zezowato patrzy, i przymierzam je do kalendarza, do dat, do ludzi. Do teczki, do przezroczystej koszulki, tam gdzie kwitki, stare zdjęcia, przepis na szarlotkę od mamy wyrwany z zeszytu. Kamyk do kamyka, karteczkę do karteczki.
Podniosłam torbę, pojechałam do miasta, najpierw do pani Zosi, potem do sąsiadki, pani Elżbiety, która ma drukarkę. Małe cyferki, które potrafią krzyczeć: „Kiedy trzeba, z kiosku do banku”, złożyłam go do teczki. Wracając do miasteczka, przeszłam obok naszego domu, nie wchodząc, nie pukając, a korytarz pachniał papierem, kurzem, pastą do kopiowania. Nie lubię notować, ale teraz wyjęłam notes i starannie zanotowałam godzinę, dom, okno, frazę, słowa, też kamyki w naszej ściance.
Ona poszła do sypialni naprzeciw telewizora, zostawiając mi kuchnię. Poprowadziłam ołówkiem linę od karteczki do fotografii, od fotografii do paragonu, od paragonu do nagrania. Jeśli przejść nią spokojnie, prowadziła nie do cudzego krzyku „won”, tylko do mojego cichego „to moje”. Następnego ranka spróbowałam wejść do domu i zadzwoniłam do oddziału loterii w stolicy, przytuliłam telefon do piersi.
Najpierw zadzwoniłam do komisji loteryjnej, potem poszłam do znajomej adwokatki Danuty. Wypłata zamrożona do czasu wyjaśnienia, powiedziała, więc napiszę do nich. Wypłata wstrzymana do czasu wyjaśnienia, przekażemy do prokuratury i do loterii. Tęsknią jak klucza do zamka.
Podpis należy do mnie, kropka. Dominik pochylił się do przodu, a my wyszliśmy do korytarza. Szarpnęła głową do góry i powiedziała: „Los należał do ciebie, mamo”. Siedziałam i oddychałam powoli, jak uczył głos we mnie podobny do Jana, potem włożyłam do torebki teczkę.
Powiedziałam do pustej kuchni i wyszłam, a słuchacze, że byliście ze mną do końca tej historii.