Znałam jego matkę. Wiedziałam, że mnie nienawidzi. Ale to, co zrobił mój mąż, gdy odkrył, że odziedziczyłam mieszkanie po matce, przeszło moje najgorsze wyobrażenia. „Jesteś chora, potrzebujesz…

==================== CONTENT:
Uciskał jej klatkę piersiową, utrudniał oddychanie, zmuszał serce do bicia z przerwami niczym stary zegar, który dawno należało oddać do naprawy. Bartek nie podniósł nawet wzroku znad ekranu telefonu. Alicja stała w drzwiach salonu, ściskając w dłoni aksamitne pudełeczko z broszką, którą kupiła matce na urodziny. Wiedziała, że długi nie znikną, ale nie spodziewała się, że Bartek pójdzie z nimi do Patrycji.

Thumbnail

Do Patrycji, z jej wpływową rodziną, do ludzi, którzy potrafili zniszczyć każdego, kto stanął im na drodze. — Mamo, po co pani tak mówi? — Bartek podszedł do matki, położył rękę na jej ramieniu. Dominika Pawłowska uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu nie było nic ciepłego.

— No dość tej liryki. Twoje długi same się nie spłacą, a to mieszkanie jest warte fortunę. Alicja poczuła, jak mdłości podchodzą jej do gardła. Wyszła do korytarza, udając, że nic nie słyszała.

Ale słyszała wszystko. Słyszała, jak Bartek mówi, że ona, Alicja, jest niestabilna, że potrzebuje opieki, że najlepiej byłoby umieścić ją w zakładzie. Słyszała, jak Dominika przytakuje, jak Patrycja siedzi obok z miną niewinnej ofiary. Wróciła do pokoju, pociągnęła ciężkie balkonowe drzwi za sobą.

Mroźne powietrze nocnej Warszawy owiało jej twarz. Stała tak długo, aż usłyszała, jak Bartek podnosi głos. — Nie rozumiesz, mamo! Ona jest chora!

Musimy ją tam wysłać, to dla jej dobra! Alicja podeszła do okna. Księżyc świecił na srebrne sztućce przygotowane do deseru. Wzięła długą łyżeczkę do koktajli.

Zbliżyła ją do szyby, przycisnęła, a potem delikatnie uderzyła w krawędź. Szkło zadzwoniło czysto, jasno, przecinając harmider w salonie. — Widzicie? — krzyknął Bartek z drugiego pokoju.

— Ona nawet nie rozumie, co się dzieje! Alicja uśmiechnęła się. Uśmiech osoby nie do końca rozumiejącej, gdzie się znajduje. — No wypijmy za poczucie humoru — powiedziała cicho, podnosząc kieliszek do ust.

Wzięła duży, łapczywy łyk wina. Bartek rzucił torebkę matki i rzucił się do żony. Ale Alicja już wiedziała, co musi zrobić. Teraz ona musiała odegrać swoją partię do końca.

Podeszła do stołu bezszelestnie. Wyjęła broszkę z pudełeczka, otarła ją o rękaw sukienki. W świetle lampy błysnęła czerwień kamieni. Bartek podniósł się, jego ruchy stały się ostentacyjnie troskliwe.

— Kochanie, odłóż to. Porozmawiajmy spokojnie. Alicja spojrzała mu prosto w oczy. — Spokojnie?

Mówisz o spokoju, gdy planujesz zamknąć mnie w psychiatryku, żeby przejąć mieszkanie po mojej matce? Dominika zmarszczyła brwi. Patrycja uśmiechnęła się kącikiem ust. Bartek zbladł, ale szybko się opanował.

— Nie rozumiesz, Alicjo. Jesteś chora. Potrzebujesz pomocy. — Naprawdę?

— Alicja uniosła brew. — A może to ty potrzebujesz pomocy, żeby spłacić swoje długi? Poszedłeś do Patrycji, bo twoja matka nie dałaby ci już ani grosza. Bartek zacisnął szczęki.

Patrycja wstała, podeszła do niego, objęła go ramieniem. — Kochanie, ona cię oskarża. To typowe zachowanie w stanie manii. Alicja zaśmiała się cicho.

Odwróciła broszkę w palcach, a potem — jakby zupełnie przypadkiem — upuściła ją na podłogę. Upadła z cichym brzękiem. — Och, przepraszam. Jestem taka niezdarna.

Pochyliła się, podniosła ją. Ale zanim się wyprostowała, zrobiła coś, czego nikt nie zauważył. Przesunęła broszką po brzegu szklanki z winem Patrycji. Później nikt nie potrafił powiedzieć, jak to się stało.

Patrycja napiła się wina, odstawiła kieliszek, a po chwili zaczęła się trząść. Skarżyła się na mdłości. Bartek podskoczył, żeby jej pomóc, ale Alicja go powstrzymała. — Zostań.

Widzisz, jak jej słabo. Może to wino? — powiedziała słodko. Patrycja zbladła, złapała się stołu.

Dominika spojrzała na Alicję z podejrzliwością. Alicja uśmiechnęła się do niej niewinnie. — Może powinnaś coś zjeść? Poproszę o wodę.

Wyszła do kuchni. Po chwili wróciła ze szklanką wody. Podała ją Patrycji, a potem wzięła jej kieliszek, niby po to, żeby odstawić. Ale w tym kieliszku została jeszcze resztka wina.

Alicja wyjęła z kieszeni mały flakonik. Znajdował się tam od tygodni. Matka zostawiła go jej przed śmiercią, mówiąc tylko: „Na wszelki wypadek, córeczko. ”

Alicja wlała kilka kropli do kieliszka Patrycji.

Potem go odstawiła. — Twoje zdrowie — powiedziała cicho, podnosząc własny kieliszek. Patrycja wyciągnęła rękę po swoją szklankę wody, ale Bartek podsunął jej wino. — Napij się, kochanie.

To ci pomoże. Patrycja spojrzała na kieliszek. Alicja patrzyła na nią bez mrugnięcia. Patrycja napiła się.

Alicja uśmiechnęła się do siebie. Wtedy drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem. W progu stanął mężczyzna w prochowcu. Inspektor.

Uśmiechnął się. — Dobry wieczór państwu. Czy zastałem panią Alicję Markowską? Alicja odwróciła się do niego powoli.

— Tak. To ja. — Mam kilka pytań w sprawie testamentu pani matki. Bartek napiął się.

Dominika podniosła się z krzesła. Patrycja nadal trzymała kieliszek, ale jej ręce drżały. — Testament? — powtórzył Bartek.

— Ale myślałem, że to mieszkanie należy do…

— Do pani Alicji — dokończył inspektor. — Zgodnie z ostatnią wolą zmarłej. Ten majątek nigdy nie był do podziału. Bartek zrobił krok do tyłu.

Patrycja opuściła kieliszek, wino rozlało się na obrus. Alicja stała nieruchomo, patrząc, jak jej plan się domyka. — To niemożliwe — wyjąkał Bartek. — Matka twierdziła, że…

— Pańska matka?

— inspektor uniósł brwi. — Pani Dominika nie jest matką pani Alicji. To tylko jej macocha. I nie miała prawa rozporządzać tym majątkiem.

Dominika zbladła. Alicja spojrzała jej prosto w oczy. — Mamo. Czyli jednak prawda.

Planowałaś to od początku. Dominika otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Bartek rzucił się do wyjścia, ale inspektor zastąpił mu drogę. — Ma pan jeszcze długi do spłacenia, panie Bartku.

I to nie wobec banku. Bartek zatrzymał się. Patrycja siedziała z szeroko otwartymi oczami. Alicja podeszła do stołu, wyjęła broszkę z kieliszka, w którym ukryła ją wcześniej, i wpięła ją sobie do sukienki.

— Wszystko spłacę — powiedziała cicho. — Ale z moich pieniędzy. Nie z cudzych. Wyszła z gabinetu.

Zostawiła ich za sobą, w tym wielkim, zimnym mieszkaniu, które w końcu naprawdę było jej. Alicja zeszła do kuchni, nalała sobie wody. Wypiła ją wolno, patrząc przez okno na miasto. Wiedziała, że to jeszcze nie koniec.

Ale teraz, po raz pierwszy od śmierci matki, czuła, że stoi na własnych nogach. ================================================================================