Witek odbierał telefony i zawsze wychodził do drugiego pokoju. Mówił krótko, zawodowym tonem, a Helena dawno przestała zwracać na to uwagę. Przyzwyczaiła się. W dniu jej urodzin zadzwonił koło południa.

„Helenko, no cóż, nie wyszło, to nie wyszło” – powiedział i to miało wystarczyć. Krystyna, matka Heleny, pomyślała wtedy, że może taki jest ich los. Może tak po prostu ma być. Wieczorem świętowali w restauracji.
Helena podbiegła do matki, przytuliła policzek do jej policzka. „Moje dziewczyny, chodźmy do stołu” – zawołała. Śmiała się, szeptała coś matce do ucha. Witek wziął jej dłoń i pocałował.
Wyglądało idealnie. Dopiero gdy Helena machała do koleżanek, Krystyna zauważyła, że coś jest nie tak. Kuzynka Waleria nachyliła się i szepnęła. Krystyna słuchała, a w jej głowie coś kliknęło.
Jak licznik w maszynie do szycia. „Pójdę tylko do łazienki przemyć twarz” – powiedziała cicho. Córce kazała zostać i wysłuchać ciotki Zofii. Przeszła korytarzem, obok toalet i szatni.
Tam zatrzymał ją głos. Nie był to głos, do którego była przyzwyczajona. Mówił szybko, ostro, bez wahania. „No dobrze, uciekłaś.
Odwiozę ją do domu, a jak zapytają – wyszła z restauracji jakieś 15 minut przed tym. Ja nie zauważyłem. Stałem tyłem do drzwi. ”
Krystyna stała nieruchomo.
Słyszała szloch po drugiej stronie słuchawki. Potem mężczyzna dodał: „Nie dzwoń do mnie więcej przed 10:00. Ja zadzwonię do ciebie. Do nikogo nie pisz.
No nie płacz. ”
Krystyna wróciła do sali. Nie poszła od razu do stołu. Podeszła do zięcia i powiedziała cicho, że ma do niego pytanie.
Z torebki, tuż przy nim, wypadła spinka do włosów. „Minutę temu” – kontynuowała, patrząc mu prosto w oczy – „ktoś do ciebie dzwonił. Mówiłeś, że ktoś uciekł. Że odwieziesz ją do domu.
”
Witek rozłożył ręce, zaśmiał się do gości. Ale gdy sięgnął do kieszeni po kluczyki, wypadł z nich breloczek. Mała czarna kropelka. Ten sam, który tego ranka Helena włożyła do swojej ciemnozielonej torebki.
Krystyna wyciągnęła telefon. Nagranie było zrobione dwadzieścia minut przed toastami. Witek chował w nim klucze do kieszeni marynarki. A potem powiedział te słowa.
„Chciała tylko wziąć samochód, żeby pojechać do domu” – wyszeptała Helena. Przyjaciółki podeszły cicho. Ktoś poszedł po walerianę. Impreza trwała do końca.
Dziwnie, ale trwała. Krystyna odwiozła córkę taksówką. Trzeciego dnia po urodzinach ktoś zapukał do drzwi. Helena wróciła do pracy.
Wieczorami przychodziła do matki, nie do domu, do pustego mieszkania. Pewnego dnia Krystyna wzięła jej dłoń i powiedziała cicho: „Obiecuję ci miłość i wierność do końca. ”
I dopiero wtedy Helena po raz pierwszy od dwudziestu dni miała na policzkach odrobinę koloru. Od zimna, bo wyszła po chleb i mleko.
Ale jednak.