Ekspres do kawy znowu zacinał, a ja stałem w kuchni i patrzyłem na niego, jakby miał mi powiedzieć, co robić dalej. Za ścianą pachniało starym drewnem i wczorajszym rosołem, a fartuch Danuty wciąż wisiał na haczyku przy drzwiach. Przypominałem sobie, jak mówiła: „No róz się, jeży, ludzie głodni”, i czułem, że otwieram tę restaurację codziennie tylko po to, żeby usłyszeć to jeszcze raz w głowie. Wezwanie do uregulowania zaległości leżało na blacie, a pan z serwisu mruknął, że przyjedzie najwcześniej za kilka dni, bo ma pełny grafik.

Ściskałem słuchawkę i patrzyłem przez okno na puste krzesła, kiedy do środka weszła Oliwia, dawna pomoc kuchenna Danuty, z torbą przewieszoną przez ramię i włosami związanymi niedbale. Powiedziała, że słyszała o problemach, i od razu zaczęła szukać w szafkach, jakby znała to miejsce lepiej niż ja. A potem znalazła karteczkę do sosu grzybowego w pudełku po ozdobach choinkowych i parsknęła śmiechem, pierwszy raz od wielu dni. Zadzwoniłem do Romana, bo wiedziałem, że nie poradzę sobie sam z tym całym balastem.
Pojechaliśmy do Puław autobusem, bo mój samochód stał bez przeglądu, na który ciągle brakowało pieniędzy. Roman ściskał notes i nawet nie patrzył mi w oczy, kiedy tłumaczył, że sąsiadka Halina może pomóc, jeśli tylko poprosimy ją o przechowanie części rzeczy. Ale zanim zdążyłem odpowiedzieć, on już mówił coś cicho do telefonu, a ja słyszałem tylko strzępy: „Nie, nie teraz, później wyjaśnię”. W tamtej chwili poczułem, że coś mi umyka.
Roman zachowywał się inaczej niż zwykle, jakby wiedział coś, czego mi nie mówił. Wieczorem, kiedy zamknęliśmy drzwi, poszedłem do małego gabinetu za kuchnią i znalazłem list od Danuty, który zostawiła, jakby za chwilę miała wejść i sprawdzić, czy nie podrę papieru za mocno. Napisała w nim coś, co sprawiło, że musiałem usiąść. „Jeśli kiedyś będzie naprawdę źle, nie ufaj temu, kto będzie pierwszy chciał pomóc”.
Następnego dnia zadzwoniła kobieta z banku i przekazała, że Ewelina, dawna kasjerka, złożyła jakieś zeznania dotyczące dokumentów restauracji. Nie odpowiedziałem od razu, bo gdybym powiedział pierwszą rzecz, która przyszła mi do głowy, zraniłbym ją bardziej niż chciałem. Oliwia stała przy blacie i milczała, a to do niej zupełnie nie pasowało. W końcu zapytała cicho: „Co zrobimy z festiwalem?
”. A ja patrzyłem na list Danuty i czułem, że wszystko sypie się dokładnie wtedy, kiedy zaczęliśmy wierzyć, że może się udać. Do festiwalu zostało kilka dni. Dwie dawne kelnerki zgłosiły się do obsługi stoiska, a młoda kobieta z notesem i aparatem słuchała uważnie, kiedy opowiadałem o smaku, który wraca do Kazimierza.
Ale Roman znowu zniknął, a ja słyszałem przez uchylone drzwi, jak mówi do kogoś: „To tylko kwestia czasu, zanim wszystko wyjdzie na jaw”. Patrzyłem na notes, w którym Oliwia zapisywała kolejne nazwiska, i czułem, jak coś we mnie drży. Ekspres do kawy znowu harczał, a lista rzeczy do zrobienia wisiała przy lodówce tak długa, że Roman żartował, iż trzeba ją czytać na raty. Tylko że nikomu nie było do śmiechu.
Wieczorem, kiedy wszyscy wyszli, stałem w pustej sali i patrzyłem na krzesła, które Danuta sama wybierała na targu. Wiedziałem, że muszę podjąć decyzję, ale każda droga wydawała się zamknięta. Wtedy zadzwonił telefon. To była Halina, sąsiadka, która trzymała część naszych rzeczy.
Powiedziała tylko: „Przyjdź jutro sam. I nie mów Romanowi”. Zamknąłem drzwi restauracji, zgasiłem światło, ale nie mogłem przestać myśleć o tym, co usłyszałem. W głowie wciąż kołatały mi słowa Danuty, a ja wiedziałem, że jutro coś się skończy albo coś się zacznie.
Czułem to w kościach, jeszcze zanim cokolwiek się wydarzyło.