Usiadłem przy stole, a mój syn spojrzał na mnie i powiedział: „No tato, wiesz, wszystko teraz takie drogie”. Pomyślałem wtedy, ile razy dzwonił tylko po to, żeby coś załatwić. A potem zobaczyłem,…

Patrzyłem na niego i próbowałem dopasować to zdanie do sytuacji, do niego, do nas, ale nic nie pasowało. Zamknąłem portfel i po raz pierwszy od bardzo dawna pomyślałem coś wyraźnie do końca. Podlewałem kwiaty, choć nigdy nie miałem do tego ręki. „No cześć, Michał” – powiedziałem.

Thumbnail

„No” – odpowiedział krótko. Często miał coś do załatwienia. „No dobrze” – powiedziałem. Uciął do piątku i się rozłączył.

„No i co się czepiasz? ” – mruknąłem do siebie. Wziąłem do ręki koszulę, ale już nie wiedziałem, co chcę z nią zrobić. Myśli zaczęły iść do przodu.

Trzeba będzie ją wyprasować, buty przeczyścić, może wpaść wcześniej do fryzjera. Te same meble, ten sam stół, na którym przez lata jedliśmy razem śniadania i kolacje. Rano kawa, jakieś śniadanie, drobne rzeczy do zrobienia, zakupy, sprzątanie, czasem coś naprawić, czasem wyjść na spacer, choć bez celu. „No to trzymaj się” – usłyszałem w słuchawce.

A ja zacząłem żyć od telefonu do telefonu, od jednego „cześć tato” do kolejnego. „No mam, mów”. „Brakuje nam trochę do zamknięcia miesiąca”. „No jakieś 1500 zł”.

„No tak wyszło”. „Nie no, tato, bez przesady”. Dominika była w tym wszystkim trudna do uchwycenia. „No wiesz, wszystko teraz takie drogie”.

Czasem, jak wracałem do domu po takim spotkaniu, siadałem przy stole i próbowałem przypomnieć sobie, ile już poszło. I nagle okazuje się, że nie jesteś już ojcem, z którym się rozmawia, tylko kimś, do kogo się dzwoni, kiedy trzeba coś ogarnąć. W środę poszedłem do banku. Kiedy przyszła moja kolej, podszedłem do okienka.

Wziąłem je, schowałem do portfela. W czwartek zajrzałem do łazienki i przyjrzałem się sobie w lustrze trochę dłużej niż zwykle. „Stary” – powiedziałem do siebie. Ludzie szli do pracy.

„No” – powiedziałem cicho. Schowałem wszystko do kieszeni. Nie do sklepu, nie do lekarza, nie załatwić coś – tylko na spotkanie z synem. Przy wejściu podszedł do mnie kelner.

„No nie do końca” – mruknął Dominika. Podeszła do mnie. Już odwracała się do swoich. „Co podać do picia?

” – zapytał kelner. Raz coś powiedziałem do osoby siedzącej obok. Odpowiedziała krótko, uprzejmie i wróciła do swojej rozmowy. Spróbowałem jeszcze raz do kogoś innego.

Na początku były przystawki, deski, sałatki, coś do podzielenia. „No tak, czasy teraz różne, ale pewnie ma pan odłożone, co? ” – usłyszałem. „No i dobrze” – powiedziała.

„No właśnie” – wtrąciła Dominika. I wrócił do rozmowy. I najgorsze było to, że ja sam dałem im do tego powód. Kelner podszedł do stołu.

„No trzeba przyznać” – powiedziała z uśmiechem. „No” – zrobił krótką pauzę. W sali było gwarno, ale dla mnie nagle zrobiło się cicho, jakby ktoś ściszył wszystko do zera. „No wyszło jak wyszło”.

I wtedy dotarło do mnie coś, czego już nie dało się cofnąć. Druga zwykła do konta. Przyszło mi do głowy coś, czego dawno nie myślałem. Wróciłem do rzeczywistości.

Zabrałem karty, schowałem do portfela, wziąłem paragon, złożyłem go i włożyłem do kieszeni. „No i co? ” – zapytałem. „No widzisz, dało się”.

„No co jeszcze? ” – rzucił. Zdjąłem buty, kurtkę, wszedłem do pokoju i usiadłem na kanapie. Następnego dnia poszedłem do salonu i zmieniłem numer.

Któregoś dnia zapukała do drzwi Patrycja.