Stałem w przedpokoju mojego domu pod Wrocławiem i pakowałem do torby kilka rzeczy na wyjazd. Nie. Ani do pilnowania wnuków, ani do podwiezienia kogoś do przychodni, ani do odebrania paczki, ani do naprawienia kranu, ani do pożyczania pieniędzy, tylko do pierwszego. Chciałem przez parę dni należeć do siebie, do porannej mgły, do jeziora, do wspomnień o Eli.

No proszę. Pchała człowieka do krzyku. Wstałem, podszedłem do zlewu i nalałem sobie szklankę wody. Potem kiedy nie odbierałem, podała telefoniczny problem dalej do mojego własnego syna.
No tato, zaczął Łukasz tym głosem, który miał udawać spokój, ale od spodu już drżała w nim irytacja. No właśnie. Tato, no wiesz przecież. Ty od razu wszystko bierzesz do siebie.
No i co z tego? No ale Monika już zaczęła organizować, to niech organizuje u ciebie. Telefon odłożyłem ekranem do dołu, jakby samo patrzenie na niego mogło mnie zmęczyć. Potem podszedłem do szuflady tej pod kredensem, gdzie Elżbieta trzymała stare notesy, gumki, recepturki i klucze, do których nikt już nie pamiętał zamków.
I wtedy przyszła do mnie pierwsza naprawdę jasna myśl tego dnia. No, no, widać, że ktoś tu nie śpi. Kiedy oni przylatywali do Polski, nagle wszystko musiało być lepsze. No, no, ale pan zaszalał.
No z tym grillem na dzień ojca. Monika pisała na grupie osiedlowej do kilku osób, czy ktoś ma pożyczyć składane krzesła. No i zaprosiła też bożankę z końca ulicy, te od kwiaciarni. Uśmiechnąłem się do pani Ireny, choć twarz miałem jak z drewna.
Wróciłem do domu i zamknąłem drzwi na klucz. Wystarczyło ją wziąć, wsiąść do samochodu i pojechać, zostawić to wszystko. Poszedłem do salonu i otworzyłem dolną szafkę w kredensie. No nie wierzę, pomyślałem.
Wstałem od stołu i wyniosłem talerz do zlewu. Dawniej może bym zadzwonił do Łukasza, tłumaczył, prosił, żeby przemówił żonie do rozsądku. Może nawet posiadłbym do sklepu i kupił tę karkówkę, mrucząc pod nosem, że ostatni raz. Tyle że ostatni raz w rodzinie bardzo często oznacza tylko do następnego razu.
Tym razem nie poszedłem do sklepu. W takim razie musimy wstrzymać realizację do czasu pisemnej zgody właściciela. Potem zadzwoniłem do Seweryna. Po tej rozmowie pojechałem do małego sklepu budowlanego przy głównej drodze.
Po powrocie przykręciłem tabliczkę do furtki. Potem poszedłem do Bogdana, sąsiada z naprzeciwka. Bogdan był wdowcem, byłym mechanikiem, człowiekiem małomównym, ale uczciwym do kości. Torba nadal stała w pokoju gościnnym, nierozpakowana do końca.
Dziadek krzyknął i podbiegł do mnie. No, Tadeusz. Ryszard podszedł do mnie i wyciągnął rękę. Wtedy podeszła do mnie jakaś kobieta, której chyba nigdy wcześniej nie widziałem.
Odstawiłem filiżankę na stół i poszedłem do furtki. Ktoś szeptał do kogoś, że chyba pomylił adres. Łukasz stał przy tarasie, jakby ktoś przykleił mu buty do ziemi. powiedziałem nie odwracając się do niego.
Grażyna podeszła do Moniki położyła jej rękę na ramieniu. Był do tej pory cicho. W Anglii też nie wchodzi się komuś do domu i nie robi z niego kelnera. Wyszedłem więc o krok bliżej do nich.
My naprawdę myśleliśmy, wiem, powiedziałem i nie mam do państwa pretensji. No to faktycznie niezręcznie. Łukasz w końcu podszedł do niej i cicho coś powiedział. Potem odwróciłem się do rodziny.
o jakimś koledze, który przyniósł do klasy ślimaka w pudełku po lodach. Wytarłem powoli filiżankę i odstawiłem ją do szafki. Odwróciłem się do niego. Wziąłem od niego talerz, wytarłem go i wsunąłem do szafki.
Później, kiedy kawa była już zimna, a dzieci zaczęły ziewać, Monika podeszła do mnie sama. Skinęła głową i wróciła do stołu. Zgasiłem światło na tarasie, ale nie wszedłem od razu do domu.