Wsunęła mi banknoty do kieszeni kurtki, jakbym był kimś, kogo trzeba kupić, żeby milczał. „Nie dzwoń do mnie po kryjomu, Ewa” – powiedziałem, ale ona już zniknęła w tym wielkim domu, który kiedyś…

„To pana wina, że Damian ma w głowie te wszystkie lęki! ” – Ewa stała w drzwiach naszej kuchni, a ja patrzyłem na nią i widziałem nie elegancką kobietę w drogim płaszczu, ale małą dziewczynkę w za dużej czapce, którą odprowadzałem do przedszkola, zanim zdążyłem pobiec do szkoły na pierwszą lekcję. Wciskała mi wtedy zimną rączkę do kieszeni płaszcza, bo zapomniałem jej rękawiczek. A teraz stała naprzeciwko mnie i oskarżała o coś, czego nie rozumiałem.

Thumbnail

„Proszę pana, ja nie mam nic do nauczycieli” – próbowałem tłumaczyć, ale Damian już odwrócił się do okna. Patrzyłem na jego wyprostowane plecy, na tę pewność siebie, którą zawsze podziwiałem, a która teraz wydawała mi się jak mur nie do przebicia. Kiedy wychodziłem, Ewa wsunęła mi coś do kieszeni kurtki. Nie musiałem sprawdzać, co to było – przez materiał wyczułem banknoty.

Leżały obok kluczyków do ich wielkiego samochodu i zapachowej świecy, która udawała domowe ciepło. „Nie dzwoń do mnie po kryjomu, Ewa” – powiedziałem cicho, ale ona już zniknęła w głębi domu. Nie chciałem wracać do swojego mieszkania za pieniądze podane jak jałmużna. Ruszyłem pieszo do przystanku, wsiadłem tylnymi drzwiami tramwaju i przyłożyłem czoło do zimnej szyby.

Przez szybę widziałem miasto, które znałem od dziecka – kamienice, sklepy, ludzi spieszących do domów. Dotarłem późno, mieszkanie powitało mnie ciszą. W przedpokoju stały kalosze Zosi, które zostawiła ostatnim razem, bo uparła się, że wróci w nich do domu, chociaż nie padało. Mała zaglądała mi do szuflad i pytała, czy naprawdę kiedyś nie było tabletów.

Nie dzwoniłem do Ewy. W czwartki do przychodni po receptę zawsze ta sama kolejka, te same westchnienia. Pamiętałem czasy, gdy prowadziłem szkolną klasę – jedna dziewczyna została lekarką, jeden chłopak mechanikiem i do dziś kłania mi się z drugiej strony ulicy. „No widzisz, młody człowieku” – powiedziałem kiedyś do chłopaka, który stał obok, ale on tylko wzruszył ramionami.

Po drugiej stronie telefonu Stefan milczał przez chwilę, jakby i on wrócił myślami do tamtych lat. „On do dziś pana pamięta” – usłyszałem w słuchawce. Siwe włosy miał zaczesane do tyłu, kiedy parę dni później stanął w drzwiach mojego mieszkania. „Mam do pana nietypową prośbę” – zaczął, a ja patrzyłem na niego, czekając.

„Szukam projektów, w które mogę włożyć kapitał, ale bez siedzenia nad nimi od rana do nocy”. Podał mi kwotę, która dla mnie była tak abstrakcyjna jak odległość do Księżyca. Nie wiedziałem jeszcze, do czego zmierza, ale czułem, że to ważne. Kiedy powiedział, że chce, żebym to ja reprezentował go w rozmowach z Damianem, poczułem, jak coś ściska mnie w gardle.

„Pan zna tego chłopaka lepiej niż ktokolwiek” – dodał. „I pan wie, jak on traktuje ludzi bliskich”. Do centrum pojechałem tramwajem, w nowej koszuli i krawacie, którego nie nosiłem od imienin kolegi ze szkoły. Poprowadzono mnie korytarzem do osobnej sali, gdzie przy stole siedział już Damian – ten sam pewny siebie Damian, który kiedyś był moim uczniem.

„Panie Piotrze, skoro Damian należy do pańskiej rodziny, pan chyba najlepiej wie, jak on traktuje ludzi bliskich” – powiedział Stefan, a ja patrzyłem na chłopaka, który kiedyś pisał wypracowania o uczciwości, a teraz rozmawiał o milionach jak o drobnych. „Dla niego człowiek, który nie zarabia przynajmniej 20 000 zł miesięcznie, jest kimś gorszym” – usłyszałem własny głos. Potem przyszła wiadomość od znajomego z osiedla, że stara kamienica, o której mówił Damian, poszła do innego inwestora. I wtedy zrozumiałem, że ta gra ma więcej warstw, niż myślałem.

Tego wieczoru wyjąłem jabłka, które przyniosła Zosia. Miałem z nich zrobić kompot, ale ręce same wyjęły miskę, mąkę, jajka, cukier. Mała przyciskała do piersi pluszowego królika, patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, a ja mieszałem ciasto, czując, że to, co najważniejsze, jeszcze przede mną. Było tyle zdań, które mogły mi przyjść do głowy, tyle gorzkich, łatwych słów.

Aż parsknąłem, choć wcale nie było mi do śmiechu.