Złożyłam aplikację na zwykłe stanowisko starszego programisty, a on nagle wyciągnął asa z rękawa i zaproponował mi stanowisko dyrektora technicznego. Podbił stawkę do granic moich ówczesnych marzeń, a ja pomyślałam: własny zespół, realny wpływ na produkt, nie muszę czekać na decyzję bankowych audytorów. To była moja wielka szansa. Janusz wpadał do mojego gabinetu z obłędem w oczach i kazał mi rzucać wszystko, by zająć się jego nowym projektem.

Najpierw to znosiłam, myśląc, że tak po prostu wygląda praca u boku wizjonera. Potem zablokował mi dostęp do repozytorium i całkowicie wbrew moim analizom ryzyka podjął decyzję o outsourcingu kluczowej części systemu do Indii. Wracałam tramwajem do domu, gapiąc się w rozmazane przez listopadową mrzawkę światła Warszawy, a w gardle miałam kluchę. W pewnym momencie, gdy wymknęłam się na papierosa na mróz, podszedł do mnie Robert, drugi dyrektor odpowiedzialny za finanse.
Jako jedyny zachowywał resztki ludzkich odruchów. Byłam z nim boleśnie szczera i otwarta, myśląc, że w końcu coś do niego dotarło. Niestety, gdy tylko minął efekt rozmowy dyscyplinującej z Robertem, Janusz ruszył do bezwzględnego kontrataku. Nie mogłam po prostu rzucić papierów z dnia na dzień.
Pola chodziła do trzeciej klasy podstawówki, a pod koniec miesiąca musiałam mieć z czego zapłacić za czynsz i komitet rodzicielski. Mogłam tolerować nudę i chaos, ale to, że facet zrobił sobie ze mnie osobisty worek treningowy i systematycznie mnie niszczył, stało się nie do wytrzymania. Tuż przed końcem pracy zgarnęła mnie do pustej salki konferencyjnej. No dobrze, Ola, ale Bartek słyszał dzisiaj, jak rozmawiasz przez telefon na zewnątrz budynku.
Poczułam, jak krew uderza mi do policzków. Cały ten stres, złość i upokorzenie przyniosłam do domu. W poniedziałek rano przypomniałam sobie, że w przyszły piątek ma wpaść elektryk, żeby podłączyć nową płytę w kuchni. Napisałam maila do Janusza z pytaniem, czy mogłabym pracować zdalnie.
Gdy wróciłam do domu, usiedliśmy z Łukaszem w kuchni. Choćbyśmy mieli jeść same ziemniaki i zacisnąć pasa na maksa, wolę to niż patrzeć, jak ten facet niszczy mi żonę. Zaczęłam wysyłać CV. Na jednej z rozmów czułam, że wreszcie ktoś rozmawia ze mną jak z partnerem, a nie podwładnym do bicia.
To był ten sam piątek, w który Janusz zmusił mnie do wzięcia urlopu wypoczynkowego z powodu elektryka. Nowa firma zaoferowała mi sporą podwyżkę i pracę prawie w stu procentach zdalną. Śmiałam się wieczorem do Łukasza, że będą mi płacić większe pieniądze za robienie tego, co kocham, a ja będę mogła siedzieć na własnej kanapie. Gdy przeczytałam paragraf dotyczący rozwiązania umowy, serce podeszło mi do gardła.
Zadzwoniłam do Janusza. Jeśli uprze się i zmusi mnie do odpracowania trzech miesięcy, stracę kontrakt życia. Płakałam w poduszkę do trzeciej nad ranem, czując, że klatka zatrzasnęła się na dobre. Grypa rozbijała mnie od środka, ale wiedziałam, że muszę wejść do jaskini lwa.
Wskoczyłam w elegancki garnitur, nałożyłam mocniejszy makijaż, żeby ukryć chorobę, i wlałam w siebie podwójne espresso. Zgarnął mnie do głównej sali konferencyjnej, zanim zdążyłam usiąść przy biurku. Próbował mnie zastraszyć, zgnieść, zmusić do posłuszeństwa, a ja po prostu siedziałam. No dobrze, rozważyłem to wszystko jeszcze raz i stwierdziłem, że nie ma sensu trzymać pani tu na siłę.
Co prawda, żeby mi dopiec na koniec, wysłał mnie natychmiast do domu na bezpłatne chorobowe i uciął kasę za świąteczne dni, ale miałam to gdzieś. Wyszłam z tego budynku i nigdy nie oglądałam się za siebie.