Weronika pochyliła się nad moim łóżkiem, a jej twarz znalazła się tuż przy moim uchu. Czując jej perfumy zmieszane z zapachem szpitalnego środka dezynfekującego, usłyszałam, jak szepcze: „Twój głupi mężulek jest do niczego i bardzo łatwo było się go pozbyć”. Moje ciało pozostało bezwładne, ale umysł krzyczał. Przez ostatnie tygodnie ufałam tym dwojgu bezgranicznie — Weronice, mojej szwagierce, i doktorowi Dariuszowi, który prowadził moje leczenie.

To oni mieli czuwać nade mną po wypadku, gdy zostałam przykuta do szpitalnego łóżka z porażonym ciałem. Doktor Dariusz podszedł do wózka z przyrządami medycznymi, a w jego dłoni błysnęła szklana fiolka. Weronika uśmiechała się szeroko, z konspiracyjną radością, szepcząc mu coś do ucha. Widziałam, jak napełnia strzykawkę gęstym, czarnym płynem.
Potem zbliżył się do mojej dłoni, w którą wbity był wenflon. Powoli, lecz stanowczo, nacisnął tłok. Zimno jak ostry sopel lodu wdarło się do mojej żyły i błyskawicznie dotarło do mózgu. Kardiomonitor zaczął gubić rytm, a ja przestałam czuć powietrze wpadające do nosa.
Wiedziałam, że mają mnie za całkowicie sparaliżowaną, niezdolną do jakiejkolwiek reakcji — ale mylili się co do jednego. Mój umysł wciąż pracował. Wysyłałam z głębi mózgu polecenia do ręki, zmuszając strumień świeżej krwi do krążenia aż w głąb kości. Każdy ruch sprawiał niewyobrażalny ból, ale nie mogłam się zatrzymać.
Moja dłoń powoli zsunęła się niżej, w stronę metalowej ramy łóżka, do której wcześniej przykleiłam urządzenie. Pielęgniarka weszła do pokoju, podchodząc do lewej strony łóżka, by posprzątać resztki owsianki, którą Weronika wepchnęła mi do ust na siłę. Widziałam, jak jej wzrok pada na moją poruszającą się dłoń, i na moment zamarła. Ale zanim zdążyła zareagować, Weronika odwróciła jej uwagę, a ja kontynuowałam mozolną drogę ku włącznikowi.
Weronika wyszła z pokoju, ale po chwili wróciła — najwyraźniej zgubiła coś ważnego. Z irytacją podeszła do składanego wózka inwalidzkiego w rogu sali i zaczęła pchać go z pełną siłą w moją stronę. Szepnęła mi prosto do lewego ucha: „Nie myśl sobie, że ktokolwiek ci uwierzy”. Ból eksplodował od stawów żuchwowych aż do skroni, gdy wymusiła otwarcie moich ust, blokując drogi oddechowe.
Płuca krzyczały o tlen, ale ja skupiłam całą energię na jednym celu. Mój prawy kciuk, zesztywniały i ledwo czujący cokolwiek, w końcu dotknął włącznika urządzenia przyklejonego do ramy. Weronika spojrzała na mnie z drwiącym uśmiechem. „Nikt nie przyjdzie ci z pomocą, kochanie” — powiedziała cicho, a potem skinęła na Dariusza, który wyciągnął kolejną strzykawkę.
Wtedy nacisnęłam przycisk.