Rano chodziłem po mieszkaniu z tym dziwnym uczuciem, które zawsze pojawiało się przed podróżą. Walizka stała otwarta na łóżku, a na komodzie leżały paszport, potwierdzenie rezerwacji i wydrukowane bilety. Miałem wszystko także w telefonie, ale papier wydawał mi się pewniejszy. Tak już mam.

Przez całe życie lubiłem wiedzieć, że wszystko jest dopięte. A tę podróż dopinałem właściwie od początku do końca. To ja znalazłem apartament, to ja porównywałem loty. Wieczorami siedziałem przy kuchennym stole z laptopem i sprawdzałem, gdzie najlepiej wynająć samochód, gdzie zjeść coś dobrego, a gdzie nie dać się naciągnąć na turystyczne ceny.
Renata mówiła: „Tato, ty masz do tego cierpliwość”. Miałem, zwłaszcza jeśli chodziło o nią. Od śmierci mojej żony chyba jeszcze bardziej przyzwyczaiłem się do tego, że muszę być potrzebny. Renata była jedyną córką.
Zawsze powtarzałem sobie, że skoro mogę jej pomóc, to dlaczego miałbym tego nie robić? Kiedy razem z Rafałem kupowali dom, dołożyłem im sporą część wkładu. Potem wyszedł remont kuchni, potem łazienka, później samochód zaczął się psuć. Za każdym razem było podobnie.
„Tato, oddamy ci. Tylko teraz mamy cięższy miesiąc”. Albo Rafał: „Ryszard, przecież to tylko na chwilę”. Nigdy nie dopominałem się o zwrot.
Na dom poszło ode mnie około stu dwudziestu tysięcy złotych. Na remont kolejne kilkadziesiąt. Do samochodu też się dołożyłem. Bywało, że opłacałem im rachunki, kiedy twierdzili, że akurat coś im się nie spina.
Pieniądze są po to, żeby pomagać rodzinie – tak sobie mówiłem. Kiedy chciałem kupić sobie lepszy telewizor, odkładałem to na później. Kiedy Stefan namawiał mnie na kilka dni na Mazurach, odpowiadałem, że może innym razem, bo Renata akurat potrzebowała pomocy. „Jeszcze zdążę” – to były chyba najczęściej powtarzane przeze mnie słowa.
Jeszcze zdążę pojechać, jeszcze zdążę coś sobie kupić, jeszcze zdążę odpocząć. A przecież miałem już sześćdziesiąt osiem lat. Tego dnia jednak naprawdę czułem się jak ktoś, kto wreszcie coś zrobił dla siebie. Hiszpania, słońce, morze.
Kilka dni bez gotowania, bez patrzenia na ten sam widok z kuchennego okna. Chciałem też pobyć z Renatą normalnie, bez pośpiechu. Może właśnie dlatego tak bardzo się cieszyłem. Kończyłem wkładać kosmetyczkę do walizki, kiedy zadzwonił domofon.
Spojrzałem na zegarek. Renata. Nie umawialiśmy się, więc trochę mnie to zdziwiło. Wpuściłem ją na górę.
Weszła szybko, z telefonem w jednej ręce i kluczami do samochodu w drugiej. Nawet nie zdjęła kurtki. – Cześć, tato. – Cześć.
Kawy? – Nie, nie mam czasu. Stanęła w przedpokoju i przez chwilę patrzyła na mnie tak, jakby zastanawiała się, od czego zacząć. – Coś się stało?
– Nie, właściwie nic takiego. Już wtedy poczułem niepokój. Renata westchnęła. – Tato, jednak nie pojedziesz.
Ktoś musi zostać z Rufusem. Patrzyłem na nią chyba kilka sekund, zanim dotarł do mnie sens tych słów. – Jak to nie pojadę? – No normalnie, zostaniesz tutaj.
Rufus nie może być sam. Zaśmiała się lekko, jakby tłumaczyła coś oczywistego. – Renata, przecież mam bilet. – Wiem.
– Walizkę mam spakowaną. – Tato, nie rób z tego tragedii. Te słowa zabolały bardziej niż powinny. – Ja robię tragedię?
– Przecież to tylko kilka dni, a ty jesteś na emeryturze, więc dla ciebie to najmniejszy problem. Najmniejszy problem. Stałem w swoim przedpokoju i patrzyłem na własną córkę, próbując zrozumieć, kiedy dokładnie ktoś zdecydował za mnie, że moje plany są mniej ważne niż cudze. Renata już wyciągała telefon.
– Rufus rano i wieczorem. Tabletkę dostaje po śniadaniu. Trzeba z nim wychodzić przynajmniej trzy razy dziennie, ale wieczorem trochę dłużej. Renata i w środę masz weterynarza.
Wszystko ci napiszę. Mówiła spokojnie, rzeczowo, prawie jakby przekazywała instrukcję obsługi jakiegoś sprzętu. Ani razu nie zapytała, co ja o tym myślę. Ani razu nie powiedziała „przepraszam”.
– A wyjazd? – zapytałem. – Jakoś to załatwimy. Spojrzała na mnie z lekkim zniecierpliwieniem.
– Tato, proszę cię, nie zaczynaj. I właśnie wtedy coś we mnie opadło. Nie krzyczałem, nie pytałem więcej. Skinąłem tylko głową.
– Dobrze. Renata od razu się rozluźniła. – Wiedziałam, że zrozumiesz. Podeszła, cmoknęła mnie szybko w policzek i wyszła.
Zostałem sam. Przez chwilę stałem w przedpokoju, słuchając, jak jej kroki cichną na klatce schodowej. Potem wróciłem do sypialni. Walizka nadal była otwarta.
Na wierzchu leżała jasna koszula, którą kupiłem specjalnie na ten wyjazd. Usiadłem na brzegu łóżka i patrzyłem na nią długo. Najgorsze nie było nawet to, że nie pojadę. Najgorsze było coś innego.
Nikt mnie o nic nie zapytał. Po prostu zdecydowali, że zostaję. Rufus przyjechał następnego ranka. Renata wprowadziła go do mieszkania.
Postawiła przy drzwiach torbę z karmą, drugą z jego rzeczami i jeszcze małe pudełko z lekami. Rafał nawet nie wszedł na górę – siedział w samochodzie i co jakiś czas trąbił krótko, jakby chciał przypomnieć, że bardzo się spieszą. – Tu masz wszystko – powiedziała Renata. – Karma jest podzielona.
Rano jedna miarka, wieczorem jedna. Tabletka po śniadaniu. Nie na pusty żołądek. – Wiem.
– I nie dawaj mu niczego ze stołu. – Renata, naprawdę sobie poradzę. – Mówię tylko, żeby potem nie było problemu. Rufus stał obok mnie i patrzył raz na nią, raz na mnie.
Duży, jasny pies z łagodnymi oczami. Znał mnie dobrze. Wiele razy zostawał u mnie na kilka godzin, ale nigdy na tyle dni. Renata przykucnęła, pogłaskała go po szyi.
– Bądź grzeczny. Potem wstała. – Muszę lecieć. – Jasne.
Przez moment miałem nadzieję, że powie coś jeszcze. Może „tato, przykro mi”. Może chociaż „następnym razem pojedziemy razem”. Nic takiego nie padło.
Pocałowała mnie w policzek, poprawiła torbę na ramieniu i już po chwili usłyszałem, jak zamykają się drzwi na klatkę. Rufus podszedł do nich i usiadł. Czekał. – Nie wróci – powiedziałem do niego.
Spojrzał na mnie. – Przynajmniej nie dzisiaj. Po kilku minutach przestał nasłuchiwać i położył się w przedpokoju. Ja natomiast nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca.
Niby miałem co robić – posprzątać po śniadaniu, poczytać gazetę, włączyć radio. Ale wszystko wydawało się jakieś bez sensu. Najgorsza była ta świadomość, że mniej więcej o tej porze powinienem jechać z nimi na lotnisko. Zamiast tego stałem w kuchni i mieszałem łyżeczką kawę, której nawet nie chciało mi się pić.
Po południu Rufus zaczął krążyć przy drzwiach. – No dobrze, chodź. Założyłem kurtkę, przypiąłem mu smycz i wyszliśmy. Powietrze było chłodne, ale przyjemne.
Poszliśmy w stronę parku. Rufus od razu ożył. Obwąchiwał każdy krzak, każdy pień, każde miejsce, które najwyraźniej miało dla niego jakieś ogromne znaczenie. Patrzyłem na niego i pomyślałem, że on przynajmniej niczego nie udaje.
Jak chce iść w lewo, to ciągnie w lewo, jak się cieszy, to macha ogonem. Jak czegoś nie lubi, od razu to wiadomo. Ludzie są dużo bardziej skomplikowani. Przy jednej z alejek Rufus nagle zatrzymał się i zaczął patrzeć przed siebie.
Kilka metrów dalej stała kobieta, mniej więcej w moim wieku. Miała jasny płaszcz i papierowy kubek w dłoni. Schyliła się lekko, kiedy Rufus podszedł bliżej. – O, jaki przystojniak!
Rufus oczywiście uznał to za zaproszenie. – Przepraszam – rzuciłem. – On czasem zachowuje się, jakby wszystkich znał. Kobieta się uśmiechnęła.
– To akurat dobra cecha. Pogłaskała go po łbie. – Jak ma na imię? – Rufus.
– Pasuje do niego. – A pani? – Krystyna. – Ryszard.
Skinęliśmy sobie głowami. Nic więcej. Żadnej wielkiej rozmowy, żadnego niezwykłego momentu. Kilka zwyczajnych zdań między dwojgiem obcych ludzi.
Po chwili Krystyna ruszyła dalej swoją alejką, a ja z Rufusem poszedłem w przeciwną stronę. Wieczorem siedziałem w salonie. Rufus spał przy kanapie, a ja bez większego zainteresowania przewijałem telefon. I wtedy przyszła wiadomość od Renaty.
Kilka zdjęć. Najpierw lotnisko, potem wnętrze apartamentu, potem restauracja gdzieś przy promenadzie. Otworzyłem trzecie zdjęcie i przez chwilę nie rozumiałem, na co patrzę. Renata siedziała przy stole obok Rafała.
Naprzeciwko nich Jadwiga i Roman, rodzice Rafała. Wszyscy uśmiechnięci. Na stole owoce morza, wino, jakies kolorowe telerze, za nimi morze. Powiększyłem zdjęcie, chociaż przecież doskonale widziałem, kto tam jest.
Jadwiga, Roman. Dla nich miejsce się znalazło. Siedziałem nieruchomo chyba z minutę. Potem zadzwoniłem.
Renata odebrała po kilku sygnałach. – Tato, coś z Rufusem? Pierwsze pytanie, oczywiście. – Nie, z Rufusem wszystko w porządku.
– To co się stało? – Widziałem zdjęcia. Zapadła cisza. – Jakie zdjęcia?
– Te z Jadwigą i Romanem. Znów cisza. – Aha. – Renata, chcę tylko zrozumieć jedną rzecz.
– Tato, skoro miało zabraknąć miejsca, to dlaczego oni pojechali? Usłyszałem jej westchnienie. – Naprawdę teraz będziemy to wałkować? – Pytam, bo tak wyszło.
– Tak wyszło. Rodzice Rafała już wcześniej chcieli jechać. Wszystko się skomplikowało. Nie rób z tego jakiegoś dramatu.
Poczułem, jak zaciskam palce na telefonie. – Czyli dla nich miejsce było. – Tato, proszę cię. – A dla mnie nie.
– Znowu wszystko bierzesz osobiście. Zaśmiałem się krótko, chociaż wcale nie było mi do śmiechu. – Jestem twoim ojcem. Jak mam tego nie brać osobiście?
– Przesadzasz naprawdę? – Czyli Jadwiga i Roman są rodziną, a ja jestem od pilnowania psa. – Nie powiedziałam tego, ale dokładnie tak to wygląda. Jej głos zrobił się chłodniejszy.
– Ryszard, nie zamierzam sobie psuc pierwszego wieczoru w Hiszpanii taką rozmową. Rzadko mówiła do mnie po imieniu. Wiedziałem, co to znaczy. Była zła.
– Dobrze, odpowiedziałem. Rufus dostał tabletkę. Spojrzałem na psa śpiącego przy moich nogach. – Dostał.
– To dobrze. Zadzwonię jutro. Rozłączyła się. Nie pamiętam, jak długo siedziałem potem w ciszy.
W końcu Rufus wstał, przeciągnął się i podszedł do drzwi. Znowu machnął ogonem. – No chodź. Było już ciemniej niż wcześniej.
Lampy w parku świeciły między drzewami, a alejki prawie opustoszały. Szliśmy powoli i wtedy zobaczyłem ją znowu. Krystyna stała przy ławce z kubkiem kawy w dłoni. Rufus od razu ją rozpoznał.
Podeszła kilka kroków. Spojrzała najpierw na psa, potem na mnie i bez uśmiechu zapytała:
– Ciężki dzień? Następnego dnia rano Rufus obudził mnie wcześniej niż zwykle. Stanął przy łóżku, sapnął mi prosto w twarz i trącił mnie nosem w rękę.
– Już, już – mruknąłem. – Człowiek na emeryturze też ma prawo pospać. Oczywiście nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Po śniadaniu wyszliśmy do parku.
Powietrze było świeże. Na alejkach leżały jeszcze mokre liście po nocnym deszczu. Rufus szedł spokojnie, jakby znał już całą trasę. Krystynę zobaczyłem niedaleko tej samej ławki co poprzedniego wieczoru.
Tym razem pierwsza się uśmiechnęła. – Dzień dobry, panie Ryszardzie. – Dzień dobry. – Widzę, że Rufus konsekwentnie pilnuje pańskiego harmonogramu.
– Bardziej niż ja sam. Zaśmiała się. Poszliśmy kawałek razem. Rozmowa zaczęła się od psa.
Potem zeszła na pogodę, park, remont pobliskiej ulicy, a po kilku minutach rozmawialiśmy już tak swobodnie, jakbyśmy znali się dłużej niż od wczoraj. Krystyna miała w sobie coś lekkiego. Nie próbowała być za wszelką cenę dowcipna. Nie zadawała też miliona pytań.
Po prostu umiała rozmawiać. W pewnym momencie wskazała małą kawiarnię przy wyjściu z parku. – Ma pan czas na kawę? Pierwszym odruchem było powiedzieć, że nie.
Sam nie wiem dlaczego. Przez ostatnie lata zawsze miałem wrażenie, że powinienem gdzieś wracać, coś załatwiać, na kogoś czekać. Spojrzałem na Rufusa, potem na zegarek. Nie miałem absolutnie nic do zrobienia.
– Mam – odpowiedziałem. Usiedliśmy na zewnątrz. Rufus dostał miskę z wodą i natychmiast położył się przy moim krześle. – Mieszką pan niedaleko?
– Kilkanaście minut stąd. – Sam? Pytanie zabrzmiało zwyczajnie, bez ciekawości podszytej sensacją. – Sam.
Przez chwilę milczałem. – Żona zmarła kilka lat temu. Krystyna tylko skinęła głową. – Rozumiem.
I nie dopytowała. Byłem jej za to wdzięczny. Rozmawialiśmy jeszcze długo. O tym, że człowiek z wiekiem zaczyna bardziej cenić spokój.
O tym, jak szybko potrafią minąć całe lata. O miejscach, które chcielibyśmy jeszcze zobaczyć. Krystyna opowiadła, że czasem siada do pociągu i jedzie gdzieś na jeden dzień bez większego planu. – Po prostu?
S-amemu? – A czemu nie? To pytanie zostało ze mną dłużej, niż się spodziewałem. Po kawie pożegnaliśmy się przy parku.
– Miłego dnia, panie Ryszardzie. – Wzajemnie. I wtedy powiedziała:
– I proszę zrobić dziś coś dla siebie. Uśmiechnąłem się.
– Zobaczymy. Kiedy wróciłem do domu, telefon zadzwonił niemal od razu. Renata. – Cześć, tato.
Dałeś Rufusowi tabletkę? – Dałem. – Jak się masz? – Dałem.
– Co u ciebie? – Dałem. – Byłeś z nim na spacerze? – Byłem.
Długo? – Wystarczająco długo. – I nie dawaj mu za dużo jedzenia. On potem żebrze i robi się nieznośny.
– Dobrze. – A wieczorem też wyjdź z nim trochę dłużej. – Wyjdę. – No dobrze, to pa.
Rozłączyła się. Stałem przez chwilę z telefonem w ręce. Krystyna po kilkunastu minutach rozmowy zapytała mnie, czy dobrze śpię, czy lubię podróżować, co robię w wolnym czasie. Moja własna córka od wyjazdu nie zapytała mnie ani razu, jak się czuję.
Interesował ją Rufus, tabletka, spacer, karma. I nagle bardzo wyraźnie to zobaczyłem. Odłożyłem telefon. Przypomniały mi się słowa Krystyny.
„Proszę zrobić dziś coś dla siebie”. Poszedłem do sypialni i otworzyłem szafę. Wyjąłem jasną koszulę, tę samą, którą kupiłem na Hiszpanię. Założyłem ją.
Do tego marynarka, porządne buty. Spojrzałem w lustro. – No dobrze, Ryszard – powiedziałem do własnego odbicia. – Zobaczymy, czy jeszcze pamiętasz, jak to się robi.
Pojechałem do centrum. Wybrałem restaurację, obok której przechodziłem już kilka razy, ale zawsze uważałem, że jest trochę za droga na zwykły obiad. Usiadłem sam. Na początku czułem się dziwnie – wszędzie pary, rodziny, grupy znajomych – a potem zauważyłem coś oczywistego.
Nikogo nie obchodziło, że siedzę sam. Zamówiłem porządny obiad, kieliszek czerwonego wina i deser. Kiedy kelner przyniósł rachunek, przez moment odezwał się stary odruch – za dużo. A potem pomyślałem o wszystkich przelewach dla Renaty i Rafała.
Zapłaciłem bez wyrzutów sumienia. Po obiedzie wszedłem do sklepu, w którym od miesięcy oglądałem porządny zegarek. Nie był tani. Wcześniej za każdym razem mówiłem sobie, że mój stary działa.
Tego dnia poprosiłem sprzedawcę, żeby go zapakował. Kiedy późnym popołudniem wyszedłem z Rufusem, Krystyna znów była w parku. Zauważyła od razu torbę ze sklepu. – Widzę, że posłuchał pan rady.
– Chyba pierwszy raz od dawna. Spojrzała na mnie z uśmiechem. Ruszyliśmy alejką. Przez kilka minut szliśmy w milczeniu.
Potem sam się odezwałem. – Pani Krystyno, tak? – Tak? – Może jutro znowu kawa?
Spojrzała na mnie z lekkim rozbawieniem. – Może. I po chwili dodała:
– Ale tym razem pan wybiera miejsce. – Umowa stoi.
Rufus machnął ogonem, jakby właśnie zaakceptował nasze ustalenia. Do Stefana nie dzwoniłem chyba od kilku miesięcy. Numer miałem zapisany w telefonie od lat, ale kiedy zobaczyłem jego imię na ekranie, przez chwilę poczułem się trochę głupio, jak człowiek, który nagle przypomniał sobie o kimś ważnym dopiero wtedy, kiedy zrobiło się cicho wokół niego. Nacisnąłem połączenie.
Odebrał szybko. – No proszę, żyjesz. – Zaśmiałem się. – Tak, Ryszard, ja już myślałem, że cię własna córka całkiem porwała.
– Bez przesady. – Myślałem, że Renata już całkiem przejęła twój kalendarz. To było powiedziane żartem, ale trafiło celniej, niż Stefan mógł przypuszczać. – Miałem ostatnio sporo spraw.
– Ty zawsze masz sporo spraw, tylko jakoś dziwnym trafem wszystkie są cudze. Zamilkłem. Stefan chyba wyczuł, że przesadził, bo zaraz zmienił ton. – Dobra, nie będę cię męczył.
Co się stało? – Nic. Po prostu pomyślałem, że dawno się nie widzieliśmy. – To akurat prawda.
Umówiliśmy się na późne przedpołudnie w małym barze niedaleko rynku, takim zwyczajnym, bez modnych nazw, gdzie kawa kosztowała normalne pieniądze, a kelnerki znały połowę klientów. Stefan był już na miejscu. Siedział przy stoliku pod oknem i wyglądał prawie tak samo jak zawsze. Trochę bardziej siwy, trochę cięższy, ale z tym samym uśmiechem człowieka, który przez całe życie potrafił obrócić połowę problemów w żart.
– No, pokaż się – powiedział, kiedy podszedłem. – Jeszcze cię poznaję. Usiadłem naprzeciwko. Rozmawialiśmy długo.
Najpierw o głupotach, o pogodzie. O tym, że wszystko podrożało, o wspólnich znajomych. Potem Stefan przypomniał mi nasz niedoszły wyjazd na Mazury. – Pamietasz?
Mieliśmy pojechać na cztery dni. – Pamietam. – I co zroobieś? – Westchnąłem.
Renata miała wtedy ekipę od remontu. – No właśnie. Potrzebowała pomocy. – Potrzebowała kierowcy, człowieka do noszenia kartonów i bankomatu w jednej osobie.
– Stefan. – Dobrze, już nic nie mówię. Ale po chwili przypomniał nastęne. Wyjazd do Karpacza, który odwołałem, bo Rafałowi zepsuł się samochód.
Koncert, na który nie poszedłem, bo Renata poprosiła, żebym został u nich i czekał na hydraulika. Nawet zwykłe spotkania, które przekładałem, jedno po drugim. Słuchałem tego i miałem dziwne wrażenie, jakby opowiadła mi o czyimś życiu. – Ryszard – powiedział w końcu spokojnie.
– Pomagać dzieciom to jedno, a oddać im cały swój czas to drugie. Nie odpowiedziałem. Nie musiałem. Wieczorem miałem spotkać się z Krystyną.
To ona zaproponowała teatr. Kupiła bilety wcześniej i napisała tylko, żebym nie szukał wymówki. Spektakl był lekki, momentami zabawny. Dawno nie siedziałem w teatrze bez myślenia o tym, czy ktoś zaraz zadzwoni i czegoś ode mnie nie będzie chciał.
Krystyna śmiała się cicho obok mnie. Ja też. Po przedstawieniu weszliśmy na wieczorny Wrocław. Było chłodno, ale przyjemnie.
Światła odbijały się w mokrym bruku. Ludzie siedzieli jeszcze w kawiarniach. Ktoś grał na gitarze pod kamienicą. Szliśmy powoli, bez pośpiechu.
W pewnym momencie Krystyna zapytała:
– Lubił pan kiedyś teatr? – Moja żona lubiła. – A pan? – Zastanowiłem się.
– Chyba też. Tylko potem przestaliśmy chodzić. – Dlaczego? – Życie.
Uśmiechnęła się lekko. – To bardz pojemne słowo, prawda? Przez chwilę szliśmy w ciszy, potem sam zacząłem mówić. Opowiedziałem jej o żonie niedużo.
O tym, że była cierpliwą, że zawsze planowała nasze wyjazdy, że po jej śmierci mieszkanie nagle zrobiło się dwa razy większe. Najgorsze były wieczory – powiedziałem. Człowiek wracał do domu i wiedział, że nikt nie zapyta, jak minął dzień. Krystyna niczego nie komentowała, nie mówiła, że rozumie, nie próbowała mnie pocieszać.
Po prostu szła obok i chyba właśnie tego wtedy potrzebowałem. Telefon zadzwonił, kiedy przechodziliśmy przez most. Renata. Spojrzałem na ekran.
– Proszę odebrać – powiedziała Krystyna. Odebrałem. – Tato, byłeś z Rufusem wieczorem? Nawet „cześć”.
Zabrzmiało jak formalność. – Byłem. Długo? – Prawie godzinę.
– Dobrze. A tabletkę dostał? – Dostał rano. – I pamiętaj, jutro nie dawaj mu tyle suchej karmy.
Rafał mówił, że ostatnio przytył. Spojrzałem na Krystynę. Stała kilka kroków dalej i patrzyła na rzekę, dając mi prywatność. Renata mówiła dalej o psie, o godzinach spaceru, o tym, żeby sprawdzić miskę z wodą.
Ani razu nie zapytała, gdzie jestem, ani z kim, ani jak minął mi dzień. – Dobrze, Renata – przerwałem w końcu. – Wszystko jest pod kontrolą. – No dobrze, to pa.
Rozłączyła się. Schowałem telefon do kieszeni. Krystyna spojrzała na mnie. – Wszystko w porządku?
To było zwykłe pytanie, cztery słowa. A jednak poczułem, jak coś ściska mnie w gardle. Obca kobieta, którą znałem od kilku dni, zapytała właśnie o mnie. Własna córka od początku wyjazdu nie zrobiła tego ani razu.
– Tak – odpowiedziałem po chwili. – Chyba dopiero zaczyna być. Ruszyliśmy dalej i wtedy po raz pierwszy naprawdę zobaczyłem, ile lat oddałem cudzym sprawom i jak niewiele zostało w tym wszystkim dla mnie. Pomysł na wyjazd pojawił się właściwie przypadkiem.
Krystyna powiedziała poprzedniego wieczoru, że jeśli pogoda się utrzyma, można by pojechać gdzieś za miasto bez planowania, bez rezerwacji, bez wielkich przygotowań. – Sobótka – zaproponowała. – Albo kawałek pod Ślężę. Trochę spaceru, trochę powietrza.
Spojrzałem wtedy na Rufusa, który leżał przy moich nogach. – Z nim? – A czemu nie? Wygląda na bardziej podróżnego niż pan.
Zaśmiałem się. I tak następnego ranka jechaliśmy już razem. Krystyna siedziała obok mnie, Rufus z tyłu z nosem przy uchylonym oknie. Co jakiś czas wzdychał z takim zadowoleniem, jakby właśnie spełniało się jego największe marzenie.
Droga nie była długa, ale dla mnie miała w sobie coś niezwykłego. Nie dlatego, że jechaliśmy w jakieś wyjątkowe miejsce, tylko dlatego, że od dawna nie robiłem niczego spontanicznie. Zawsze najpierw był telefon od Renaty, potem jakaś sprawa, potem rachunek, potem prośba Rafała, a na końcu ja sam. Tego dnia kolejność była odwrotna.
Najpierw byłem ja. Na miejscu zostawiliśmy samochód niedaleko spokojnej trasy i ruszyliśmy pieszo. Nie wspinaliśmy się nigdzie ambitnie. W moim wieku człowiek już wie, że nie musi nikomu niczego udowadniać.
Rufus biegał od jednego drzewa do drugiego, zatrzymywał się przy każdym ciekawszym zapachu, a Krystyna co chwilę śmiała się z jego powagi. – On wygląda, jakby prowadził śledztwo – powiedziała. – I chyba ma więcej wyników niż policja. Po godzinie usiedliśmy na ławce z widokiem na pola.
Krystyna wyjęła z torby mały termos. – Kawa? – Pani naprawdę wszystko przewiduje. – Nie wszystko, tylko rzeczy ważne.
Podała mi kubek. Kawa zwyczajna, nie jakaś wykwintna. A jednak smakowała lepiej niż wiele kaw, za które kiedyś płaciłem po kilkanaście złotych w drogich miejscach. Może dlatego, że nigdzie się nie spieszyłem.
Później zjedliśmy obiad w małej restauracji przy rynku w Sobótce. Żadnego luksusu. Zupa, dobre mięso, ziemniaki, surówka. Krystyna zamówiła szarlotkę.
– Bez deseru nie ma wycieczki – stwierdziła. – Pierwsze słyszę. – To pan ma poważne braki w podróżowaniu. Znów się roześmiałem i właśnie podczas tej rozmowy zapytała:
– Gdzie pan właściwie chciałby jeszcze pojechać?
Zastanowiłem się. – Hiszpania. Krystyna spojrzała na mnie uważniej, ale nic nie powiedziała. – Portugalia też.
Zawsze chciałem zobaczyć Porto. Może jeszcze południe Włoch. I może poza sezonem. Takie spokojne, bez tłumów.
– To czemu pan nie jeździ? Wzruszyłem ramionami. – Zawsze coś było. – Co?
– Renata potrzebowała pomocy. Rafał miał problemy z pracą. Potem remont, później samochód, potem coś jeszcze. – A dlaczego pan mówi o tym tak, jakby potrzebował pan czyjejś zgody?
To zdanie zatrzymało mnie na moment. – Nie potrzebuję. – Właśnie słyszę. Nie powiedziała tego złosliwie, raczej spokojnie.
I chyba dlatego zabołało bardzie, bo miała rację. Przez lata zachowywałem się tak, jakby moje życiem było czymś, co mogę rozpocząć dopiero wtedy, kiedzy wszyscy inni będą już zadowoleni. A oni nigdy nie byli. Po obiedzie przeszliśmy się jeszcze kawałek.
Rufus zwolnił, zmęczony, ale szczęśliwy. W drodze powrotnej Krystyna włączyła cicho radio. Nie rozmawialiśmy dużo, nie musieliśmy. Kiedy zatrzymaliśmy się później w małej kawiarni na obrzeżach Wrocławia, telefon zawibrował mi w kieszeni.
Wiadomość od Renaty. Zdjęcie. Otworzyłem. Renata, Rafał, Jadwiga i Roman siedzieli przy stole w restauracji nad morzem.
Za nimi błękitna woda. Na stole ryby, kieliszki, jakieś kolorowe sałatki. Roman obejmował Jadwigę ramieniem. Rafał się śmiał.
Renata patrzyła prosto w aparat. Jeszcze kilka dni wcześniej taki obraz ścisnąłby mnie za gardło. Pomyślałbym, że powinienem tam być, że zabrali mi miejsce, że mnie odsunęli. Tym razem patrzyłem na zdjęcie przez chwilę i nic takiego nie poczułem.
Krystyna siedziała naprzeciwko mnie. Rufus leżał pod stołem. Miałem za sobą dobry dzień. Naprawdę dobry.
Bez wielkich atrakcji, bez samolotu, bez hotelu, ale też bez proszenia kogokolwiek o uwagę. Schowałem telefon. – Wszystko dobrze? – zapytała Krystyna.
Spojrzałem na nią. – Tak. I po chwili dodałem:
– Chyba nawet bardzo dobrze. Uśmiechnęła się i wróciła do kawy.
A ja nagle zrozumiałem coś, czego wcześniej nie potrafiłem zobaczyć. Oni byli przekonani, że zostawili mnie w domu, że zabrali mi wakacje, że przez kilka dni będę tylko pilnował psa i czekał, aż wrócą. Tymczasem stało się coś zupełnie innego. Po raz pierwszy od wielu lat nikt nie zajmował całego mojego czasu.
Po raz pierwszy mogłem zrobić z nim to, co sam chciałem. I dopiero wtedy dotarło do mnie, że być może wcale mnie nie zostawili. Być może zupełnie nieświadomie dali mi kilka dni mojego własnego życia. Wieczorem, kiedy Rufus zasnął pod stołem, otworzyłem laptop.
Nie byłem zdenerwowany i to chyba zaskoczyło mnie najbardziej. Jeszcze kilka dni wcześniej pewnie zrobiłbym coś pod wpływem złości. Zadzwonił do Renaty, powiedział o jedno zdanie za dużo, a potem przez pół nocy zastanawiał się, czy nie przesadziłem. Tym razem było inaczej.
Usiadłem przy kuchennym stole, zrobiłem sobie herbatę i zalogowałem się do banku. Chciałem tylko zobaczyć liczby bez emocji, bez tłumaczenia ich przed samym sobą. Zacząłem od największych przelewów. Dom – sto dwadzieścia tysięcy.
Pamiętałem ten dzień. Renata płakała ze szczęścia, kiedzy powiedziałem, że dołożę im do wkładu. Przytuliła mnie wtedy tak mocno, że przez chwilę naprawdę czułem, że zrobiłem najlepszą rzecz na świecie. Potem remont – prawie czterdzieści tysięcy.
Kuchnia, łazienka, nowe podłogi. Rafał zapewniał, że oddadzą mi część, kiedzy tylko staną na nogi. Nie oddali. Samochód – trzydzieści pięć tysięcy, bo stary podobno nadawał się już tylko na złom, a przecież Renata musiała czymś dojeżdżać.
Dalej były mniejsze kwoty. Dwa tysiące, trzy tysiące, dwa i pół. Czasem co miesiąc, czasem dwa razy w miesiącu. Rachunek za gaz, ubezpieczenie, naprawa dachu, nowa pralka, zaliczka za wakacje.
Kiedy przewijałem historię konta, zacząłem się zastanawiać, jakim cudem nigdy wcześniej nie spojrzałem na to wszystko razem. Do tego dochodziła Hiszpania. Bilety, część apartamentu, wynajem samochodu – około piętnastu tysięcy z mojej kieszeni. Siedziałem i dodawałem.
Nie liczyłem co do złotówki, bo nawet nie było sensu. Ponad trzys ta tysięcy, może więcej. Patrzyłem na tę sumę i nie czułem żalu do pieniędzy. Naprawdę, pieniądze można zarobić, odłożyć, wydać.
Gorzej z czasem. Tego odzyskać się nie da. I właśnie wtedy zaczęły wracać inne rzeczy. Mazury ze Stefanem odwołane.
Wyjazd do Pragi, który kiedyś planowałem z żoną, a potem chciałem zrobić sam. Odłożony koncert – nie poszedłem. Weekend w górach przełożony. Obiad ze znajomymi odwołany, bo Renata potrzebowała, żebym pojechał z nią po meble.
I nagle dotarło do mnie, że przez lata nie płaciłem im tyko pieniądzmi. Płaciłem własnym życiem, własnym czasem, własnymi planami. Usiadłem głębiej na krześle. Rufus uniósł łeb, popatrzył na mnie i znowu zasnął.
– No i co ja najlepszego zrobiłem? – mruknąłem. Oczywiście nie odpowiedział. Wróciłem do ekranu.
Renata miała dodatkową kartę do mojego konta. Dostała ją kilka lat wcześniej na wszelki wypadek, gdyby coś się stało. Z czasem ten „wszelki wypadek” zaczął oznaczać zakupy, paliwo, restauracje i inne rzeczy, o których nawet mnie nie informowała. Kliknąłem ustawienia.
„Zablokuj kartę”. Przez chwilę patrzyłem na przysisk. Nie drżała mi ręka. Nie czułem satysfakcji.
Raczej spokój. Kliknąłem. Potem anulowałem stały przelew, który co miesiąc szedł na konto Renaty. Dwa i pół tysiąca złotych od lat.
System zapytał, czy na pewno wybrałem. Tak. I tyle. Bez fanfar, bez wielkego gestu.
Po prostu przestałem finansować życie dwojga dorosłych ludzi. Telefon zadzwonił następnego popołudnia. Renata. – Odebrałem.
– Tato, co zrobiłeś z kartą? Nie powiedziała nawet „cześć”. – Zablokowałem ją. – Dlaczego?
– Bo jest moja. Po drugiej stronie zapadła cisza. – Bardzo śmieszne. Próbowałiśmy zapłacić za kolacją i karta została odrzucona.
– To trzeba było zapłacić swoją. – Tato, serio? – Jej głos natychmiast zrobił się ostrzejszy. – Naprawdę robisz to teraz?
– Co robię? – Mścisz się za co? – Dobrze wiesz za co. – Za Hiszpanię, za Rufusa, za to, że nie pojechałeś?
Oparłem się wygodniej o krzesło. Jeszcze kilka dni wcześniej pewnie zacząłbym się tłumaczyć. Teraz nie miałem takiej potrzeby. – Renata, nie mścę się.
– Jasne. – Posłuchaj mnie. – Słucham. – Przez lata płaciłem za bardzo dużą część waszego życią.
Dom, remont, samochód, rachunki. Pomagałem, bo chciałem. – I teraz będziesz mi to wypominał? – Nie.
– To o co ci chodzi? Spojrzałem przez okno. Na chodniku starszy mężczyzna prowadził rower. Jakaś kobieta wracała z zakupami.
Zwyczajny dzień. – O to, że już nie chcę tego robić. – Co? – Nie mścę się.
Po prostu przestałem płacić za cudze życie. Przez kilka sekund nic nie mówiła. – Jestem twoją córką. – Wiem.
– To nie jest cudze życie. – Twoje jest twoje. Moje jest moje. – Rafał będzie wśiekły.
– To jego prawo. Usłyszałem w tle jego głos, ale nie rozumiałem słów. Renata chyba zasłoniła telefon dłonią. Po chwili wróciła.
– Porozmawiamy jak wrócimy. – Dobrze. – I mam nadzieję, że do tego czas u przemyślisz, co robisz. Popatrzyłem na zamknięty laptop, potem na Rufusa.
– Właśnie przemyślałem. Rozłączyłem się pierwszy i po raz pierwzy od bardzo dawna nie czułem, że właśnie straciłem coś ważnego. Cz ułem, że coś odzyskałem. Renata i Rafał wrócili w sobotę po południu.
Wiedziałem, że przyjadą, bo Renata napisała rano krótką wiadomość: „Będziemy po Rufusa około czwartej”. Bez pytania, czy mi pasuje. Dawniej pewnie bym się tym przejął. Zacząłbym szykować obiad.
Może kupił coś słodkiego, żeby wrócili z podróży do ciepłego domu. Tym razem zrobiłem kawę tyłko dla siebie. Rufus od rana był niespokojny. Chodził od okna do drzwi, jakby wyczuwał, że coś się zmienia.
Kiedy zadzwonił domofon, poderwał się pierwższy. Renata weszła z opaloną twarzą i dużą torbą przewieszoną przez ramię. Rafał szedł za nią. Wyglądali na zmęczonych, ale zadowolonych.
– No, Rufus! – Renata od razu przykucnęła. Pies pobiegł do niej, machając ogonem. – Tęskniłeś?
Patrzyłem na nich z boku. – Rafał rzucił mi krótkie „cześć”. – Cześć. Renata wyprostowała się.
– Wszystko było w porządku? – Tak. – Tabletki dawałeś regułarnie? – Tak.
– Weterynarz? – Byliśmy. – I co? – Powiedział, że wszystko dobrze.
Kiwnęła głową. Dopiero wtedy spojrzała na mnie uważniej. – Ty jakoś inaczej wyglądasz. – Jak?
– Nie wiem. Jakoś inaczej. Wzruszyłem ramionami. – Może odpocząłem?
Rafał prychnął cicho. – No urłop miałeś niezły. Spojrzałem na niego. – Owszem.
Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Usiedliśmy w salonie. Renata wyglądała, jakby chciała najpierw porozmawić spokojnie, ale Rafał nie miał cierpliwości. – Dobra, Ryszard, to co z tą kartą?
Renata rzuciła mu szybkie spojrzenie. – Rafał. – No co? Trzeba to wyjaśnić.
Odłożyłem filiżankę. – Nie ma czego wyjaśniać. – Jak to nie ma? Zabłokowałeś kartę.
Przelew też nie przyszedł. – Bo go anułowałem. – Bez słowa. – To były moje pieniądze.
Rafał odchylił się na krześle. – Serio? Będziemy się teraz bawić w takie teksty? – Nie bawię się.
Renata odezwała się spokojniej. – Tato, przecież jesteśmy rodziną. Popatrzyłem na nią. Przez moment aż mnie rozbawiło, jak łatwo to słowo wróciło, kiedzy chodziło o pieniądze.
– W Hiszpanii też chodziło podobno o rodzinę. Renata spochmurniała. – Naprawdę znowu zaczynasz? – Nie zaczynam, tylko pamietam.
– Przecież ci tłumaczyłam. – Nie powiedziałaś mi, że przeszadzam. Rafał wtrącił się. – To nie ma nic wspólnego z tym, że nagle odcinasz nam pomoc.
– Ma. – Czyli jednak zemsta. – Nie. – Spojrzałem na niego spokojnie.
– Po prostu zobaczyłem, jak bardzo przyzwyczailiście się do tego, że ja zawsze zapłacę. Renata westchnęła. – Tato, mamy kredyt. – Wiem.
– Rachunki? – Ja też. – Samochód też mam. Rafał już wyraźnie się denerwował.
– Łatwo ci mówić. Masz mieszkanie, emeryturę, oszczędności. – Bo pracowałem na to przez całe życie. Zapadła cisza.
Renata spróbowała z innej strony. – Czyli co teraz? Mam rozumieć, że już w ogóle nie możemy na ciebie liczyć? To pytanie kiedzyś by mnie złamało.
– Możecie na mnie liczyć jako na ojca, nie jako na bank. Rafał pokręcił głową. – Niesamowite. – Macie własne życie.
Ja też mam swoje. Renata patrzyła na mnie dłuższą chwilę. Chyba naprawdę pierwży raz zrozumiała, że nie cofnę tego po jednym obrażonym spojrzeniu. Wtedy mój telefon zawibrował na stole.
Ekran się poświetlił. Wiadomość od Krystyny. Renata odruchowo zerknęła. – Krystyna.
Nie odpowiedziałem od razu. – Kto to? – Ton miała dziwnie ostry. – Kołeżanka.
– Jaka kołeżanka? Rafał spojrzał na nią, potem na mnie. – Tato, od kied y ty masz jakieś kołeżanki? – Zaśmiałem się krótko.
– Od kied y znowu zacząłem wychodzić z domu? Renata skrzyżowała ręce. – I naprawdę nic nam nie powiedziałeś? – Popatrzyłem na nią ze zdziwieniem.
– A powinienem? – No chyba tak. Kołeżanka… – I naprawdę nie muszę ci się z tego tłumaczyć.
To ją uciszyło. Nie złością, raczej zaskoczeniem, bo dawniej tłumaczyłem jej wszystko. Gdzie jadę, z kim, na jak długo, czy będę dostępny – jakby moje życiem było dodatkiem do jei planów. Rafał wstał pierwższy.
– Dobra, chodźmy. Renata przypięła Rufusowi smycz. – No chodź, chłopaku. Rufus zrobił dwa kroki w stronę drzwi, potem zatrzymał się, odwrócił głowę i wrócił do mnie.
Oparł łeb o moje kołano. – Rufus! – zawołała Renata jeszcze raz. Pogłaskałem go po karku.
– Idź. Nie ruszył się. Poczułem ścisk w gardle. Jaszcze tydzień wcześniej patrzyłem na niego jak na powód, przez który zostałem w domu.
Teraz wiedziałem, że to nie była prawda. Gdyby nie Rufus, nie poszedłbym do parku. Nie poznałbym Krystyny. Nie zadzwoniłbym do Stefana.
Nie zobaczyłbym wreszcie, ile własnego życią oddałem innym. Schyliłem się i pogłaskałem go jeszcze raz. – No już, idź do domu. Rufus spojrzał na mnie tym swoim spokojnym wzrokiem, jakby rozumiał wicej, niż powinien.
Dopiero wtedy ruszył z Renatą. Drzwi zamknęły się za nimi. W mieszkamiu zrobiło się cicho, ale tym razem ta cisza nie była pusta. Była moja.
Minęło kilka miesięcy. Na początku myślałem, że najtrudniejsze będzie wytrzymać pretensje Renaty. Okazało się, że trudniejsze było coś innego. Nie wrócić do starich przyzwyczajeń.
Pierwszy telefon przyszedł może po dwóch tygodniach. – Tato, mamy teraz wikszy wydatek przy samochodzie. Kiedyś już po takim zdaniu otwierałem bankowość. Tym razem zapytałem tyłko:
– Co zamierzacie zrobić?
Po drugiej stronie zapadła cisza. – No myślałam, że może byś nam trochę pomógł. – Nie. Powiedziałem to spokojnie, bez złości, bez tłumaczenia.
Renata chyba czekała na dałszy ciąg. – Nie? Tato, to tyłko kilka tysięcy. – Rozumiem.
– I nic więcej nie powiesz? – Nie bardzo mam co. Była obrażona. Słyszałem to po głosie, ale świat się nie zawalił.
Kilka tygodni później zadzwoniła znowu. Tym razem chodziło o jakis remont przy domie. Odpowiedź była taka sama. Nie.
Najdziwniejsze było to, że im częściej mówiłem to słowo, tym mniey ważyło. Przez lata nie brzmiało mi w głowie jak coś złego, jak egoizm, jak odmowa miłości. Teraz zaczynałem rozumieć, że czasam jest po prostu granicą. A moje życiem rzeczywiście się zmieniło.
Niespektakułarnie. Nie obudziłem się nagle jako zupełnie inny człowiek. Po prostu przestałem siedzieć w domie i czekać, aż ktoś mnie będzie potrzebował. Ze Stefanem widywałem się regułarnie.
Czasem na kawie, czasem na obiedzie. Raz wyciągnął mnie nawet na basen. – Tyłko nie udawaj, że jesteś stary – powiedział. – Starsi od ciebie pływają po dwadzieścia długości.
– A skąd wiesz, ile ja mam lat? – Po tym, ile marudzisz. Pływałem może połowę tego, co kiedyś, ale wychodziłem z wody zmęczony w dobry sposób. Tak samo było z teatrem.
Znowu zacząłem chodzić, czasem z Krystyną, czasem sam. Kiedyś wydawało mi się, że samotne wyjście do restauracji czy na koncert to coś smutnego. Teraz patrzyłem na to inaczej. Smutniejsze było siedzenie w domie tyłko dlatego, że nie miałem z kim wyjść.
Z Krystyną spotykaliśmy się coraz częściej, ale bez wielkich deklaracji. I dobrze. Nie potrzebowałem kolejnej osoby, wokół której miałbym budować całe życiem. Ona chyba też tego nie chciała.
Czasem szliśmy razem na kawę, czasem do kina. Pewnego wieczoru Krystyna spojrzała na mnie z uśmiechem. – Ryszard, może w końcu przejdziemy na ty? – Myślałem, że już nigdy nie zapytasz.
– Zaśmiała się. To było dla mnie nowe, spokojne, normalne. Pewnego niedzielnego popołudnia siedzieliśmy w małej kawiarni niedałeko rynku. Krystyna jadła sernik, ja piłem kawę.
Rozmawialiśmy o podróżach. Nie wiem nawet, od czego się zaczęło. Może od plakatu wiszącego na ścianie. Było na nim jakieś hiszpańskie miasteczko.
Białe domy, niebieskie niebo, góry w tle. Krystyna spojrzała na niego i powiedziała:
– Wie pan, że nigdy nie byłam w Andaluzji? – Naprawdę? – Naprawdę.
– A chciałaby pani? – Pewnie. Kordoba, Sewiła, Malaga. Tylko jakoś zawsze było coś ważniejszego.
Spojrzałem na nią. Nie powiedziała tego ze smutkiem. Raczej jak człowiek, który po prostu stwierdza fakt. A mnie nagle wrócił obraz tamtej walizki, jasnej koszuli, biletów i Renaty stojącej w przedpokoju.
„Tato, jednak nie pojedziesz”. Dziwne, że po kilku miesiącach te słowa nie bołały już tak, jak wtedy. Teraz brzmiały prawie jak początek czegoś. – A gdyby nie było nic ważniejszego?
– zapytałem. – Krystyna uśmiechnęła się. – To bym pojechała. Nie odpowiedziałem od razu.
Zmieniłem temat, ale ta myśl już została. Wieczorem wróciłem do domu. Zrobiłem sobie herbatę. Usiadłem przy stole z laptopem.
Przez chwilę patrzyłem na ekran, potem wpisałem kierunek. Wrocław – Malaga. Daty wybrałem takie, które pasowały mi. Nie Renacie, nie Rafałowi, nie nikomu innemu.
Mnie. Znalazłem lot, potem hotel – nieduży, spokojny, niedałeko morza. Pomyślałem jeszcze o Krystynie. Nie o tym, czy wypada.
Nie o tym, co powie Renata, nie o tym, czy ktoś uzna, że w moim wieku coś mi wolnio albo niewolno. Po prostu o tym, że chciałbym tam z nią pojechać. Kliknąłem rezerwację. Dwa bilety.
Na moment serce zabiło mi szybciej. Nie dlatego, że wydałem pieniądze, tyłko dlatego, że pierwży raz od bardzo dawna nie potrzebowałem żadnego powodu. Nie pomogałem nikomu, nie ratowałem żadnej sytuacji, nie kupowałem wdzięczności. Po prostu chciałem pojechać i to wystarczyło.
Walizka znowu stała otwarta na łóżku. Patrzyłem na nią przez chwilę i aż się uśmiechnąłem. Kilka miesięcy wcześniej ten sam widok kojarzył mi się z czymś zupełnie innym. Z rozczarowaniem, z poczuciem, że ktoś właśnie zdecydował za mnie, gdzie jest moje miejsce.
Teraz sam wkładałem do środka koszulę, spodnie, lekką kurtkę i wygodne buty. Bez pośpiechu, bez sprawdzania, czy komuś czegoś jeszcze potrzeba, bez telefonu od Renaty z pytaniem, czy mógłbym coś załatwić przed wyjazdem. Na komodzie leżał paszport, obok dwa bilety. Tym razem patrzyłem na nie zupełnie inaczej.
Nie kupiłem ich po to, żeby zrobić komuś prezent. Nie organizowałem całego wyjazdu dla rodziny. Nie dopłacałem do czyjegoś hotelu, samochodu czy kolacji. Jeden bilet był móJ, drugi Krystyny i chyba właśnie dlatego sprawiały mi taką przyjemność.
Telefon zadzwonił, kiedy zamykałem walizkę. Krystyna. – Gotowy? – Prawie.
– To znaczy? – To znaczy, że jeszcze trzy razy sprawdzę paszport. – Zaśmiała się. – Wiedziałam.
– Człowiek musi być odpowiedzialny. – Człowiek może też po prostu pojechać na wakacje. – Tego się dopiero uczę. – To niech pan się pospieszy z nauką.
Będę za dziesięć minut. Rozłączyła się. Jeszcze raz rojrzrzałem się po mieszkamiu. Kiedyś przed każdym wyjazdem miałem w głowie sto rzeczy.
Czy Renata ma wszystko? Czy Rafał czegoś nie potrzebuje? Czy nie powinienem zostawić im trochę pieniędzy na wszelki wypadek? Tym razem sprawdziłem tyłko gaz, okna i dokumenty.
I tyle. Krystyna przyjechała punktualnie. Kiedy wyszedłem z walizką, stała już przy samochodzie w jasnym płaszczu i machała do mnie ręką. – No proszę – powiedziała.
– Naprawdę pan jedzie. – Sam jeszcze nie wierzę. – To dobrze, że mamy bilety. Będzie dowód.
Po drodze na lotnisko rozmawialiśmy o rzeczach zupełnie zwyczajnych. Czy będie ciepło? Czy hotel rzeczywiście wygląda tak dobrze jak na zdjęciach? Czy pierwszego dnia lepiej odpocząć, czy od razu gdzieś pojechać?
Krystyna chciała zobaczyć Malagę bez biegania od atrakcji do atrakcji. Mnie też to odpowiadało. Nie mieliśmy planu rozpisanego co do godziny. Kiedyś uznałbym to za brak organizacji.
Teraz uważałem, że to luksus. Na lotnisku usiedliśmy przy kawie, czekając na wejście do samolotu. Krystyna przeglądała coś w telefonie, a ja patrzyłem przez wielkie szyby na samoloty stojące na płycie. Wtedy mój telefon zawibrował.
Renata. Przez sekundę pomyślałem, że czegoś potrzebuje. To był stary odruch. Otworzyłem wiadomość.
„Tato, udanego wyjazdu”. Nic więcej. Przeczytałem ją jeszczcze raz. Nie było pytania o pieniądze, nie było prosby, nie było pretensji.
Tylko te trzy słowa. Odpisałem „dziękuję” i schowałem telefon do kieszeni. Krystyna spojrzała na mnie. – Wszystko dobrze?
– Tak. Renata. Skinąłem głową. – Życzyła nam udanego wyjazdu.
– To miłe. Tak i naprawdę tak myślałem. Nie potrzebowałem już od córki przeprosin, wielkich rozmów ani zapewnień. Nie wszystko między nami było idealne.
Może nigdy nie będie. Ale przestałem budować swoje życiem na tym, czy ona jest ze mnie zadowolona. Kilka godzin później wyszliśmy z lotniska w Maladze. Uderzyło mnie ciepłe powietrze.
Krystyna założyła okulary przecisłoneczne i powiedziała:
– No dobrze, panie Ryszardzie, co teraz? Spojrzałem na nią. – Teraz nic nie musimy. – Podoba mi się ten plan.
Pierwszego dnia nie robiliśmy prawie nic. Poszliśmy nad morze, spacerowaliśmy długo promenadą, a później znaleźliśmy małą kawiarnię trochę dalej od głównej ulicy. Usiedliśmy przy stoliku na zewnątrz. Przede mną stała kawa.
Krystyna zamówiła coś słodkiego i od razu stwierdziła, że na wakacjach kalorie się nie liczą. Morze było spokojne. Ludzie spacerowali powoli. Nikt się nigdzie nie spieszył.
Patrzyłem na wodę i nagle przypomniałem sobie tamten dzień, walizkę na łóżku, Renatę w przedpokoju, jej spokojny głos. „Tato, jednak nie pojedziesz. Ktoś musi zostać z Rufusem”. Wtedy byłem przekonany, że to upokorzenie zapamietam do końca życią, że zabrali mi coś ważnego, że pokazali mi moje miejsce.
Dziś siedziałem nad hiszpańskim morzem z kobietą, której jeszcze wtedy nawet nie znałem. Stefan znowu był obecny w moim życiu. Miałem własne plany, własne pieniądze, własny czas. I po raz pierwzy od wielu lat nie czułem, że muszę być komuś potrzebny, żeby mieć wartość.
Krystyna dotknęła lekko mojego ramienia. – O czym pan tak myśli? Spojrzałem na nią. – O Rufusie.
Zaśmiała się. – Tego się nie spodziewałam. – Ja też nie. Popatrzyłem jeszcze raz na morze.
Tamtego lata Renata zostaWwiła mnie w domie, żebym pilnował Rufusa. Byłem przekonany, że odebrała mi wakacje. Dopiero później zrozumiałem, że nieświa domie oddała mi coś znacznie ważniejszego.
Moje własne życie.