Na stole w moje urodziny leżały zimne pierogi i kartka od żony. „Masz obiad. Wszystkiego.” Tydzień wcześniej dla swojego brata wynajęła akordeonistę, kupiła tort i rozwiesiła girlandy. Dla mnie…

W dniu moich urodzin żona zostawiła mi na stole zimne pierogi i kartkę. „Masz obiad. Wszystkiego. ” Przez chwilę myślałem, że to żart.

Thumbnail

Tydzień wcześniej dla swojego brata potrafiła zorganizować tort, balony i akordeonistę. Dla mnie nie znalazła nawet jednego ciepłego słowa. Nazywam się Wiktor. Mieszkaliśmy z Elżbietą w bloku na bydgoskim Fordonie, takim zwyczajnym, z balkonami obwieszonymi praniem i windą, która udawała, że działa.

Pracowałem jako kierowca autobusu między Bydgoszczą a mniejszymi miejscowościami. Lubiłem tę robotę, chociaż nie była lekka. Pomagałem starszym paniom wnieść torby, czekałem na spóźnionych pasażerów, tłumaczyłem ludziom, gdzie wysiąść. Potem wracałem do domu i często nawet nie zdejmowałem kurtki, bo już dzwoniła moja teściowa Halina, żebym zawiózł ją do NFZ, albo Elżbieta prosiła, żebym przewiózł Rafałowi dwa krzesła.

W moim życiu wszystko było „po drodze”, nawet kiedy znajdowało się na drugim końcu miasta. Tamtego dnia wracałem po ciężkiej zmianie. Nie spodziewałem się orkiestry pod blokiem ani tortu z fontanną. Człowiek po pięćdziesiątce już wie, że urodziny to nie fajerwerki.

Ale serce nie robi się z kamienia tylko dlatego, że mężczyzna umie wymienić koło. Cały dzień miałem w sobie ciche czekanie. Może Elżbieta kupi sernik? Może powie jedno dobre słowo?

Wszedłem do mieszkania. W kuchni paliło się nad blatem małe światło. Na stole leżał talerz przykryty drugim talerzem. Podniosłem go.

Pierogi. Zwykłe, z marketu, zimne, sklejone na brzegach. Obok kartka wyrwana z notesu. „Masz obiad.

Wszystkiego. ” Żadnego „najlepszego”, żadnego „kocham”, nawet serduszka, które Elżbieta potrafiła narysować na liście zakupów, kiedy Rafał miał odebrać jej paczkę. I wtedy przypomniałem sobie tamtą niedzielę u Rafała. Jego imieniny.

Girlandy między jabłonkami, grill większy niż niejedna kuchnia, wynajęty akordeonista, tort z cukierni, szampan, balony przy furtce. Elżbieta biegała rozpromieniona, pilnowała, żeby brat miał pełny kieliszek. A ja woziłem stoły, krzesła, skrzynki z napojami, ciotkę, która zapomniała leków, i dwóch wujków, którzy po wszystkim nie odróżniali własnych butów. Kiedy pod koniec spytałem Elżbietę cicho: „A u mnie kiedyś też tak będzie?

”, machnęła ręką. „Oj, Wiktor, ty przecież nie jesteś od takich ceregieli. Ty lubisz spokojnie. ”

Stałem nad tymi pierogami i zrozumiałem coś boleśnie prostego.

Mnie nie zapomniano. To byłoby jeszcze do przełknięcia. Mnie przypisano do kategorii ludzi, którym nic się nie należy, którzy są od czekania, od rozumienia, od podwożenia innych na cudze święta. Nie krzyknąłem, nie rzuciłem talerzem.

Odłożyłem górny talerz z powrotem i wyszedłem. W przedpokoju wziąłem kurtkę, kluczyki do auta i klucze od garażu Tadeusza, które od miesięcy leżały w szufladzie. Po prostu wyszedłem. Pierwszy raz w życiu nie chciałem przełykać tego, co mi podano.

Do Tadeusza jechało się z Fordonu tak, że najpierw mijało się bloki, a potem robiło się ciszej. Prowadziłem bez radia. Każdy głos z głośników byłby wtedy za dużo. Tadeusz mieszkał w małym domu na obrzeżach, z niskim płotem, krzakami porzeczek i starą jabłonią przy garażu.

Od śmierci żony spał mało. Mówił, że łóżko zrobiło się za duże, a noc za głośna. Zaparkowałem i przez chwilę siedziałem z rękami na kierownicy. Miałem pięćdziesiąt dwa lata.

Własne mieszkanie, żonę, pracę, rachunki opłacone na czas. A czułem się jak chłopak, który uciekł z domu, bo nikt nie chciał go wysłuchać. Tadeusz otworzył drzwi, zanim zdążyłem zapukać. Spojrzał na mnie raz.

„Kawa? ” – zapytał. „Mocna” – odpowiedziałem. I to było wszystko.

Żadnego „co się stało? ”, żadnego grzebania w ranach. Poszedłem za nim do garażu. Pachniało smarem, starym drewnem i kawą z termosu.

Na środku stał stary bus, zakurzony, przygarbiony, z jednym lusterkiem owiniętym taśmą. Tadeusz kupił go po śmierci żony, żeby wozić starszych ludzi z okolicznych Felsi do przychodni, do ZUS-u, na rynek. Nie dla zarobku. Bo po śmierci pani Ireny nie umiał siedzieć sam przy stole.

Obiecywałem mu, że pomogę. Tyle razy obiecywałem, tylko zawsze coś było. Halina do NFZ, Elżbieta z zakupami, Rafał z grillem, szwagierka z walizką na PKP. Całe moje życie było listą cudzych spraw, a przy swoim nazwisku miałem dopisane „później”.

Tadeusz nalał kawy do dwóch kubków. Podał mi ten z napisem „Najlepszy dziadek”, choć dzieci nie miał. „Siadaj albo patrz pod maskę, jak wolisz. ” Wybrałem maskę.

Łatwiej było grzebać przy akumulatorze niż przy własnym życiu. Pracowaliśmy prawie bez słów. Przez jakiś czas było mi z tym dobrze. Konkret.

Śruba jest zapieczona albo nie. W domu wszystko było rozmazane. Niby nic się nie stało. Niby przesadzasz.

Niby przecież dostałeś obiad. Telefon zawibrował. Elżbieta. „Gdzie jesteś?

” Po paru minutach znowu. „Nie rób przedstawienia. ” Trzecia wiadomość rozświetliła ekran. „Mama pyta, czy jutro ją zawieziesz do NFZ.

” No i proszę. Znalazłem się. Nie jako mąż. Jako kierowca.

Jako rozkład jazdy w spodniach. Tadeusz podał mi szmatę do rąk. „Powiesz w końcu, czy mam zgadywać? ” Opowiedziałem mu o pierogach.

Potem o kartce. Potem o działce u Rafała, o girlandach, torcie i akordeoniście, o tym, jak woziłem cudze dobre humory. O tym jednym zdaniu Elżbiety, że nie jestem od takich ceregieli. Tadeusz słuchał, dolewając mi kawy.

W końcu oparł się o błotnik busa i powiedział: „Wiesz chłopie, autobus też czasem trzeba wycofać z trasy, inaczej się rozleci. ”

Wtedy do garażu zajrzała pani Zofia z domu obok, malutka, w pikowanej kurtce, z siatką w ręku. „Tadziu, ty mówiłeś kiedyś o tym busie. Ja jutro rano mam przychodnię, a autobus mi nie pasuje.

” Tadeusz spojrzał na busa, potem na mnie. „Jeszcze nie gotowy, Zosiu. ” I wtedy usłyszałem własny głos. „Ja panią zawiozę.

” Oboje spojrzeli na mnie. „Naprawdę? ” – spytała cicho. „Po drodze mam” – powiedziałem.

Tylko że tym razem to nie było kłamstwo, którym sam siebie zapędzałem w cudze sprawy. Tym razem sam wybrałem tę drogę. Nocowałem u Tadeusza. Dał mi koc, talerz kanapek i zapytał, czy jadłem.

Nie, czy mam jutro czas, nie, czy kogoś zawiozę. Czy jadłem. W domu pytali tylko, czy jutro mam czas. Rano obudziłem się spokojniejszy niż u siebie.

Cudzy pokój, stary koc, a ja pierwszy raz od dawna nie czułem, że zaraz ktoś wejdzie i powie: „Wiktor, tylko jedna sprawa. ”

Pani Zofia czekała przed furtką w granatowym płaszczu. Miała ze sobą siatkę jabłek z działki. „Niech pan nie odmawia, bo się obrażę.

” Pod przychodnią pomogłem jej wysiąść. Już miałem wracać do auta, kiedy złapała mnie za rękaw. „Pan wejdzie na chwilkę, bo ja się może pogubię. ” Wszedłem.

W kolejce pani Zofia od razu zaczęła półgłosem. „To jest pan Wiktor. Pomógł mi dzisiaj. Porządny człowiek.

” Poczułem się niezręcznie. Człowiek w moim wieku nie wie, co zrobić z pochwałą. Z pretensją sobie poradzi, ale z dobrym słowem to już gorzej. Kobieta w czerwonym berecie spojrzała na mnie uważnie.

„A pan może czasem do ZUS-u jeździ? ” Starszy pan z laską od razu się włączył. „Mnie w przyszłym tygodniu badania wypadają. Córka mówi, że ma na radę, a taksówki teraz, panie, jak za złoto.

” Ktoś jeszcze zapytał o dworzec, ktoś o rynek. Przez chwilę miałem ochotę cofnąć się do drzwi i powiedzieć, że to nieporozumienie. Ale potem zauważyłem coś, co mnie zatrzymało. Oni nie mówili „musisz”, nie mówili „przecież masz auto”.

Pytali nieśmiało, zawstydzeni. Pani w berecie od razu dodała, że za paliwo zapłaci. Starszy pan obiecał słoik miodu. Ktoś powiedział, że może upiec placek drożdżowy.

Ich prośby nie ciążyły mi jak rodzinne rozkazy. Były ludzkie, miały w sobie wdzięczność, zanim jeszcze cokolwiek zrobiłem. Kiedy wróciłem do Tadeusza, opowiedziałem mu wszystko. „No to trzeba zeszyt” – powiedział.

„Zwykły, w kratkę, żeby zapisać, kto, gdzie i kiedy. ” Na pierwszej stronie swoim krzywym pismem napisał: „Kursy Wiktora. ” Zaśmiałem się. „Brzmi jak firma transportowa z jednym kierowcą i zerowym kapitałem.

” „Nie firma, pomoc sąsiedzka. To różnica. ”

Telefon nie milczał. Elżbieta pisała coraz ostrzej.

„Przez ciebie mama musiała jechać taksówką. ” Potem Rafał pytał, czy w sobotę przewiozę stoły. Potem: „Nie przesadzaj, wracaj do domu. ” Najdłużej patrzyłem na wiadomość, która przyszła koło obiadu.

„Przecież dostałeś obiad. O co ci chodzi? ” W tym jednym zdaniu było całe nasze małżeństwo. Dostałeś.

Masz. Nie marudź. Po południu pojechałem z Mikołajem, wnukiem pani Zofii, na szrot pod Bydgoszczą. Chłopak miał może dwadzieścia lat, kaptur na głowie i minę, jakby świat od rana był mu coś winien.

Przez pierwsze kilometry prawie się nie odzywał. Na miejscu ożył trochę, kiedy zobaczył, że nie daję się naciągnąć sprzedawcy. Kupiliśmy lusterko, lampę i dwa siedzenia. W pewnym momencie Mikołaj spojrzał na mnie spod kaptura.

„Pan tak wszystkich wozi? ” – zapytał. Oparłem siedzenie o bagażnik. „Nie wszystkich.

Teraz tylko tych, których sam wybiorę. ”

Wieczorem pojechałem do mieszkania po parę rzeczy. Elżbieta była w przedpokoju. Wokół niej stały torby Rafała, składane krzesła, pudełka po alkoholu.

Spojrzała na kluczyki w mojej ręce i powiedziała: „Dobrze, że jesteś. To trzeba zawieźć do mamy. ” Nie spytała, gdzie spałem. Nie spytała, czy wszystko ze mną w porządku.

Nie spytała nawet, czy zjadłem te pierogi. Zauważyła tylko, że wrócił samochód. Pakowałem torbę w sypialni. Elżbieta stała w progu.

„Ty naprawdę będziesz to ciągnął? ” – zapytała. „Co dokładnie? ” „Ten teatr, Wiktor, no proszę cię.

Wyszedłeś z domu, nie odbierasz telefonu. Śpisz nie wiadomo gdzie. Bo co? Bo pierogi były zimne.

” „Nie chodzi o pierogi, Ela. ” „A o co? Bo naprawdę próbuję zrozumieć. ” Nie próbowała.

Chciała znaleźć takie wyjaśnienie, przy którym to ja wyjdę na przewrażliwionego. „Dla Rafała potrafiłaś zrobić imieniny z akordeonistą, tortem i girlandami. Dla mnie nie potrafiłaś nawet podgrzać obiadu. ” „Bo ty nigdy nie lubiłeś takich rzeczy.

” „Nie, ty uznałaś, że nie lubię. To wygodne. ” „Zawsze byłeś spokojny. Nigdy niczego nie chciałeś.

” „Chciałem. Tylko jak człowiek przez lata widzi, że jego chcenie przeszkadza innym, to przestaje mówić. ”

Potem zadzwonił telefon. Halina.

Elżbieta włączyła głośnik. „Wiktor, co ty wyprawiasz? Ela płacze. Rafał się denerwuje.

Ja mam sanatorium w sobotę i nie będę się tłukła z walizką przez pół miasta. ” „Dobry wieczór, Halino. ” „Nie dobry wieczór, tylko weź się w garść. Mężczyzna ma być potrzebny rodzinie.

” „Byłem potrzebny jak kuchenki do auta. Nie jak człowiek. ” Po drugiej stronie zapadła cisza. „Ty się chyba z kimś zadałeś.

Ktoś ci głupot nagadał. ”

Wtedy zadzwonił mój telefon. Tadeusz. „Hamulce.

Coś mi nie gra. Jak masz siłę, przyjedź. ” Popatrzyłem na torbę, potem na Elżbietę, potem na telefon w jej dłoni, z którego jeszcze dochodził głos Haliny. Mogłem zostać i tłumaczyć ludziom, którzy już postanowili, że nie mam racji.

Albo mogłem iść tam, gdzie naprawdę byłem potrzebny. Nie jako mebel z kierownicą, jako ktoś, kto umie pomóc i sam decyduje komu. „Jadę. ” Elżbieta zrobiła krok za mną.

„Wiktor, nie wyjdziesz. ” „Teraz wyjdę. ” „A moja mama? ” „Twoja mama ma dorosłego syna, dorosłą córkę i telefon.

Poradzi sobie. ” Nie trzasnąłem drzwiami. Po prostu je zamknąłem. U Tadeusza garaż był już otwarty.

Pracowaliśmy do późna. Dołączył Mikołaj, przyszedł z latarką. Pani Zofia przyniosła zupę w słoiku. „Głodny mechanik to zły mechanik.

” Ktoś przyniósł koce, ktoś termos herbaty. W końcu Tadeusz przekręcił kluczyk. Silnik zakaszlał, zatrząsł się, a potem zaskoczył. Nierówno, głośno, cudownie.

Pani Zofia klasnęła w dłonie. Tadeusz poklepał busa po masce i powiedział cicho: „No panie kierowco, teraz to już nie jest grat, to jest nadzieja. ”

Telefon zawibrował. Wiadomość od Elżbiety.

„Jak jutro nie przyjedziesz po mamę, wszyscy zobaczą, jaki naprawdę jesteś. ” Rozejrzałem się po garażu. Na Tadeusza, panią Zofię, Mikołaja, na ten stary bus, który właśnie dostał drugie życie. I pierwszy raz nie przestraszyłem się tego, że wszyscy zobaczą.

Nie byłem autobusem miejskim. Nie musiałem zatrzymywać się na każdym cudzym żądaniu. Pierwszy prawdziwy kurs zaczął się od tego, że bus nie chciał odpalić za pierwszym razem. Zakaszlał, sapnął i w końcu zaskoczył.

Na przedniej szybie Tadeusz przykleił kartkę napisaną grubym flamastrem: „Sąsiedzki kurs. ” Pani Zofia poprawiła mu literkę, bo według niej „S” wyglądało jak „5”. I ruszyliśmy. Pierwsza wsiadła pani Zofia z siatką cukierków.

Za nią pan Józef, wysoki, chudy, z laską, jechał do ZUS-u. Potem pani Celina w czarnym płaszczu z bukietem goździków. Na końcu wskoczył Mikołaj z plecakiem, bo miał praktyki u lakiernika. Jechałem i słuchałem ich przekomarzania.

Pani Zofia rozdawała cukierki tak stanowczo, że odmowa groziła wykreśleniem z listy porządnych ludzi. Pan Józef opowiadał, jak kiedyś w urzędzie zgubił numerek, ale nie kolejkę, bo kolejkę to człowiek nosi w oczach. Mikołaj przewracał oczami, ale pomagał pani Celinie poprawić bukiet. I wtedy dotarło do mnie coś prostego.

Nadal lubiłem wozić ludzi. To nie dobroć mnie zmęczyła. Zmęczyło mnie to, że niektórzy ludzie zrobili z mojej dobroci obowiązek. Wiadomości zaczęły przychodzić jedna po drugiej.

Rafał napisał, że zachowuję się jak dzieciak. Halina obdzwoniła pół znajomych, mówiąc, że zięć ją porzucił. Elżbieta wysyłała coraz chłodniejsze wiadomości. Kiedy zatrzymaliśmy się przy małym sklepie, sprzedawczyni wychyliła się zza lady.

„To pan ten bus dla starszych prowadzi? Ładnie. Naprawdę ładnie. ” W małych miejscach wiadomości jeżdżą szybciej niż autobusy.

Pani Celina poprosiła, żebym zawiózł ją na cmentarz boczną bramą. Miała rocznicę śmierci męża. Trzymała te goździki na kolanach tak delikatnie, jakby to były czyjeś ręce. W busie zrobiło się ciszej.

Wtedy zadzwoniła Elżbieta. Odebrałem, bo wiedziałem, że inaczej będzie dzwonić do skutku. „No wreszcie. Mama stoi z walizką.

Rafałowi coś wypadło. Zrób coś. ” Spojrzałem w lusterko. Pani Celina siedziała prosto z bukietem przy piersi.

„Nie mogę, mam kurs. ” „Jaki kurs? Wiktor, moja mama ma sanatorium. Jaki kurs jest ważniejszy od rodziny?

” „Spokojnie. Taki, na który ktoś czeka z wdzięcznością, nie z pretensją. ” Po drugiej stronie zapadła cisza. Rozłączyłem się.

Pani Celina nic nie powiedziała, kiedy wysiadała przy cmentarzu. Tylko położyła mi dłoń na ramieniu, krótkim, lekkim ruchem. To wystarczyło. Halina jednak pojechała taksówką.

Dowiedziałem się o tym od Elżbiety, która wieczorem czekała na mnie pod garażem Tadeusza z twarzą tak napiętą, że wyglądała, jakby trzymała w zębach wszystkie pretensje świata. „Mama zapłaciła majątek. ” Wyjąłem z kieszeni złożoną kartkę i podałem jej. Były tam numery taksówek, rozkład PKP, kontakt do prywatnego przewoźnika.

Elżbieta patrzyła na kartkę, jakbym wręczył jej wypowiedzenie z życia. „Czyli tak teraz będzie. ” „Teraz będzie tak, że nie jestem jedynym rozwiązaniem. ” Nie odpowiedziała.

Zgniotła kartkę trochę za mocno, ale jej nie wyrzuciła. Wieczorem siedzieliśmy z Tadeuszem w garażu. Bus stygł po pierwszym dniu. „Wiesz, to trzeba by jakoś ogarnąć.

Może stowarzyszenie przy osiedlu. Legalnie, żeby ludzie wiedzieli, kiedy jedziemy. ” Poczułem, jak żołądek ściska mi się ze strachu. „Tadziu, ja nie wiem, czy ja się nadaję do takich rzeczy.

” „Do bycia wykorzystywanym nadawałeś się tyle lat. Do pomagania po swojemu też się nadasz. ” Popatrzyłem na zeszyt w kratkę, na wpisane nazwiska i godziny. „Kursy Wiktora” na pierwszej stronie.

I pierwszy raz ta odpowiedzialność nie wyglądała jak kajdanki. Wyglądała jak kierownica. Przygotowania do oficjalnego otwarcia wyglądały tak, jak wyglądają wszystkie ważne rzeczy na polskich osiedlach. Trochę krzywo, trochę na ostatnią chwilę, ale z sercem większym niż budżet.

Pani Zofia przyniosła ciasto drożdżowe. Pan Józef ustawił trzy krzesła, potem przestawił je o pół metra, potem wrócił do pierwszej wersji. Na przedniej szybie busa zawisła nowa kartka: „Sąsiedzki kurs. Do przychodni, ZUS i na rynek.

” Ktoś umył szyby, ktoś przetarł siedzenia. Pani Celina zawiesiła przy lusterku woreczek z lawendą, bo w pojeździe dla ludzi musi pachnieć ludźmi, nie piwnicą. Stałem trochę z boku. Nie lubiłem być w centrum.

A tu nagle ludzie podchodzili, klepali mnie po ramieniu, dziękowali. Bez wielkich przemówień, po prostu normalnie. Pan Józef podał mi słoik ogórków. Pani Celina wcisnęła mi w ręce szalik własnoręcznie zrobiony.

„Na zimne poranki kierowca nie może marznąć. ” Człowiek przez lata słyszy głównie „możesz, musisz, podjedź, zrób”. A potem nagle jedno „nie może marznąć” robi mu coś w środku, jakby ktoś odkręcił zardzewiały zawór. Mikołaj podszedł ostatni.

Przez chwilę kopał czubkiem buta w żwir. „Ja tylko chciałem powiedzieć, że gdyby nie te kursy, to bym chyba rzucił praktyki. Serio. Bo z dojazdami była masakra, a teraz jakoś idzie.

” „To dobrze. ” „No i dzięki. ” Po czym szybko odszedł, zanim zrobiło się zbyt poważnie. Tadeusz wyjął z kieszeni kluczyki i podał mi je uroczyście, choć przecież od kilku dni i tak jeździłem.

„Prowadź. ” Wziąłem je. Metal, plastik, breloczek z wyblakłym logo starego warsztatu. A jednak ważyły więcej niż wszystkie klucze, które nosiłem do tej pory.

Do mieszkania, gdzie byłem potrzebny tylko wtedy, gdy trzeba było coś zrobić. Do samochodu, który dla innych był przedłużeniem ich planów. Do życia, w którym zawsze byłem po drodze. Wtedy zobaczyłem Elżbietę.

Stała przy chodniku, obok auta Rafała. Halina była na tylnym siedzeniu, sztywna jak królowa. Elżbieta wysiadła i ruszyła w moją stronę powoli, ostrożnie. Ludzie ucichli.

Tadeusz stanął obok mnie bez słowa. „Nie wiedziałam, że ty tu coś takiego robisz” – powiedziała. „Mówiłem. ” „Nie tak.

” Może miała rację. Może nie da się opowiedzieć komuś o zmianie, jeśli ten ktoś słucha tylko po to, żeby znaleźć lukę i wstawić tam własną pretensję. „Wszyscy mówią, że im pomagasz. ” „Pomagam.

” „A nam już nie? ” W tym zdaniu nie było dawnej ostrości. Był żal, ale też to stare przekonanie, że rodzina ma pierwszeństwo do człowieka, nawet jeśli nigdy nie pytała, ile go jeszcze zostało. „Ela.

Ja wam pomagałem latami. ” „Może rzeczywiście trochę cię nie doceniałam. ” To „trochę” spadło między nami jak kamyk do studni. Nadal nie potrafiła powiedzieć „nie widziałam cię”.

„Wróć do domu. Będzie inaczej. ” Nie odpowiedziałem od razu. Nie chciałem jej zranić.

Przez tyle lat ją kochałem, nawet jeśli ta miłość zrobiła się z czasem bardziej obowiązkiem niż ciepłem. Ale nie chciałem znowu położyć własnego życia na stole jak te zimne pierogi. „Na razie wynajmę pokój u Tadeusza. Potem zobaczę.

” „Czyli naprawdę odchodzisz? ” „Ja już od dawna odchodziłem, Ela. Tylko wcześniej sam tego nie widziałem. ” Spuściła wzrok.

Z auta dobiegł klakson Rafała, krótki, niecierpliwy. Elżbieta drgnęła odruchowo. Znałem ten odruch. Ten sam, który przez lata miałem ja.

Ktoś zatrąbił, ktoś zawołał, ktoś czegoś chciał, więc trzeba było biec. „Elu, ja nie chcę już wracać na trasę, gdzie przystanek nazywa się Wiktor Zrób. ” Nie rozpłakała się, nie zrobiła sceny. Odeszła powoli do auta.

Rafał coś do niej mówił. Halina gestykulowała przez szybę, ale Elżbieta nie odpowiadała. Stała jeszcze chwilę przy drzwiach, patrząc w naszą stronę. Tadeusz dotknął mojego ramienia.

„Jedziemy. ” Wsiadłem za kierownicę. Za mną zaczęli wsiadać ludzie. Pani Zofia z torbą, pan Józef z teczką, pani Celina z chustką pod szyją, Mikołaj z plecakiem.

Ktoś zapytał, czy można uchylić okno. Ktoś zażartował, że jak będą korki, to pani Zofia powinna kierować ruchem, bo i tak wszystkich ustawia. Tadeusz usiadł obok mnie, zapiął pas i spojrzał przed siebie. „No panie kierowco.

” Włączyłem silnik. Bus zadrżał, ale ruszył pewnie. Przy wyjeździe zobaczyłem Elżbietę stojącą przy aucie Rafała. Nie machała, nie podeszła, po prostu patrzyła.

Nie zatrąbiłem, nie odwróciłem głowy teatralnie. Nie chciałem wygrać tej sceny. Chciałem ją tylko przejechać i pojechać dalej. Wrzuciłem bieg i ruszyłem.

Pierwszy raz w życiu nie byłem niczyim zapasowym kierowcą. Byłem człowiekiem, który sam wybrał trasę.