Przed samą rozmową o wymarzoną pracę zatrzymał mnie wściekły krzyk: „Ej, kobieto, odjedź stąd natychmiast. To moja miejscówka”. Wysiadł z ogromnego SUV-a i patrzył na mnie, jakbym była intruzem w…

Gdy tylko wysiadłam z samochodu, usłyszałam za plecami wściekły krzyk: „Ej, kobieto, odjedź stąd natychmiast. To moja miejscówka”. Obróciłam się i zobaczyłam rozzłoszczonego mężczyznę po czterdziestce, który właśnie wysiadał z ogromnego, drogiego SUV-a. Spojrzałam mu prosto w oczy i chłodno odpowiedziałam, że nie widzę tam żadnej tabliczki z jego nazwiskiem.

Thumbnail

Za wszelką cenę starałam się zachować spokój. Nie miałam zamiaru tracić ani chwili na bezsensowną kłótnię, bo za moment miałam rozpocząć rozmowę rekrutacyjną na wymarzone stanowisko kierownika działu marketingu. Od dawna szukałam czegoś, co naprawdę dałoby mi satysfakcję, a marketing był moją prawdziwą pasją. Zostawiłam go z jego krzykami i szybkim krokiem ruszyłam w stronę wejścia do galerii.

Gdy zniknęłam za drzwiami, mężczyzna sięgnął po telefon. – Piotrek, sprawdź mi na szybko tę tablicę. Błagam cię – rzucił nerwowo do słuchawki. – Co jest?

Znowu ktoś ci bezczelnie zajął miejsce? – zażartował Piotrek po drugiej stronie. – Nieważne, po prostu to sprawdź i oddzwoń, jak będziesz coś wiedział – uciął Leszek. Leszka aż nosiło ze złości, że jakaś kobieta bezczelnie zajęła mu miejsce.

Uważał teren przed galerią za niemal prywatny. Wszyscy w okolicy doskonale wiedzieli, że to konkretne miejsce zawsze powinno na niego czekać. Co do zasady pilnowali tego ochroniarze, ale akurat tego dnia na parkingu nie było nikogo. Ja tymczasem pędziłam co sił w nogach.

Zaproszenie na rozmowę dostałam dopiero wczoraj w południe. Przyjechałam niemal na ostatnią chwilę, a tu jak na złość ani jednego wolnego miejsca. Jakimś cudem wypatrzyłam tę jedną lukę, odetchnęłam z ulgą, zaparkowałam i już miałam ruszać, gdy pojawił się ten gbur. No trudno, pomyślałam.

Najważniejsze, żeby dobrze wypaść na spotkaniu. Usiadłam w fotelu w poczekalni i czekałam. Asystentka powiedziała, że szef jest już w firmie, ale jeszcze nie pojawił się w swoim gabinecie. W pewnym momencie drzwi do sekretariatu otworzyły się z hukiem i stanął w nich ten sam mężczyzna z parkingu.

Chyba również od razu mnie rozpoznał, bo na kilka sekund zamarł w miejscu, po czym wszedł do swojego gabinetu i zatrzasnął za sobą drzwi. – Pani jest umówiona na 10:00, prawda? Powinien zaraz panią przyjąć – powiedziała sekretarka, wzruszając ramionami. – Zwykle rano pan Leszek bywa znacznie przyjemniejszy.

Chyba coś go dzisiaj ugryzło. Asystentka zaczęła opowiadać o jego byłej żonie, która potrafi mu skutecznie popsuć humor od samego rana. Rozwiedli się już jakieś pięć lat temu, a ona nadal nie daje mu spokoju. Mają przecież dwójkę wspólnych dzieci, a ona ciągle znajduje powody, żeby się z nim kłócić.

Gdy połączyłam wszystkie fakty i dotarło do mnie, kto miał mnie dzisiaj rekrutować, właściwie spisałam już tę rozmowę na straty. Odezwała się jednak we mnie sportowa ambicja. Byłam po prostu ciekawa, jak zakończy się ta cała sytuacja. Po kilku minutach w końcu zostałam zaproszona do środka.

Weszłam do gabinetu i spokojnie przymknęłam za sobą drzwi. – Dzień dobry – powiedziałam z uśmiechem, jak gdyby nigdy nic. – Dzień dobry – odparł Leszek, mierząc mnie wzrokiem, w którym mieszały się złość i ciekawość. – Co może mi pani zaoferować?

Dlaczego mielibyśmy zatrudnić właśnie panią? – Mam za sobą lata konkretnego doświadczenia w handlu i marketingu. Całe moje portfolio ma pan przed sobą. Jestem w stanie tak rozkręcić promocję tej galerii, że konkurencja w mieście zostanie daleko w tyle.

Ale mogę też zrobić coś zupełnie odwrotnego. Jeśli mnie pan nie zatrudni, po prostu przedstawię wszystkie te pomysły pańskiej bezpośredniej konkurencji. Leszka po prostu zamurowało. Był wyraźnie zaskoczony moją pewnością siebie i spokojem, z jakim wypowiadałam te słowa.

Widząc, jakie wrażenie zrobiły na nim moje słowa, postanowiłam pójść za ciosem. – Na początek trzeba zająć się parkingiem. Połowa placu jest zawalona niepotrzebnymi rzeczami i paletami, przez co zwykli klienci nie mają gdzie zostawić samochodu. Druga sprawa to kadry, a dokładniej porządne szkolenia z zakresu kultury osobistej i kontaktu z klientem – powiedziałam, patrząc mu wymownie prosto w oczy.

– Wystarczyłoby po prostu nie zajmować cudzych miejsc parkingowych – odparł natychmiast Leszek. – I co z tego? Skąd miałam wiedzieć, że to pan zawsze tam parkuje? Ktoś zajął panu miejsce, więc można było po prostu stanąć dwa metry dalej.

Gdzie tu jest problem? – zakończyłam spokojnie, obserwując, jak z jego twarzy znika pewność siebie. Leszek próbował jednak wrócić do oficjalnego tonu, opowiadając o specjalistach od wielkich obietnic, którzy po kilku miesiącach pracy nic nie robili. Po jego chłodnym tonie od razu zrozumiałam, że z tej pracy raczej nic nie będzie.

Ewidentnie chciał po prostu utrzeć mi nosa za poranną sytuację. W tym momencie nie miałam już nic do stracenia. – Nie do końca rozumiem pańskie podejście, chociaż chyba jednak zaczynam je rozumieć – powiedziałam, zawieszając głos. – Dla mnie sprawa jest jasna.

Od początku nie zamierzał mnie pan zatrudnić i tylko szuka pan jakiegokolwiek powodu, żeby się mnie pozbyć. Niech się pan nie trudzi, bo ja już podjęłam decyzję. Za żadne pieniądze nie chciałabym tu pracować – dodałam ostro, po czym wstałam i skierowałam się do wyjścia. – Ależ dlaczego tak szybko się pani poddaje?

– odezwał się nagle Leszek. – Wyglądała mi pani na osobę zdecydowanie bardziej zdeterminowaną. – Bo dokładnie taka jestem. Mam w życiu jasno określone cele i konsekwentnie do nich dążę, ale nie zamierzam pozwalać, żeby ktoś robił ze mnie pośmiewisko.

Życzę więc powodzenia w dalszych poszukiwaniach już beze mnie. Wyszłam z gabinetu z wysoko podniesioną głową, a gdy tylko drzwi się za mną zamknęły, ze środka dobiegł mnie jego głośny, rozbawiony śmiech. Leszek pomyślał, że od dłuższego czasu szukał kogoś odpowiedniego na stanowisko szefa marketingu, ale trafiał na same rozczarowania. W Marynie od razu dostrzegł profesjonalizm i ogromne doświadczenie.

Zauważył, że zostawiła na jego biurku swoje dokumenty. Przebiegł po nich wzrokiem – dziewczyna rzeczywiście miała imponujący dorobek. Nagle go olśniło. Zaledwie tydzień wcześniej rozmawiał z kolegą, właścicielem innej dużej galerii w mieście, który również narzekał, że od miesięcy nie może znaleźć dobrego specjalisty.

Od razu wybrał jego numer. – Cześć, Janek. Pamiętam, że szukałeś kogoś naprawdę dobrego do marketingu. Przygotuj sobie coś do pisania i zanotuj numer.

Maryna Owczarek. Mam do niej kontakt. W tym samym czasie w mojej torebce zadzwonił telefon. Zupełnie niespodziewanie dostałam zaproszenie na kolejną rozmowę rekrutacyjną.

Od razu chętnie z niego skorzystałam. Spotkanie poszło świetnie i w końcu dostałam dokładnie takie stanowisko, o jakim marzyłam. Minęło kilka tygodni. Leszek nieraz przyłapywał się na tym, że myślał o Marynie i bardzo żałował, że pozwolił jej odejść.

Sam nadal nie znalazł nikogo odpowiedniego. Kilka dni wcześniej rozmawiał z Jankiem, któremu polecił Marynę. Ten nie krył wdzięczności i chyba z dziesięć razy dziękował mu za tak świetnego pracownika. Opowiadał, że jej świeże pomysły i energia tchnęły nowe życie w cały obiekt.

Gorąco namawiał Leszka, żeby wpadł na kawę i sam zobaczył efekty tych zmian. Leszek trochę niechętnie patrzył na całą tę sytuację, ale w końcu ciekawość zwyciężyła. Pojechał sprawdzić, co takiego niezwykłego ta dziewczyna zrobiła w konkurencyjnym centrum. Gdy tylko dotarł na miejsce, musiał przyznać, że wiele się zmieniło.

Gołym okiem było widać, że pojawia się tu znacznie więcej ludzi. Nagle poczuł lekkie klepnięcie w ramię. – I jak ci się podoba? Widzisz różnicę?

To wszystko zasługa naszej Marysi – powiedział zachwycony Janek. – Chodź do mnie na górę, napijemy się dobrej kawy. Chwilę później siedzieli już w fotelach w gabinecie Janka, delektując się aromatyczną kawą. Nagle drzwi się uchyliły i w progu stanęła Maryna.

Na jego widok na moment zatrzymała się zaskoczona. – Przepraszam. Wpadnę później, kiedy będzie pan wolny – rzuciła szybko. – Ależ Marysiu, daj spokój.

To mój znajomy Leszek. Wchodź śmiało. Usiądź z nami przy kawie – zaproponował z uśmiechem Janek. – Dziękuję, ale z chamami kawy nie piję, a już na pewno nie takiej dobrej – odparła chłodno, odwróciła się na pięcie i wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi.

Po chwili Leszek pożegnał się i ruszył w stronę swojego auta. Gdy schodził na podziemny parking, niespodziewanie stanęła przed nim Maryna. – Pan Janek przed chwilą mi o wszystkim powiedział. Nie miałam pojęcia, że to pan polecił mnie do tej pracy – powiedziała od razu, bez żadnych wstępów.

Leszek tylko wzruszył ramionami. – No i co z tego? Chciałem po prostu pomóc. Sama przecież mówiłaś, że zależy ci na dobrej posadzie.

– I właśnie za to chciałam podziękować. Okazało się, że wcale nie jest pan takim bucem, za jakiego pana wcześniej uważałam – dodała już znacznie łagodniejszym tonem. Leszek lekko się uśmiechnął. – No to jak?

Naprawdę jestem aż takim gburem, jak pani sobie wyobrażała? Może na znak zgody pójdziemy jednak na tę kawę? – W sumie czemu nie? Jeśli w ten sposób mogę się odwdzięczyć za tamte namiary, to chętnie.

Naprawdę bardzo zależało mi na tej pracy. – Pewnie, że się pani odwdzięczy. A przy okazji podejrzę kilka sposobów na zwiększenie obrotów w mojej galerii – zażartował Leszek. Ja jednak już całkiem poważnie ujęłam go pod ramię i skierowałam w stronę najbliższej kawiarni, po drodze od razu dzieląc się z nim swoimi przemyśleniami.

Z czasem zaczęliśmy widywać się coraz częściej, rozmawiając o otwarciu wspólnego biznesu. Na te spotkania wybieraliśmy luźne miejsca. Raz klimatyczną knajpkę na rynku, innym razem ławkę w parku, a czasami po prostu zostawaliśmy w biurze Leszka po godzinach. Powoli nasze rozmowy zaczęły wykraczać daleko poza liczby i plany biznesowe.

Leszek coraz częściej łapał się na tym, że po prostu uwielbia spędzać ze mną czas. Zauważył, że zaczyna czekać na każde nasze spotkanie i wręcz szukać powodów, żeby znowu się zobaczyć. Pewnego wieczoru, gdy zasiedzieliśmy się u niego w gabinecie nad dokumentami do nowego projektu, dotarło do niego, że zakochał się bez pamięci. Przez kilka tygodni zmagał się z tymi uczuciami, nie mając odwagi powiedzieć mi prawdy.

Bał się, że wszystko skomplikuje i zepsuje relacje z genialną wspólniczką. Przełom nastąpił dokładnie w dniu, w którym mieliśmy podpisać umowę spółki u notariusza. Gdy załatwiliśmy już wszystkie formalności, Leszek zaprosił mnie, żebyśmy uczcili ten ważny krok w dobrej restauracji. Kiedy wyszliśmy z restauracji, zimny deszcz zaczął już mocno uderzać o chodniki.

Leszek od razu zaproponował, że odwiezie mnie pod sam blok. Gdy zatrzymaliśmy się pod moją klatką, uznał, że to jego ostatnia szansa. – Maryna – zaczął, odwracając się w moją stronę. – Muszę ci coś powiedzieć.

Ja po prostu się w tobie zakochałem. Wiem, że to może trochę skomplikować nasze sprawy w firmie, ale nie potrafiłem już dłużej trzymać tego w sobie. Na mojej twarzy najpierw pojawiło się lekkie zaskoczenie, które szybko ustąpiło miejsca ciepłemu uśmiechowi. – Leszek – szepnęłam cicho.

– Czułam dokładnie to samo. Tylko tak jak ty bałam się do tego przyznać. Nasze spojrzenia się spotkały i po chwili całowaliśmy się już bez pamięci, nie zwracając uwagi na ulewny deszcz bębniący o dach samochodu. Ta cała historia, która przecież zaczęła się od zwykłej kłótni o miejsce parkingowe pod galerią, doprowadziła nie tylko do stworzenia świetnie prosperującej firmy, ale przede wszystkim do pięknego, dojrzałego związku.

Oboje z Leszkiem zrozumieliśmy, że razem jesteśmy w stanie pokonać każdą przeszkodę, zarówno w biznesie, jak i w życiu. Dokładnie po roku wzięliśmy ślub, a nasza agencja stała się jednym z liderów w branży marketingowej obsługującej galerie handlowe. Patrząc na nas dzisiaj, nikt nawet nie pomyślałby, że nasza wielka miłość narodziła się zaledwie od zwykłego sporu o miejsce parkingowe.