Miałem poślubić kelnerkę tylko na rok. Po ślubie pokazała mi stare zdjęcie
Trzy dni po naszym ślubie Aneta postawiła na stole dwie szklanki z herbatą i wyjęła z torebki małą, wyblakłą fotografię. Mieszkaliśmy wtedy w moim dwupokojowym mieszkaniu na poznańskich Jeżycach, które formalnie należało do ojca. Na parapecie stały jeszcze kwiaty z urzędu stanu cywilnego, a na krześle wisiała moja marynarka.

— Zanim zaczniemy udawać przed twoimi rodzicami szczęśliwe małżeństwo, powinieneś coś wiedzieć — powiedziała.
Miałem wtedy trzydzieści jeden lat. Dziś mam pięćdziesiąt trzy i kiedy wracam do tamtego wieczoru, najpierw pamiętam nie jej słowa, tylko odgłos łyżeczki uderzającej o szklankę.
Moi rodzice prowadzili firmę budowlaną, którą ojciec założył jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Przez całe życie słyszałem, że kiedyś przejmę udziały, dom pod Poznaniem i „odpowiedzialność za nazwisko”. Matka mówiła to zwykle przy niedzielnym obiedzie, poprawiając serwetki albo odsuwając talerz, jakby nawet rozmowa o mojej przyszłości wymagała porządku.
Na kilka miesięcy przed moimi trzydziestymi pierwszymi urodzinami ojciec położył na kuchennym stole teczkę z dokumentami spółki.
— Albo wreszcie założysz rodzinę, albo przepiszę większość udziałów na twojego kuzyna. Testament też mogę zmienić.
Matka dolała sobie kompotu i dodała, że przecież „nie brakuje porządnych dziewczyn”. Dwie córki ich znajomych już mi wcześniej przedstawiono. Obie były miłe, ale przy każdej rozmowie czułem, że wszyscy oprócz mnie wiedzą, po co siedzimy przy jednym stole.
Anetę poznałem w małej kawiarni niedaleko Starego Rynku. Pracowała tam od lat. Miała trzydzieści lat, mówiła spokojnie i pamiętała, kto bierze sernik bez rodzynek, a kto kawę z mlekiem osobno. Zacząłem przychodzić częściej, bo przy niej nikt nie pytał mnie o firmę ojca.
Kiedy powiedziałem jej o ultimatum, przez chwilę wycierała blat, choć był czysty.
— Czyli potrzebujesz żony do dokumentów i na rodzinne obiady?
— Mówiąc brzydko, tak.
— A potem?
— Po roku rozwód. Wszystkie koszty biorę na siebie. Zrobimy intercyzę u notariusza. Dostaniesz też pieniądze, o których rozmawialiśmy.
Nie wyglądała na oburzoną. Bardziej na kogoś, kto sprawdza, czy dobrze usłyszał.
— Muszę porozmawiać z mamą — powiedziała.
Następnego dnia zadzwoniła i się zgodziła.
Dwa tygodnie przed ślubem siedzieliśmy w kancelarii notarialnej i podpisywaliśmy intercyzę. Notariusz mówił o rozdzielności majątkowej, a Aneta czytała każdą stronę dwa razy. Po wyjściu schowała swój egzemplarz do torby i powiedziała, że najbardziej absurdalne w całej sprawie jest to, że właśnie dokumenty wyglądają uczciwiej niż nasze małżeństwo. Nie umiałem jej zaprzeczyć.
Ślub cywilny odbył się w czerwcu. Bez wielkiego wesela, tylko obiad dla najbliższych w restauracji nad Wartą. Moi rodzice siedzieli sztywno, jakby przyszli podpisać umowę. Mama Anety, pani Teresa, miała granatową sukienkę i broszkę przy kołnierzu. Kiedy podawałem jej rękę, patrzyła na mnie dłużej, niż było to potrzebne.
Coś w jej twarzy wydawało mi się znajome, ale nie potrafiłem tego umiejscowić.
Dopiero trzy dni później Aneta położyła przede mną fotografię. Był na niej kilkuletni chłopiec siedzący na schodach domu, a obok niego młoda kobieta w fartuchu. Chłopiec trzymał plastikowy samochodzik. Kobieta miała na kolanach miskę z obranymi jabłkami.
Rozpoznałem schody domu rodziców.
Potem rozpoznałem siebie.
— To moja mama — powiedziała Aneta.
Wstałem i nastawiłem wodę, choć herbata stała już na stole. Potrzebowałem przez chwilę zająć ręce czymś zwyczajnym.
Pani Teresa pracowała u nas, kiedy byłem mały. Sprzątała, gotowała i odbierała mnie czasem z przedszkola. Pamiętałem jej naleśniki z twarogiem, zapach kremu do rąk i to, że zostawiała zapalone światło w korytarzu, kiedy bałem się zasnąć. Kiedy miałem osiem lat, nagle przestała przychodzić.
Matka powiedziała wtedy, że „nie wszystkim można ufać”.
Aneta otworzyła starą kopertę. W środku był jeszcze jeden obrazek i krótka notatka zapisana niebieskim długopisem.
— Twoja mama oskarżyła moją o kradzież złotej bransoletki. Rozpowiedziała o tym kilku osobom. Mama straciła kolejne zlecenia. Po paru miesiącach znalazła pracę przy sprzątaniu szkoły.
— Bransoletka się znalazła?
Aneta spojrzała na mnie.
— Podobno dwa tygodnie później. W pudełku z biżuterią twojej mamy.
Nie zapytałem, skąd to wie. Sam znałem odpowiedź. W naszym domu takie rzeczy wiedziała sprzątaczka, kierowca ojca, sąsiadka, czasem pół osiedla. Tylko przy stole nikt niczego nie mówił.
— Dlaczego zgodziłaś się za mnie wyjść?
— Na początku dla pieniędzy. Mama ma małą emeryturę i została jej jeszcze pożyczka po remoncie mieszkania. Ale kiedy powiedziałam jej twoje nazwisko, przyniosła tę kopertę. Powiedziała, że pamięta cię jako grzecznego, samotnego dzieciaka, który zawsze odnosił talerz do zlewu.
Siedzieliśmy długo bez rozmowy. Potem Aneta dodała:
— Chciałam też zobaczyć, czy jesteś taki jak oni.
W niedzielę pojechaliśmy do moich rodziców. Matka podała rosół i zapytała, czy Aneta przyzwyczaiła się już do mieszkania. Ojciec zaczął mówić o księgowej i zmianach w spółce. Dopiero po kawie położyłem zdjęcie obok cukiernicy.
Mama spojrzała raz.
— Rozpoznałaś panią Teresę na naszym ślubie? — zapytałem.
Przesunęła palcem po brzegu talerzyka.
— Tak.
To krótkie słowo było gorsze niż wymówka. Przez cały obiad weselny wiedziała, kim jest kobieta siedząca kilka stolików dalej, i nawet do niej nie podeszła.
— Skąd to masz?
— Od pani Teresy.
Ojciec odsunął filiżankę.
— Nie wracajmy do historii sprzed dwudziestu lat.
Aneta nic nie powiedziała. Patrzyła przez okno na ogród.
— Bransoletka się znalazła — powiedziałem.
Matka zaczęła zbierać talerzyki po cieście.
— Znalazła się później. Nie pamiętam dokładnie.
— A powiedziałaś komukolwiek, że Teresa jej nie ukradła?
Wypłukała filiżankę, choć zmywarka była otwarta.
— Wtedy były inne czasy. Człowiek podejmował decyzje szybko.
— Jej przez tę decyzję zabrakło pracy.
Ojciec westchnął.
— Ile chcecie?
To pytanie zakończyło rozmowę lepiej niż kłótnia.
Wyciągnąłem z teczki dokumenty dotyczące udziałów, które miałem podpisać w następnym tygodniu, i położyłem je na kredensie.
— Nic nie chcemy.
Ojciec spojrzał na mnie pierwszy raz tego dnia naprawdę uważnie.
Nie zerwałem z rodzicami na zawsze. Życie rzadko układa się tak równo. Przez kilka lat widywaliśmy się głównie na Wszystkich Świętych, imieninach matki i przy sprawach firmowych, których nie dało się zamknąć jednym telefonem. Udziałów nie dostałem. Mieszkanie też w końcu kupiłem od ojca za kredyt, po cenie rynkowej.
Z Anetą mieliśmy rozwieść się po roku.
Nie zrobiliśmy tego.
Najpierw zaczęliśmy chodzić razem na zakupy. Potem pojechaliśmy do pani Teresy na Wielkanoc. Później przyszedł zwyczajny wtorek, kiedy wróciłem z pracy i zobaczyłem na kuchennym stole naleśniki z twarogiem.
— Mama podała mi przepis — powiedziała Aneta.
Pani Teresa zmarła jedenaście lat później. W jej mieszkaniu, podczas porządkowania rzeczy po pogrzebie, znaleźliśmy tę samą fotografię w szufladzie starego kredensu. Na odwrocie dopisała kiedyś tylko datę i moje imię.
Aneta podała mi zdjęcie, a ja wsunąłem je do koperty razem z kilkoma dokumentami po jej mamie.
Potem zamknęliśmy szufladę i poszliśmy do kuchni nastawić wodę na herbatę.