Cztery tygodnie po pogrzebie mamy ojczym ogłosił ślub z jej przyjaciółką. Potem znalazłam rachunek z lombardu

Cztery tygodnie po pogrzebie mamy ojczym ogłosił ślub z jej przyjaciółką

W dniu, w którym Andrzej przyszedł do mojego mieszkania, na kuchennym stole stały dwie filiżanki po kawie i rachunek za ogrzewanie. Nie zdążyłam go jeszcze opłacić. Ojczym usiadł, ale po chwili znów wstał i zaczął przesuwać cukiernicę z miejsca na miejsce.

Mama nie żyła od dwudziestu ośmiu dni. Przez osiem miesięcy choroby woziłam ją do szpitala, odbierałam wyniki i pilnowałam, żeby brała leki. Andrzej też przy niej był, przynajmniej tak to wyglądało. Przyjeżdżał z zakupami, rozmawiał z lekarzami, a jego znajoma, Elżbieta, przynosiła obiady w plastikowych pojemnikach.

Elżbieta była najlepszą przyjaciółką mamy jeszcze z czasów pracy w urzędzie miasta. Znała rozkład szuflad w jej kuchni, wiedziała, gdzie leżą rachunki i jaki jogurt mama lubiła najbardziej. Podczas ostatniej Wigilii, którą spędziliśmy wszyscy razem, siedziała obok niej i trzymała ją za rękę.

Wtedy nie widziałam w tym nic dziwnego. Człowiek chory potrzebuje bliskości, a rodzina przyjmuje pomoc, nawet jeśli nie ma siły przyglądać się jej dokładnie.

Andrzej w końcu odchrząknął.

– Chciałem, żebyś usłyszała to ode mnie – powiedział. – Ja i Ela postanowiliśmy się pobrać.

Przez chwilę patrzyłam na niego, a potem wyjęłam z szafki czysty kubek. Nie dlatego, że chciało mi się pić. Potrzebowałam zrobić coś zwyczajnego.

– Kiedy? – zapytałam.

– Za miesiąc. W kancelarii notarialnej podpiszemy też sprawy dotyczące mieszkania.

– Mamy?

– Teraz to moje mieszkanie.

Powiedział to spokojnie, jakby chodziło o wymianę dowodu osobistego. Mama i Andrzej byli małżeństwem od dwudziestu lat, ale mieszkanie kupiła jeszcze przed ślubem. W testamencie zapisała mi je w całości. Wiedziałam o tym, bo trzy tygodnie po pogrzebie byłyśmy z siostrą u notariusza i odczytano dokument.

Andrzej miał prawo do zachowku, podobnie jak mama miała prawo do spokojnego przeżycia ostatnich miesięcy. Jedno z drugim nie miało jednak nic wspólnego.

– Ela była przy mamie – próbował tłumaczyć.

– Była przy tobie – odpowiedziałam.

Nie podniósł głosu. Poprawił mankiet koszuli i spojrzał na zegarek.

– Życie musi iść dalej, Aniu.

– Moje może. Ty dopiero pochowałeś żonę.

Wyszedł bez pożegnania. Zostałam przy stole, a czajnik wyłączył się z cichym kliknięciem. Figa, kotka mamy, która od pogrzebu mieszkała u mnie, otarła się o moje nogi i miauknęła przy drzwiach. Nie wiedziałam jeszcze, że to ona zwróci moją uwagę na pierwszą rzecz, której nie powinnam była przeoczyć.

Ślub odbył się trzydzieści dwa dni po pogrzebie. Zdjęcia pojawiły się w internecie tego samego wieczoru. Elżbieta miała jasną sukienkę z koronką, a bukiet składał się z piwonii, czyli kwiatów, które mama zawsze kupowała na imieniny. Pod jednym ze zdjęć ktoś napisał: „Miłość znalazła drogę mimo bólu”.

Nie komentowałam. Zamiast tego zadzwoniłam do Andrzeja i zapytałam o naszyjnik mamy. Złoty, ciężki, z małymi kamieniami przy zapięciu. Mama obiecała mi go jeszcze wtedy, gdy byłam dzieckiem. W każde święta pozwalała mi go przymierzyć, choć wisiał na mnie jak łańcuch.

– Nie ma go – powiedział Andrzej.

– Gdzie jest?

– Trzeba było pokryć kilka wydatków.

– Jakich?

– Nie będziemy rozmawiać o każdej rzeczy z domu.

Po dwóch dniach znalazłam w mieszkaniu mamy kopertę wsuniętą za szufladę starego kredensu. Figa drapała w drewno, jakby coś tam wyczuwała. W kopercie leżał rachunek z lombardu, wystawiony na nazwisko Elżbiety. Data sprzedaży naszyjnika przypadała na tydzień po śmierci mamy.

Do rachunku dołączona była krótka kartka, napisana jej ręką: „Andrzej powiedział, że to konieczne. Nie mam już siły się kłócić”.

Usiadłam na krześle i przeczytałam te słowa kilka razy. Mama nie napisała, że naszyjnik mi oddaje. Nie napisała też, że mu go daruje. Zostawiła tylko zdanie, którego nie umiałam odczytać bez domysłów.

Następnego dnia spotkałam pod osiedlowym sklepem Martę, pielęgniarkę z oddziału, na którym mama spędziła ostatnie tygodnie. Znałyśmy się od lat, ale wcześniej nigdy nie rozmawiałyśmy dłużej niż kilka minut.

– Powinnam była powiedzieć ci wcześniej – zaczęła, ściskając siatkę z pieczywem. – Tylko nie wiedziałam, czy to moja sprawa.

Nie pytałam, o co chodzi. Czekałam.

– Andrzej i Ela spotykali się na parkingu za szpitalem. Widziałam ich kilka razy. Nie wyglądali jak przyjaciele rodziny.

Opowiedziała, że podczas jednej z nocnych zmian słyszała ich rozmowę pod pokojem mamy. Elżbieta pytała, jak długo jeszcze będą udawać, że chodzi wyłącznie o opiekę. Andrzej odpowiedział, że trzeba poczekać, aż „sprawy majątkowe się uspokoją”.

– Twoja mama spała po lekach – dodała Marta. – Oni rozmawiali o wyjeździe nad morze i o tym, że wreszcie będą mieli własne życie.

W drodze do domu weszłam do kawiarni przy rynku. Zamówiłam herbatę i sernik, chociaż nie miałam apetytu. Na stoliku obok dwie starsze kobiety rozmawiały o pogrzebie sąsiadki. Jedna mówiła, że ludzie potrafią całe życie mieszkać pod jednym dachem i nic o sobie nie wiedzieć.

Przypomniałam sobie, jak mama przepraszała za każdy ból, za każdą wizytę w szpitalu i za to, że potrzebuje pomocy. Andrzej mówił wtedy, że jest zmęczony, ale dzielnie wszystko znosi. Elżbieta nazywała ich troje „małą drużyną”.

Nie pojechałam do nich z pretensjami. Zadzwoniłam do prawniczki, którą poleciła mi siostra. Sprawdziłyśmy testament, rachunki i dokumenty dotyczące mieszkania. Wśród papierów mamy znalazły się przelewy na konto Elżbiety oraz wydruki wiadomości, których mama najwyraźniej nie zdążyła wyrzucić z telefonu.

Nie były jednoznaczne, ale wystarczające. Pisali o terminach wizyt, o bólu mamy, o tym, że „jeszcze trochę” i że potem sprzedadzą działkę po dziadku. Jeden z przelewów miał tytuł: „na naszą podróż”. Został wykonany z konta, do którego Andrzej miał dostęp.

Napisałam do niego, że chcę spotkać się w mieszkaniu mamy po ich powrocie z krótkiego wyjazdu. Odpisał niemal od razu, z ulgą, że najwyraźniej przestałam się sprzeciwiać.

Elżbieta otworzyła drzwi w fartuchu. Na stole stała miska z ciastkami, a z pokoju pachniało świeżo zaparzoną kawą. Andrzej objął mnie i powiedział, że mama byłaby dumna z mojej dojrzałości.

– Mam dla was prezent – powiedziałam.

Położyłam na stole teczkę. W środku były kopie wiadomości, potwierdzenia przelewów, rachunek z lombardu i kartka mamy. Prawniczka przygotowała również pismo w sprawie rozliczenia pieniędzy z majątku oraz zwrotu naszyjnika.

Elżbieta przestała się uśmiechać. Andrzej długo patrzył na rachunek z lombardu.

– Skąd to masz? – zapytał.

– Z mieszkania mamy.

– Przecież nie miałaś prawa przeglądać wszystkiego.

– Miałam prawo zabezpieczyć dokumenty jako spadkobierczyni.

Elżbieta usiadła i zaczęła wygładzać serwetkę.

– My ją kochaliśmy – powiedziała cicho.

– Może każde z was na swój sposób. Tylko mama nie wiedziała, że ten sposób obejmuje planowanie ślubu i sprzedaż jej rzeczy, kiedy jeszcze była w domu.

Andrzej obiecał, że odkupi naszyjnik. Dzięki prawnikowi lombard zgodził się go wydać po uregulowaniu kwoty. Kosztowało mnie to więcej, niż mama zapisała w testamencie na drobne wydatki, ale po dziesięciu dniach miałam go z powrotem.

Nie wiem, czy Andrzej i Elżbieta nadal są razem. Kontakt urwał się po piśmie z kancelarii. Mieszkanie zostało moje, choć przez kilka miesięcy płaciłam rachunki i podatek, zanim znalazłam w sobie siłę, żeby je uporządkować.

Naszyjnik leży w szufladzie obok aktu zgonu mamy i jej starego zdjęcia z wakacji nad jeziorem. Czasem zakładam go na Wszystkich Świętych, kiedy jadę na cmentarz z kwiatami i zniczem. Figa wtedy czeka na mnie w przedpokoju, a po powrocie wskakuje na krzesło przy kuchennym stole, jakby pilnowała, żebym niczego więcej nie schowała zbyt głęboko.