Ojczym ożenił się z przyjaciółką mamy miesiąc po pogrzebie
Trzy tygodnie po pogrzebie mamy stałam w jej kuchni i pakowałam do kartonu filiżanki z cienkiej porcelany. Andrzej siedział przy stole, obracał w palcach klucze i czekał, aż skończę. Na kredensie leżały jeszcze rachunki za prąd, recepty i teczka z dokumentami ze szpitala. Wszystko wyglądało tak, jakby mama miała zaraz wrócić z osiedlowego sklepu.
— Muszę ci coś powiedzieć — odezwał się w końcu.

Miałam wtedy pięćdziesiąt jeden lat, własny dom, dorosłą córkę i wystarczająco dużo doświadczenia, żeby wiedzieć, że po takich słowach rzadko przychodzi coś dobrego. Zamknęłam karton i usiadłam naprzeciwko niego. Andrzej nie patrzył mi w oczy.
— Z Elą chcemy wziąć ślub — powiedział. — Skromnie, w urzędzie stanu cywilnego.
Ela była najlepszą przyjaciółką mamy od czasów technikum. Przez ostatnie miesiące choroby przywoziła zupy, odbierała leki z apteki i czasem siedziała przy mamie, kiedy ja jechałam do domu choćby na jedną noc. Na pogrzebie stała obok Andrzeja, w czarnym płaszczu, z jego dłonią opartą na swoim ramieniu.
— Kiedy? — zapytałam.
— Za dwa tygodnie.
Wstałam, włożyłam dwie ostatnie filiżanki do kartonu i owinęłam je gazetą. Andrzej zaczął mówić, że samotność jest trudna, że oboje z Elą wiele przeszli i że mama nie chciałaby, aby siedział sam w pustym mieszkaniu. Słuchałam tylko do chwili, gdy powiedział, że wszystko wydarzyło się niespodziewanie.
— Miesiąc to bardzo krótko na niespodziankę — odpowiedziałam.
Nie zaprosili mnie na ślub. Dowiedziałam się o nim od sąsiadki mamy, pani Marii, która zobaczyła ich przed urzędem miasta. Ela miała beżowy kostium i broszkę z zielonym kamieniem, należącą wcześniej do mamy. Rozpoznałam ją na zdjęciu, które pani Maria dostała od wspólnej znajomej.
Ta broszka nie była szczególnie cenna, ale mama przypinała ją zawsze do granatowej sukienki na Wigilię. Kiedy byłam dzieckiem, pozwalała mi otwierać małe zapięcie i mówiła, żebym uważała, bo takich rzeczy już się nie robi. Po jej śmierci szukałam broszki w szkatułce, lecz Andrzej twierdził, że pewnie zabrała ją do szpitala.
Dwa dni po ślubie zadzwoniłam do Eli. Odebrała dopiero wieczorem.
— Mam na sobie obiad — powiedziała, jakbyśmy rozmawiały o zwykłej niedzieli. — Mogę oddzwonić?
— Broszka mamy jest u ciebie?
Po drugiej stronie ucichło stukanie naczyń.
— Andrzej mi ją dał. Uznał, że szkoda, żeby leżała w szufladzie.
— To część spadku.
Ela westchnęła.
— Naprawdę chcesz się teraz kłócić o starą biżuterię?
Nie odpowiedziałam. Następnego ranka umówiłam się w kancelarii notarialnej. Mama nie zostawiła testamentu, więc dziedziczyliśmy z Andrzejem po połowie. Notariuszka spokojnie wyjaśniła mi, że rzeczy osobiste mamy również należą do spadku i Andrzej nie powinien rozdawać ich bez uzgodnienia ze mną. Poprosiła, żebym sporządziła listę przedmiotów i przyniosła dokumenty dotyczące mieszkania.
Wróciłam tam w sobotę. Andrzeja nie było, ale nadal miałam własne klucze, bo przez osiem miesięcy choroby przyjeżdżałam prawie codziennie. Nie grzebałam w ich rzeczach. Zabrałam tylko teczki, które od pogrzebu leżały na kredensie: wypisy ze szpitala, dokumenty emerytalne mamy, polisę i odpis księgi wieczystej.
W jednej z teczek znalazłam kopertę z moim imieniem. Pismo mamy było chwiejne, miejscami ledwo czytelne. Napisała, że nie wie, czy dobrze rozumie to, co dzieje się między Andrzejem i Elą. Zauważyła, że wychodzą razem na korytarz, milkną, gdy wchodzi do kuchni, i dwa razy przyłapała ich na trzymaniu się za ręce w samochodzie pod szpitalem.
Nie oskarżała ich wprost. Bardziej martwiła się, że może przez chorobę stała się podejrzliwa. Na końcu dopisała: „Nie chcę, żebyś robiła awanturę. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że coś tu nie jest uczciwe”.
Położyłam list na stole i nastawiłam wodę. Czajnik długo szumiał, a ja patrzyłam na zaschnięty ślad po doniczce, która od lat stała na parapecie. Mama wiedziała. Może nie wszystko, ale wystarczająco dużo, by przed śmiercią schować dla mnie kopertę.
Wieczorem zadzwoniłam do pani Marii. Najpierw mówiła ostrożnie, że nie chce mieszać się w cudze sprawy. Potem przyznała, że widywała Elę wychodzącą z mieszkania późno w nocy jeszcze przed pobytem mamy w szpitalu. Raz spotkała ich razem na działkach, choć Andrzej twierdził wtedy, że jedzie pomóc koledze przy samochodzie.
— Twoja mama też pytała — powiedziała cicho. — Powiedziałam jej, że pewnie źle widziałam. Do dziś mi wstyd.
Spotkałam się z nimi tydzień później w mieszkaniu mamy. Ela postawiła na stole kawę i sernik, ale nikt ich nie tknął. Broszkę nadal miała przypiętą do swetra.
Wyjęłam list i położyłam między nami. Andrzej przeczytał pierwsze zdania, potem odsunął kartkę. Ela zaczęła poprawiać talerzyki, choć stały równo.
— Jak długo? — zapytałam.
— To nie było tak, jak myślisz — odpowiedział Andrzej.
— Pytam, jak długo.
Ela zdjęła broszkę i ścisnęła ją w dłoni.
— Od poprzedniej jesieni — powiedziała. — Na początku tylko rozmawialiśmy.
Mama zachorowała w sierpniu. Jesienią była już po pierwszej chemioterapii i potrzebowała pomocy przy najprostszych rzeczach. Andrzej tłumaczył, że był zmęczony, zagubiony i że Ela jako jedyna rozumiała, przez co przechodzi. Siedziałam przy tym samym stole, przy którym mama przez lata podawała nam rosół, i słuchałam, jak dwoje dorosłych ludzi próbuje nazwać zdradę samotnością.
— Czy mama wiedziała? — zapytałam.
Andrzej spojrzał w okno.
— Podejrzewała.

To wystarczyło. Nie podnosiłam głosu. Poprosiłam o zwrot broszki, kluczy do piwnicy i wszystkich dokumentów związanych z mieszkaniem. Powiedziałam też, że dalsze sprawy spadkowe załatwimy przez notariusza, a jeśli zginęły inne rzeczy, złożę w sądzie rejonowym wniosek o spis inwentarza.
Ela położyła broszkę na serwetce. Andrzej chciał jeszcze mówić o wybaczeniu, o ostatnich miesiącach mamy i o tym, że mimo wszystko się nią opiekował. Wsunęłam list do koperty i wstałam.
Sprawa mieszkania ciągnęła się prawie rok. Andrzej spłacił moją część, a ja zabrałam albumy, kilka książek, porcelanowe filiżanki i stary kredens po babci. Z Elą nie spotkałam się więcej. Podobno nadal są razem, choć wyprowadzili się do innego miasta.
Broszkę trzymam w małym pudełku w szufladzie. Nie noszę jej. Ostatniej Wigilii położyłam ją obok talerza mamy, zanim przyszli goście, a potem schowałam z powrotem.
Córka zauważyła pudełko i zapytała, czy kiedyś jej je dam.
— Tak — odpowiedziałam. — Ale jeszcze nie teraz.
W kuchni zagotowała się woda. Córka wyjęła z kredensu dwie filiżanki mamy, jedną postawiła przede mną, drugą przed sobą. Usiadłyśmy przy stole i przez chwilę żadna z nas nie mówiła.